Rozdział 9. Historia współczesna

- Dlaczego ja zawsze muszę być dementorem? Może tym razem niech Laurel nim będzie.

- Nie ma żadnych dziewczyn-dementorów, głupku.

- Więc ty to zrób. Ja chcę być Hagridem.

- Nie możesz być Hagridem, bo masz rude włosy, a ja nie mogę być dementorem, bo jestem niższy od ciebie.

- No to pozwól mi być Billem Weasleyem, Rhys, nie możesz ciągle się rządzić. To nudne.

Prawdopodobnie nawet pierwszoroczniacy nie bawiliby się w ten sposób, gdyby wiedzieli, że Harry ich słyszy. Jednak uczniowie nie mieli w zwyczaju zwracania uwagi na to, jak dobrze dźwięki rozchodziły się po Wielkiej Sali.

Harry poczuł dziwny ból, kiedy ich obserwował. Wojna nadal śniła mu się niemal każdej nocy, ale dla tych dzieci dementorzy nie byli niczym więcej niż grą w kowbojów i Indian, w którą dawniej Dudley bawił się z przyjaciółmi.

- Myślisz, że to dziwne? - spytał Remus, siadając obok niego. Jak zwykle była z nim Michelle. Harry obdarzył ją chłodnym uśmiechem. - Kilka dni temu natknąłem się na Malika i Robinsona udających, że są mną i Syriuszem. Zaczarowali miotłę Robinsona, by buczała jak motor... - Uśmiechnął się krzywo do Harry'ego. - Tylko strach przed nakryciem powstrzymuje ich przed zabawą w Harry'ego Pottera wtedy, kiedy możesz ich zobaczyć.

- Czuję się taki stary. - Harry ukrył twarz w dłoniach.

Michelle spojrzała znad swojego zielnika i zaśmiała się.

- Pogadaj o tym z Cypherusem. We wtorek obchodził sto dwudzieste urodziny.

Harry zerknął na stos pergaminów pokrytych nierównym pismem z mnóstwem kleksów, który przyniósł ze sobą Remus.

- Wypracowania pierwszoroczniaków? - Remus przytaknął.

Harry przeczytał fragment: "Czarna magia" - głosił on dziecinnym pismem - "składa się z zaklęć używanych przez Lorda Voldemorta i jego zwolenników. Przykłady takich zaklęć składają się z...". Harry uniósł brwi.

- Więc, ogólnie rzecz biorąc, jest Czarna, jeśli używają jej "źli goście".

Remus uśmiechnął się.

- Jeśli chodzi o standardowy poziom wyrafinowania, to tak.

- Zdaje się, że mały Beauchamp przeczytał "Definiując Ciemność" Leviego - wtrąciła Michelle. - Więc być może jest jeszcze nadzieja.

- To nie taki proste jak myślisz - odparł Harry. - Tutaj każdy patrzy podejrzliwie na magię krwi, ale doktor Bokor nauczył nas, jak używać jej do podnoszenia klątw i chronienia dzieci przed mal de ojo. Ale wtedy, jeśli ciemność kryje się w intencji, to dlaczego niektóre zaklęcia są Niewybaczalne?

Remus obdarzył go długim, niemożliwym do rozszyfrowania spojrzeniem.

- Jeśli nie chcesz, to nie musisz odpowiadać - zapewnił. - Ale ja zawsze zastanawiałem się nad tym, dlaczego nie użyłeś przeciwko Voldemortowi Avady Kedavry?

- To nie przez skrupuły, naprawdę - odpowiedział Harry. - Po prostu nie sądziliśmy, że to zadziała. Ciężko jest zabić kogoś, kto jest tak daleki od normalnej definicji żywego.

- Zdajesz sobie sprawę, że w całej Europie uczeni nadal debatują nad tym, jak udało ci się zabić Voldemorta zaklęciem, które służy do egzorcyzmowania duchów.

- To tego użyliśmy? Nie pamiętam słów. To był w całości pomysł Hermiony. Ja tylko wskazałem różdżką. - Położył pergamin z powrotem na stosie. - Pamiętam, że powiedziała nam wszystkim: Dumbledore'owi, Syriuszowi, Ronowi i reszcie, abyśmy skupili naszą moc i trzymali się faktu, że my tu należymy, a on nie. Że ukradł to wszystko - jego ciało, jego moc, jego życie. Że żadna z tych rzeczy legalnie nie należała do niego, a każda zabrana od innych wbrew ich woli.

- A to co zrobiłeś, to...

- Zaufałem im. - Uśmiech Harry'ego zdawał się nie być w pełni autentyczny. - To chyba mój jedyny prawdziwy talent. Stanąć w szeregu z dobrymi ludźmi i im zaufać.

Remus podniósł rękę, jakby chciał położyć ją na ramieniu Harry'ego. Teraz próbował go pocieszyć. Teraz, kiedy Dumbledore, Syriusz i tak wielu innych nie żyło... Remus opuścił rękę, zupełnie jakby mógł odczytać myśli Harry'ego.

- Popełniłeś błąd co do Severusa - powiedział po chwili z wzrokiem wbitym w stos pergaminów. - Tak jak wielu z nas. - Potarł palcem głęboką rysę w blacie stołu. - To najtrudniejsze - ciągnął. - Rozróżnić złe od jedynie nieprzyjemnego.

