Rozdział 7. Zaduszki

Harry otworzył oczy, ale nie ujrzał niczego poza wszechogarniającą bielą. Miejsce, w którym się znajdował, było ciepłe, leżał na czymś miękkim, ogarniało go uczucie błogości, silniejsze niż po jakimkolwiek zaklęciu rozweselającym. Westchnął głęboko z zadowolenia...

No cóż, chciał westchnąć, ale kiedy spróbował wypuścić powietrze, nic się nie stało.

Spróbował jeszcze raz. Nic.

Z trudnością podniósł rękę i położył ją na klatce piersiowej. Nie poruszała się. Przeniósł dłoń przed nos i usta. Nic. Rzeczywiście nie oddychał. Z jakiegoś powodu wydało mu się to zabawne. Nie oddychał! Może był w śpiączce. Może miał halucynacje. Może - na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech - był martwy. Czy to nie byłoby zabawne? Spróbował się zaśmiać, ale, oczywiście, bez oddychania nie było to możliwe i dzięki temu sytuacja stała się jeszcze bardziej zabawna...

- Obudził się, Sofio - powiedział drwiący głos Hermiony. - I zaklęcie natleniające zaczyna dawać efekty.

Nagle po jednej stronie łóżka pojawiła się czarna plama, a po drugiej brązowa. Zrobił zeza i twarze Hermiony oraz Sofii trochę się wyostrzyły. Pomyślał, że powinien mieć mnóstwo pytań, ale, oczywiście, jeśli nie mógł oddychać, to nie był także w stanie mówić. Swoją drogą leżenie tutaj i uśmiechanie się do ich ładnych twarzyczek wydawało się dużo łatwiejsze.

- Rozumiesz mnie, 'Arry? - zapytała Sofia. Harry przytaknął, szczerząc zęby. Jej głos był taki miły. - Dostarczam tlen bezpośrednio do twojej krwi i dlatego czujesz taką euforię. Minie jeszcze godzina zanim eliksir Odd-ech usunie sadzę z twoich płuc, ale jeśli będziesz chciał mówić, 'Ermiona może rziucić na ciebie zaklęcie.

Harry skinął głową w kierunku Hermiony, która machnęła różdżką mamrocząc jakieś gardłowe słowa, które brzmieniem zdecydowanie nie przypominały łaciny.

- Już. Powiedz coś, Harry.

- Dzięki - odpowiedział, słysząc swój głos, ale nie czując znajomych drgań w gardle. Szalona ochota na chichotanie powoli się wyczerpywała, ale nadal pozostało uczucie błogostanu, które sprawiało, że wszystko zostało zdegradowane do kwestii ciekawości. - Jak...?

- Magia trytonów - orzekła promieniejąc. - Charlie wymienia z nimi sekrety, a to zaklęcie jest jednym z rezultatów. Zamiast używać swoich strun głosowych do wytwarzania fal dźwiękowych, przy pomocy magii wytwarzasz drgania od razu na naszych błonach bębenkowych.

- Twoje struny glosowe są spuchnięte, więc kiedy odzyskasz glos w fizycznym sensie, będziesz miał chrypkę - ostrzegła Sofia. - Skrócenie oddechu możie utrziymać się przez kilka dni. Masz szczęście, żie żijesz, 'Arry.

To mu o czymś przypomniało.

- Malfoy?

Hermiona wskazała głową w kierunku czegoś, co najprawdopodobniej było kolejnym łóżkiem.

- Jeszcze się nie obudził. Był nawet w gorszym stanie niż ty. Harry... czy Draco popełnił błąd? Albo... czy wy dwaj... próbowaliście się skrzywdzić?

- Em... po prostu wzięliśmy sobie za dużo na głowy, to wszystko. - Każdy z jego problemów wydawał się teraz tak błahy. Sądził, że to z powodu tlenu. - Jeden z uroków spowodował, że nagle pojawiło się ich więcej... - Ziewnął. - I wybuchł pożar... - Jego oczy pragnęły się zamknąć, walczył, by otworzyć je ponownie.

- Potrziebujesz odpoczynku 'Arry - powiedziała Sofia. - Czy mogę rziucić na ciebie łagodne Consopium?

Przytaknął. Kiedy była w połowie szeptania zaklęcia, zdążył już odpłynąć w krainę snu.

***

Gdy obudził się następnym razem, znów oddychał. Albo byłby w stanie to robić, gdyby udało mu się na wystarczająco długo powstrzymać napady kaszlu.

Podniósł się do siadu, krztusząc się tak mocno, że aż bolały go żebra. Walka o złapanie oddechu pomiędzy brutalnymi napadami skurczy przepony wydawała się trwać wiecznie.

Czyjaś dłoń trzymała przy jego ustach białą chusteczkę, wypluł na nią szary śluz, znów zakaszlał, wyrzucił z siebie jeszcze trochę i wytarł ręką łzawiące oczy. Wreszcie napady zelżały i Sofia wróciła z czystą chusteczką, której użył do wydmuchania nosa. Słyszał świst swojego własnego oddechu.

- Dzięki. - Jego głos był tak ochrypły, że ledwie udało mu się wypowiedzieć to słowo. Głowa pękała mu z bólu, a gardło było niemożliwie podrażnione. Widocznie nie był już taki beztroski z powodu tlenu. - Boli.

- Nie mogę zapobiec kasłaniu - poinformowała go Sofia. - Jest potrzebne do usunięcia nieczystości z twoich płuc. Ale mogę powstrziymać ból gardła.

- Głowy też - zaskrzeczał. Zajęła się oboma dolegliwościami za pomocą jednego machnięcia różdżki, a on westchnął z ulgą, czego natychmiast pożałował, bo wywołało to kolejny napad kaszlu.

Ktoś inny też kasłał. Harry wytężył wzrok. Obok niego, na krześle, siedziała Hermiona, a po jej drugiej stronie stało łóżko, na którym ktoś podnosił się do siadu. Żółte włosy - pewnie Malfoy, ale Harry nie widział wystarczająco ostro, by ocenić jego stan.

- Okulary? - poprosił świszczącym głosem Sofię, a ona mu je podała. Szkła były pokryte sadzą. Wytarł je o róg prześcieradła.

W jednym rogu sali stało pięć ukrytych za zasłonami łóżek. W jednym z nich mogła być Charlotte, albo Ursa, albo Rose... Harry nie mógł znieść myśli o tym, kto mógł być w czwartym i piątym. Ile min zdetonowali?

- Potter. - Malfoy brzmiał jakby miał ze sto lat.

- Tutaj. - Za nic nie zamierzał przeprosić