W oddali, przy jednym z uczniowskich stołów, Dunning zdawał się osiągnąć swój cel i pozwolono mu grać Billa Weasleya. Użył zaklęcia adhezji, by powiesić sobie na uchu widelec, a Billsborough i Lamb zakryli głowy serwetkami, by wcielić się w śmierciożerców. Teraz cała trójka walczyła na wyłaniające się z ich różdżek błyski światła.

- Ktoś musi im przypomnieć, że pojedynki na światło występują tylko w filmach - stwierdził Harry. - Czego do licha Binns uczy ich o tej wojnie?

- Kompletnie niczego, oczywiście. Dla niego historia zatrzymała się w tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym - odparł znajomy, drwiący głos, a Harry odwrócił się, by zobaczyć, jak Malfoy i Hermiona podchodzą do stołu.

- Nic, co jest tutaj, nie jest wystarczająco dobre dla ciebie, prawda, Malfoy?

- Nie musi być wystarczająco dobre dla mnie - odparł, sięgając przez Harry'ego, by dostać się do talerza z grzankami. - Za to musi być wystarczająco dobre dla Dunninga, Lamba i innych małych Jedi.

- Obawiam się, że Draco ma rację na temat zajęć z historii magii - powiedziała Michelle. - Pedantius nadal omawia z uczniami powstanie Ligi Czarodziejów w tysiąc dziewięćset dwunastym.

- To niedobrze.

Remus przytaknął.

- Próbuję jak mogę uzupełnić deficyty na moich zajęciach. - Nagle zmarszczył brwi. - Faktem jest, że wy troje bylibyście doskonałymi gościnnymi wykładowcami.

***

I tak oto Harry znalazł się przed uczniami z siódmego poziomu obrony przed czarną magią, słuchając Mary Logan, raczej zapalonej do nauki Krukonki składającej gorącą prośbę o wznowienie Klubu Pojedynków.

- Panno Logan, to bardzo słuszne argumenty - powiedział rozbawiony Remus. - Powinna panna rozważyć karierę prokuratora. Jednakże kadra zdecydowała, że musimy koniecznie poświęcić ten rok na upewnienie się, że wszyscy mają solidne podstawy. Inaczej pojedynek uczniów przysporzyłby sporo zajęć praktycznych madame Andriescu-Weasley, zaś bardzo mało autentycznych korzyści dla jego uczestników.

Dziewczyna uparcie uniosła brodę.

- Traktujecie nas jak dzieci - powiedziała i między uczniami słychać było pomruki zgody. - Jestem tylko dwa lata młodsza niż profesor Potter, kiedy staczał swój pojedynek. I proszę nie zapominać, że nasza strona wygrała, bo okazał się lepszy.

Harry potrząsnął głową, kiedy napłynęła do niej myśl, że był dorosły, gdy zmierzył się z Voldemortem. Nawet teraz nie czuł się taki.

- Nasza strona wygrała - powiedział. - Ponieważ miała lepszego badacza.

- I, ku ironii, to właśnie jest sedno tematu, na który poprosiłem profesora Pottera, by dał dzisiejszy wykład. Proszę resztę uczniów o zajęcie miejsc.

Harry poczekał aż szuranie ustało - kiedy był uczniem, to chyba potrafił utrzymać swoje stopy w bezruchu? - i zaczął.

- Jestem pewien, że wszyscy wiecie, że losy bitwy zależały od jednego dziwnego przypadku: moja różdżka okazała się być siostrą tej, którą posługiwał się Voldemort. - Zignorował nerwowe ruchy wywołane przez wypowiedzenie tego imienia. - Obecnie dobrze wiemy, że kiedy dwie różdżki są siostrami, to istnieje zaklęcie, które uniemożliwia jednej działanie przeciwko właścicielowi drugiej. Ale wtedy istnienie takiego czaru było jedynie plotką. Odkrycie czy zawierała ona prawdę przypadło Hermionie Granger.

- Tej nauczycielce zaklęć z szopą na głowie? - spytał ze źle ukrywaną pogardą Jack Talos.

- Hermiona Granger zdobyła jedenaście owutemów - doszedł do nich znajomy, przeciągający sylaby głos. Harry spojrzał w stronę jego źródła i zobaczył Malfoya opierającego się o tablicę i wyglądającego, jakby tam idealnie pasował. - To największy wynik w historii Hogwartu. Być może, panie Talos, spisze się pan tak samo dobrze, jeśli poświęci pan tyle samo uwagi nauce, co swoim włosom.

Klasa zachichotała. Oddanie, jakim Jack darzył swoje włosy było legendarne; przywołał lustro i szczotkę z domu swoich rodziców w Preston, kiedy te, które spakowała mu jego matka nie spełniły standardów chłopaka. Oczywiście, wymagało to pewnych umiejętności - Jack mógłby pewnego dnia zostać potężnym czarodziejem, jeśli tylko zacząłby wystarczająco wcześnie łysieć.

- W każdym razie - kontynuował Harry, gdy Jack patrzył spode łba. - Hermiona spędziła prawie cały rok na przeszukiwaniu wszystkiego, co mogło zawierać wzmiankę o siostrzanych różdżkach. Dostała informację o zaklęciu Fratrium od... - Harry ostrożnie trzymał swój wzrok z dala od Malfoya. - Od szpiega działającego pośród zwolenników Voldemorta. Ale wtedy pojawił się problem z przetestowaniem czaru. Ollivander nie chciał stracić klientów poprzez opowiedzenie się po jednej ze stron, więc nie mogliśmy zdobyć pary różdżek do ćwiczeń. Ona i Ron Weasley w przeciągu miesięcy stali się ekspertami w tworzeniu różdżek tylko po to, by sami mogli stworzyć jedną parę.

- Potem - ciągnął. - Byliśmy na nogach całymi nocami, pojedynkując się raz po raz, aż była pewna, że opanowaliśmy zaklęcie. Opracowała czar Transauditum, by mogła pomagać mi na odległość, gdy nadszedł czas. I wtedy przyszła kolej na moje trzydzieści minut próby.

Harry potrząsnął głową.

- Zyskałem więcej sławy, niż ktokolwiek mógłby pragnąć, a ona otrzymała na własność stolik w czytelni Muzeum Czarodziejstwa. Chociaż jedyne, co zrobiłem, to tylko. sądzę, że byłem dla ludzi okazją, by dokonali bohaterskich czynów.

- Harry Potter, maskotka czarodziejskiego świata - Malfoy powiedział to swoim zwykłym, przeciągającym sylaby głosem.

***

- Czy jesteś pewien, że odnowienie Klubu Pojedynków byłoby złym pomysłem? - Malfoy zapytał Remusa, kiedy opuścili klasę.

- Oszalałeś? - zdziwił się Harry, zanim Remus zdążył odpowiedzieć. - Zapomniałeś, co się stało, kiedy się ze mną pojedynkowałeś?

Kąciki ust Malfoya uniosły się.

- Ani na moment - odparł.

- Obawiam się, że dla obecnych uczniów pojedynek mógłby skończyć się nawet gorzej - powiedział Remus. - Bardzo niewielu jest tak dobrze dopasowanych jak wy dwaj, jeśli chodzi o umiejętności.

Malfoy zmierzył Remusa groźnym spojrzeniem - prawdopodobnie w reakcji na porównanie swojego poziomu umiejętności do Harry'ego - ale nie skomentował tej części wypowiedzi.

- Dlaczego dzieje się tak - zaczął natomiast. - Że każdy zakłada, że jedyny sposób na zrobienie czegoś, to zrobienie tego tak samo, jak było to robione, gdy byliśmy dziećmi? Kiedy bierzesz lekcje szermierki, to nie fechtujesz z kimś, kto jest tak samo kiepski jak ty. Ćwiczysz z ekspertem. Uczniowie nie powinni pojedynkować się ze sobą nawzajem. Powinni pojedynkować się z nauczycielami. Z ludźmi, których wiedza wystarczy, by zapobiec niefortunnym wypadkom, a doświadczenie, by czegoś nauczyć tych bachorów.

- Och, takimi jak ty, Malfoy? - zapytał Harry.

Malfoy spojrzał na niego z pogardą.

- Tak, takimi jak ja, Potter. I jak ty, i Miona. Może nawet Weasley, jeśli ten pojedynkuje się tak samo dobrze, jak robi wszystko inne.

***

Po kilku miesiącach zajęć z wymieszanymi klasami Harry rozejrzał się podczas kolacji po Wielkiej Sali i zauważył coś dziwnego.

- Czy Beauchamp nie jest Puchonem? - zapytał. - Co on robi, siedząc z Cabot przy stole Krukonów?

- Cabot nie jest Krukonką, ale Ślizgonką - zauważyła Hermiona.

- Tak jak Mulhall - dodał Ron. - Strickland jest jedynym Krukonem po tej stronie stołu.

- Och, ta czwórka - powiedział Malfoy. - Są na czwartym poziomie z obrony i spędzają cały swój czas w bibliotece. Nie sądzę, że widzieli słońce w ciągu ostatnich tygodni. Tiara mogła równie dobrze umieścić ich w domu Mola Książkowego.

- Nic w tym złego - warknął Harry, spoglądając na Hermionę.

- A czy powiedziałem, że coś jest? - odgryzł się Malfoy. Popchnął połówkę mandarynki w kierunku Hermiony. - Chcesz resztę?

- To miłe, że różni uczniowie integrują się ze sobą - powiedziała Hermiona, częstując się cząstką. Podniosła wzrok, jakby była świadoma, że Harry był gotów się z nią nie zgodzić. - Nadal śpią i powtarzają w domach, a to wystarcza dla wywarcia pożądanego wpływu. A może opiekunowie domów zorganizują jakieś zajęcia, by wzmocnić więzi uczniów z domami.

Malfoy prychnął.

- Nie zaczynaj, Draco - zganiła go. Spojrzał na nią spode łba. - Ciągle mu mówię - powiedziała do Harry'ego. - Że ktoś tak młody jak my nie może posiadać wystarczająco autorytetu, by być dobrym opiekunem domu, ale on nalega, że byłby lepszy od profesor Aerie.

- Ona jest Krukonką! - wykrzyknął Malfoy. - Ja jestem Ślizgonem od sześciu pokoleń.

- Nie jest to powód do dumy - powiedział Harry.

- Powinien być. Kiedyś był.

Harry był zdegustowany.

- Nie mogę uwierzyć, że myślisz jedynie o swojej karierze, Malfoy.

- Myślę o zrobieniu z moją pozycją czegoś ważnego, wprowadzeniu realnych zmian, ulepszeń. Nie żebyś ty cokolwiek o tym wiedział. Nigdy nie próbowałeś użyć swojej potęgi do czegoś innego niż twojego hobby, twojej nauki w szkole, twoich małych rywalizacji.

- Och, tak - odparł urażony Harry. - Pokonanie Voldemorta - zrobiłem to tylko po to, by Slytherin stracił punkty.

Malfoy wyglądał na autentycznie wściekłego.

- Pokonałeś go samodzielnie, nieprawdaż? Nie, zostałeś przez przypadek wciągnięty w coś dużego, nie? Inaczej nigdy nie przyszłoby ci na myśl, by użyć któregokolwiek z twoich darów do czegokolwiek innego niż quidditch i kawały. Czy wiesz, co ja mógłbym zrobić z twoim nazwiskiem, twoją sławą czy twoją mocą? Wiesz, ile bym za to dał? Mój ojciec byłby...

Nozdrza Malfoya były rozszerzone, wyprostował się i wziął uspokajający oddech.

- Ale to infantylne, odnawianie w taki sposób szkolnych rywalizacji. Nie będziemy o tym więcej mówić. - Obrócił się tak szybko, że szata zawirowała wokół jego stóp i odmaszerował, zostawiając osłupiałego Harry'ego. Draco Malfoy oskarżał go o zaczynanie z faworyzowanej pozycji?

- Gryfoni i Ślizgoni - westchnęła Michelle. - Ratunku.

- Mężczyźni z Gryffindoru i Slytherinu - doprecyzowała Penelopa. - Jak jelenie na rykowisku.

***

Kiedy Harry przekroczył próg biblioteki, powietrze nagle zawirowało i w tej samej chwili na cal przed jego twarzą pojawił się ogromny gong. Potter odskoczył w tył, wydobywając z rękawa różdżkę.

- Przepraszam. - Przy najbliższym stoliku siedział Malfoy. Harry złączył ręce, by powstrzymać je od drżenia.

- Co zrobiłeś?

- Widocznie użyłem złego znaku w sekcji czasownikowej. To miało zadzwonić dzwonkiem, a nie go stworzyć. - Malfoy zaczął wertować swój słownik kalligromancji.

- Czy mamy pozbywać się min, czy tworzyć nowe?

- Nie możemy ich zrozumieć bez tworzenia podobnych, nie?

- A ty rzeczywiście oczekujesz, że uwierzę, że robisz je w celach badawczych i nie masz żadnych intencji w robieniu ich z innych powodów?

- Wierz w co chcesz - odparł Malfoy, podnosząc wzrok znad słownika. - Niektórzy ludzie w ogóle nie doceniają procesów badawczych.

***

Harry siedział w pokoju nauczycielskim, czytając pochodzący z czwartego wieku tekst z kalligromancji, podczas kiedy Malfoy namawiał Hermionę i Penelopę, by spróbowały znaleźć klucz do dziennika Lucjusza. Wszyscy podnieśli wzrok, kiedy podeszła do nich poważnie wyglądająca McGonagall. Za sobą prowadziła Sofię. Michelle i Madeleine spojrzały w ich kierunku z drugiego końca pokoju.

- Hermiono - zaczęła McGonagall. - Sofia ma propozycję, o której chciałabym z tobą pomówić. Nie, reszta może zostać. Was to także dotyczy.

- Chciałabym - powiedziała Sofia. - Żieby 'Ermiona pracowała ze mną na pełen etat przi szukaniu lekarstwa na powodowane przez miny ataki drgawek.

Malfoy wlepił w nią wzrok.

- Masz na myśli, żeby zostawiła kalligromancję? Sofio!

- Tak powiedziałam Minerwie - odparła Sofia. - Nie sądzę, żie zdajecie sobie sprawę, jak powaźna jest nasza sytuacja medyczna. Choroba postępuje jak u pana Filcha, mamy mało czasu nim szkody będą zbyt dużie by je naprawić. Rozumiem, żie badanie, które robi 'Ermiona jest ważnie na dłuźsią metę, ale czuję, żie jej pomoc jest bardziej potrzebna przy badaniu medycznym.

Malfoy był tak oburzony, że aż wyprostował się na swoim krześle.

- Sofio, zabieranie Miony od kalligromancji i kierowanie jej do badań medycznych będzie jak zaniechanie szukania lekarstwa na przyczynę, by znaleźć coś, co zminimalizuje objawy.

- Co czasem trzieba zrobić, żieby pacjent przieżił - odparła uparcie Sofia.

- Kiciu, nie możesz. Nie możesz jej zabrać. W obecnym układzie ledwie starcza nam czasu, a jesteśmy tak blisko...

- Nawet, jeśli te dzieci umrą, podczas gdy wy będziecie pracować nad innymi projektami?

- Jeśli to konieczne, to tak! Znalezienie rozwiązania jest jedynym sposobem na zabezpieczenie tym...

- Och, na Boga. - Penelopa stanęła między nimi. - Zachowujecie się tak, jakby Hermiona była jedynym wykwalifikowanym badaczem w kadrze.

McGonagall zwróciła się w jej stronę.

- Michelle robiła swoje magisterium w zielarstwie medycznym. Jeśli Sofia potrzebuje partnera do badań medycznych, to ona jest oczywistym wyborem.

- Ja też mam trochę doświadczenia - wtrąciła Madeleine Aerie.

Penelopa skinęła głową w jej kierunku.

- W tym samym czasie Remus może przejąć wszystkie klasy Hermiony oprócz tych zaawansowanych, a ja mogę zrobić to samo dla Dracona, jako że pochodzę z mugolskiej rodziny i jestem pewna, że ty, Minerwo chętnie pomożesz Harry'emu, nie? Ponieważ im szybciej zajmiemy się minami, tym szybciej uzyskamy dostęp do książek i zapasów profesora Snape'a.

Każdy zamrugał.

- Uau - powiedział Harry. - Powinniśmy byli pomyśleć o tym, Hermiono.

- Wy jesteście Gryfonami - zaprzeczyła Michelle. - Wy zakładacie, że wasza krew, pot i łzy rozwiążą problem. A Draco jest Ślizgonem, więc zakłada, że należy mu się wszystko, czego potrzebuje.

- Gryfon skoczy z klifu. - Ton Penelopy sugerował, że wypowiadała dobrze znane przysłowie. - Ślizgon kogoś z niego zepchnie. Puchon zawoła pięciuset innych Puchonów i razem wykują schody. A Krukon. - Mrugnęła do Madeleine Aerie, która dołączyła do niej, recytując: - A Krukon zdobędzie latający dywan.

***

- To czego nie rozumiem, to to... - powiedział Malfoy, opierając się o twarde oparcie bibliotecznego krzesła i pocierając oczy. - Jak sigil może używać tytułów do znajdywania bezpośrednich obiektów. Namierzyć Ministra Magii, kiedy nie może trafić w "tego gościa w brzydkich okularach"?

- Cóż, ministerstwo nie zadeklarowało oficjalnie, że to są brzydkie okulary - odparł Ron.

- Hej! - Harry uderzył go łokciem.

- Nie wszystko jest o tobie, Potter - odciął się Malfoy.

- Chociaż to bardzo dobry trop, Ron - powiedziała Hermiona. - Minister Magii to oficjalny tytuł - może to czyni różnicę.

- Dlaczego? - drążył Malfoy. - Jeśli Circe Stormlaw była ministrem przez piętnaście minut, a Potter był znany jako "Brzydkie Okulary" odkąd miał dziesięć lat... Hej! Za co to? - Lekko zszokowany i dotknięty potarł ramię w miejscu, gdzie Harry go szturchnął. - Cóż, ludzie nie decydują po prostu jednego dnia, że zaczną nazywać Circe Stormlaw ministrem, jakby była to jakaś ksywka. - powiedział Ron. - Jest...

- Ceremonia - weszła mu w słowo Hermiona. - Trochę... oficjalnej magii.

- Ceremonia to tylko słowa - wtrącił Malfoy.

- Tak jak zaklęcie - wskazał Ron.

Hermiona zmrużyła oczy do tego stopnia, że były niemal zamknięte.

- Mugolskim dzieciom przypisuje się imiona na chrzcinach lub innych religijnych obrzędach. Jestem pewna, że czarodziejskie rodziny muszą mieć coś podobnego..

- Zaklęcia nazywające - powiedzieli jednocześnie Ron i Malfoy.

- Racja. A tytuły są przyznawane na ceremonii. Rycerstwa i Ordery Merlina... czarodziejskie certyfikaty, które otrzymują absolwenci.

- A tytuł dyrektora szkoły? Jak się go przyznaje? - zapytał Harry.

- Oczywiście, że przez Tiarę Przydziału - odpowiedziała Hermiona. - Czy ty jeszcze nie przeczytałeś...

Nagle Harry wyprostował się.

- Tiara Przydziału - powiedział. - To tak nas łapią.

Hermiona zmarszczyła brwi.

- Nie widzę...

- A ja tak - wtrącił Malfoy. - Przydział jest magiczną ceremonią, która wiąże nas wszystkich razem poprzez nasze domy. Więc wystarczy jedynie podłożyć gdzieś jedną minę z obiektem bezpośrednim "każdy, kto został przydzielony". - Nagle wyprostował się, a oczy mu zabłysły. - Wiecie, co to znaczy? Potter, co ty zrobiłeś przeciwko Voldemortowi? Zebrałeś moc z całego kręgu czarodziei? Możemy wziąć odrobinę magii od każdego, kto kiedykolwiek uczęszczał do Hogwartu - potrafisz sobie wyobrazić tę moc? Nawet nie musieliby znajdować się w tym samym miejscu. Moglibyśmy ogłosić się Zakonem Węża czy czymś w tym rodzaju i każdy, kto by dołączył, byłby nazwany członkiem i chroniony przez pojedynczy symbol. Czy potrafisz sobie to wyobrazić?

Rozejrzał się po bibliotece, promieniejąc, jakby wyobrażał sobie, że to całe pomieszczenie należało do niego.

- Największy krok naprzód przez pół wieku. I wynaleźli to Ślizgoni.

***

- Są dwie istotne informacje, które powinniście znać, jeśli chodzi o klątwę Cruciatus. - Harry był zmuszony przyznać, że Malfoy miał dar używania swego głosu do siania grozy. Od momentu, gdy zajął miejsce u szczytu sali, skupiał na sobie pełną uwagę całej klasy siódmego poziomu z obrony przed czarną magią. Nawet Jack Talos był przykuty do swojego miejsca.

- Pierwszą jest to, że to zaklęcie nie zabija. Działa na ofiarę póki nie zostanie rzucone przeciwzaklęcie, ale nie zabija. - Nastąpiła pauza, podczas której Malfoy przywołał szklankę wody i wypił ją.

- Drugą rzeczą jest to, że sam cierpiący prawie nigdy nie używa przeciwzaklęcia, pomimo faktu, iż w klątwie nie ma niczego, co by uniemożliwiało jego wypowiedzenie. Moim zdaniem ból, jaki ona powoduje, wystarcza, by usunąć wszystkie myśli o antidotum z umysłu ofiary. - Zwykle ekspresyjny głos Malfoya był teraz pozbawiony jakichkolwiek emocji. - Widziałem jak śmierciożerca Gregory Goyle cierpiał pod wpływem Cruciatus przez okres kilku tygodni. - W klasie rozległy się odgłosy przyspieszonych wdechów. - Czarodziej, który rzuca klątwę może oczywiście kontrolować jej moc. Podczas okresu, kiedy jego wyrok został zmniejszony, Goyle był w stanie wydobyć z siebie słowa. Ale siedem sylab przeciwzaklęcia zawsze przewyższało jego możliwości.

Klasa ucichła z przerażenia, zaś Harry'emu zrobiło się od niego zimno. Jak Malfoy mógł mówić tak spokojnie o czymś tak okropnym. Wreszcie z tyłu sali doszło do nich nieśmiałe pytanie.

- Profesorze Malfoy?

- Tak, panno Galbraith?

- Dlaczego w ogóle go przeklęto?

- Został oskarżony - odpowiedział Malfoy. - O szpiegostwo na rzecz Albusa Dumbledore'a.

***

- Malfoy, czemu zostawiłeś śmierciożerców? - zapytał Harry, kiedy po zajęciach Remusa dotarli do pokoju nauczycielskiego.

- Ponieważ byli żałośni. - Malfoy skinął lekko głową przed statuą Snape'a, która odwzajemniła gest, i wślizgnął się do pustego pokoju. - Ach, chciałeś usłyszeć, że zauważyłem mój wielki błąd i postanowiłem przejść na stronę dobra, co, Potter? Ale tak naprawdę to przez Gregory'ego i nie w taki sposób, w jaki myślisz.

- Więc, dlaczego?

- Przedtem myślałem, że są jacyś... więksi, że są ludźmi, którzy wznieśli się ponad śmieszne reguły, by wyciągnąć ręce i chwycić moc, która po to tam była. Ale oni byli tam: chichoczący jak niegrzeczne uczniaki kopiące szczenię.

Harry przypomniał sobie płaszczenie się Pettigrewa.

- Większość śmierciożerców, których udało mi się spotkać, przypomniało mi o moim kuzynie Dudleyu.

- Nie spotkałem twojego sławetnego kuzyna. Muszę, więc założyć, że się ze mną zgadzasz. - Harry przytaknął.

- Ale Goyle. Szczeniak. Czy zabiłeś go, by...

- Nie zaczynaj myśleć, że był to akt łaski - warknął Malfoy. - Nie mogłem nic dla niego zrobić. Ale odebranie im zabawki przysporzyło mi pewnego rodzaju dumy.

- Używanie nieautoryzowanej magii w obozie było trochę ryzykowne, nie?

- Och, Potter, nie zabiłem go klątwą. Zabiłem go nożem.

Harry zamrugał.

- Nie jestem pewien, czy na tym etapie wiedział jeszcze kim byłem - kontynuował mdło Malfoy. - Ale walczył ze mną najlepiej jak mógł.

Przez długi czas stał, wpatrując się w zasklepione okno. Harry przypatrywał się jego włosom, które odchyliły się do tyłu, odsłaniając srebrne pierścienie zwisające z płatka usznego.

- To zaskakujące, jak trudno jest przeciąć ludzki mięsień - powiedział w końcu Malfoy. - Jakbyś wbijał nóż w oponę. A krew jest niekorzystnie śliska.

Harry wpatrzył się w niego. Malfoy z krzywym uśmiechem przyglądał się kamieniom.

- Gregory był bardzo głupi, ale raczej dzielny. I bardzo lojalny. Zabiłem go dla siebie, ale mogę powiedzieć, że szpiegiem zostałem dla niego.

Oczy Malfoya spotkał się z wzrokiem Harry'ego, a jego wyraz twarzy zaostrzył się.

- No, no, no - powiedział, absurdalnie wydłużając słowa. - Widać, że będę musiał odnotować dzisiejszą datę w moim pamiętniku, jako "dzień, w którym powiedziałem coś, co nie spotkało się z dezaprobatą Harry'ego Pottera". - Zrobił krok w przód, sięgając dłonią do twarzy Harry'ego. - Nie sądzisz, że taki altruizm zasługuje na nagrodę?

Nie dotknęli się od czasu Bożego Narodzenia. Harry'emu brakowało czystej, fizycznej przyjemności, a za zwykłym, ludzkim dotykiem tęsknił jeszcze bardziej. Ale wolność od mieszanych emocji - wstydu, strachu przed byciem odkrytym, strachu przed powiedzeniem czegoś nieodpowiedniego albo zrobieniem czegoś nieodpowiedniego, albo poczuciem czegoś nieodpowiedniego - przynosiła ulgę. Wolność od nużącej potrzeby tłamszenia uczuć, które pragnęły wykwitnąć z każdego fizycznego kontaktu, nawet gdy był on tak niezobowiązujący jak to.

Kiedy dłoń Malfoya musnęła jego policzek, wszystko powróciło z siłą fali powodziowej - cała intensywność, cała ambiwalencja, cały strach. Cała potrzeba.

- Nie tutaj - powiedział sztywno i szybko skierował się w stronę swoich pokoi, nawet nie zerkając przez ramię, by sprawdzić, czy Malfoy za nim idzie.

***

Malfoy podążył za Harrym z uśmiechem, który zaczął się jako szelmowski, ale potem przerodził się w pytający. Po przyglądaniu się chłopakowi przez kilka chwil, sięgnął i przeciągnął dwoma palcami wzdłuż policzka Harry'ego, potem w poprzek jego ust.

Harry poczuł, jak jego wargi wykrzywiają się pod wpływem tej parodii czułości. Prawdziwa czułość zaś, pomyślał, byłaby nawet gorsza. W takim czasie, w takim miejscu, gdzie dwa piętra ponad nimi w rzędach stały łóżka z dziećmi odsypiającymi klątwę, której nikt z nich nie potrafił uleczyć! I z taką osobą! Harry nie mógł tego znieść. Chwycił Malfoya za ramiona i pchnął na kanapę, po czym pochylił się nad nim, jedną rękę kładąc na oparciu, a drugą szarpiąc za ubranie.

Szata Malfoya była tego dnia jak zawsze szykowna, ciasno dopasowana do talii i rozchodząca się niżej, odsłaniając wąskie spodnie. Harry pociągnął za materiał, a Malfoy wyszeptał zaklęcie, które odpięło na raz wszystkie guziki, pozostawiając go nagim od gardła do krocza.

Harry zaśmiał się opryskliwie.

- Jeśli nie chcesz zdobyć reputacji łatwego, to nie jesteś na dobrej drodze, Malfoy.

Harry nadal wolał szaty w stylu tych, które nosili uczniowie - luźne i nakładane na koszulę i spodnie tak, że łatwo było je zdjąć przez głowę. Rozwiązał krawat i zaczął pracować nad guzikami swojej koszuli, ale Malfoy odgarnął jego dłonie i znów szepnął to samo zaklęcie, a Harry poczuł na swojej nagle obnażonej klatce piersiowej dotyk chłodnych palców. Jego szata, koszula i krawat były teraz zawieszone na wieszaku w szafie, a okulary leżały na stoliku.

- Wygląda na to, że w mojej edukacji magicznej są luki - skomentował, a potem wykrzyknął: "Och!", kiedy Malfoy przygryzł skórę na obojczyku chłopaka. Włosy Malfoya musnęły jego szyję, ale Harry odgarnął je, by zobaczyć jak różowy język Malfoya podróżuje w kierunku jego sutka. Ślizgon spojrzał w górę i obdarzył go słodkim uśmiechem znad ciężkich powiek, który sprawił, że Harry poczuł skurcz w żołądku. W co, do cholery, się wpakował?

Odepchnął głowę Malfoya i opadł przed nim na kolana, po czym najpierw potarł jego członek nosem, a potem wziął do ust żołądź, jednocześnie rozchylając otwór w spodniach.

- Ach! - Dłonie Malfoya były na twarzy Harry'ego, próbując zmusić go, by zwolnił tempo, ale on ani myślał się poddać.

Spodnie, jak przystało na typowego czystokrwistego czarodzieja, nie były zapinane na guziki czy też zasuwane zamkiem błyskawicznym, lecz sznurowane. Harry otworzył je aż do samego szwu, uśmiechając się swoimi rozchylonymi wargami - bez powodu poza tym, że jego ręce robiły jedno, podczas gdy jego wargi zajmowały się drugim.

Malfoy walczył z jego atakiem jeszcze przez kilka sekund, po czym jego opór stopniał, a zwykle sprytne, przeciągające sylaby usta zostały zredukowane do krzyczenia: "Ach! Ach!", aż Harry nie mógł się powstrzymać i wyciągnął swój członek. Wziął go do ręki i zaczął go pieścić w tym samym tempie, dając im obu wszystko, co miał.

Malfoy wytrwał jeszcze ze cztery minuty, po czym doszedł. Harry oparł swoje czoło o pełne aromatu miejsce gdzie jego biodro łączyło się z udem i wytrzymał jeszcze jakieś trzydzieści sekund.

Nie zważał zbytnio gdzie celował i Malfoy zesztywniał, kiedy poczuł, że Harry kończy. Dłonie Malfoya, które nadal lekko gładziły głowę Harry'ego, nagle chwyciły go za włosy i pociągnęły w górę.

- Ja zrobiłbym... ja zamierzałem... - Na jego twarzy irytacja walczyła z rozleniwieniem po odbyciu stosunku seksualnego. Schylił głowę po pocałunek, który byłby prawdopodobnie tak gwałtowny jak delikatny był wcześniejszy dotyk, gdyby Harry tylko na niego pozwolił.

Kiedy Harry zrobił unik, oba wyrazy twarzy ustąpiły miejsca gniewowi. Malfoy poderwał się i wstał.

- Co z tobą nie gra?

- Chcesz powiedzieć, że nie dostałeś tego, po co przyszedłeś, Malfoy?

- Och, na... świetnie. - Malfoy smagnął różdżką i Harry był na powrót kompletnie ubrany. Spojrzał w dół. Czyste ręce, czysta podłoga, czysta kanapa, Malfoy znów w nieskazitelnej szarości, z włosami spiętymi srebrną zapinką. - Już. To się nigdy nie stało. Szczęśliwy teraz? Och, poczekaj. - Stuknął różdżką w usta Harry'ego, które nagle przestały czymkolwiek smakować.

- Malfoy. - Jego wargi zdrętwiały. Malfoy rzucił zaklęcie oczyszczające trochę zbyt gorliwie. Harry podniósł się z kolan i ciężko oparł o kanapę. - Nie mogę tego robić.

- Wydawało mi się, że tego nie robiłeś. To to sobie wmawiasz, nie?

- Nie wiem, czego ty, do cholery, ode mnie chcesz.

Malfoy przyglądał się mu przez chwilę.

- Nie - powiedział w końcu. - Nie wiesz, nie? Jesteś zdeterminowany uniemożliwić mi oświecenie cię. - Turlał różdżkę między dwoma palcami - ten gest wydawał się być tak elegancki, że Harry zastanawiał się, czy Malfoy nie wyćwiczył go przed lustrem. Wpatrzył się w palce Malfoya.

- Więc to koniec - powiedział Malfoy. - Chcesz zerwać.

Harry spojrzał mu w twarz.

- Co zerwać? Chcę przestać robić rzeczy, które kończą się tym, że ty jesteś na mnie wściekły, a ja wstydzę się samego siebie.

Wszystkie emocje opuściły twarz Malfoya tak szybko, jak jego smak zniknął wcześniej z ust Harry'ego.

- Racja - odpowiedział i bez kolejnego słowa wyszedł za drzwi.

***

Harry osunął się twarzą w dół na kanapę, która nie pachniała już Malfoyem. Zamknął oczy. Nie był wystarczająco zmęczony by zasnąć, ale pustka, którą odczuwał, uniemożliwiała mu robienie czegokolwiek innego.

Próbował skupić się na czymś przyjemnym, ale zamiast tego skończył wspominając dzień, w którym na Florydę przybył list McGonagall.

On i Sunday mieli dla siebie całe pasmo plaży. Leżeli na słońcu, dotykając się tylko stopami, kiedy Spielberg upuścił na brzuch Harry'ego pękatą kopertę.

Gdy Harry zobaczył charakter pisma, poczuł dziwną mieszankę strachu i ulgi: jak renegat, który po latach ucieczki nagle widzi, jak prawo nieoczekiwanie po niego sięga.

Łamiąc pieczęć i czytając krótką wiadomość czuł na sobie oczy Sundaya.

- Moja stara szkoła - powiedział mu, podając list.

- Nie wyglądasz na bardzo szczęśliwego z tego powodu.

- Oczywiście, że jestem szczęśliwy.

Sunday uniósł brwi, ale nie drążył tematu. Rozejrzał się po oceanie i Harry zrobił to samo. Gdzieś w tamtym kierunku były buty Harry'ego Pottera, gotowe na to, by zakończył swoje bose wakacje i z powrotem w nie wstąpił.

- Więc - Sunday przełamał ciszę. - Chcesz, żebym z tobą pojechał?

- Nie! - Odwrócił się zaszokowany... a potem zdał sobie sprawę, jak chamsko to brzmiało i sięgnął po dłoń Sundaya. - To znaczy, masz tutaj obowiązki.

- Seelih zawsze był ode mnie lepszy w polityce. Ma to po mamie. - Harry nigdy nie słyszał, by Sunday kiedykolwiek aż tak zbliżył się do kłótni. Ze swoim pragnieniem na pozwolenie wszechświatu na robienie co ten tylko chciał, był prawie Zen.

- Wszyscy możecie wpaść z wizytą - zaoferował Harry. - Kiedy się już ustawię.

Sunday obdarzył do długim spojrzeniem, a potem zapatrzył się w wodę.

- Nigdy nie byłem w Anglii - dodał po chwili. - Słyszałem, że jest miło.

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści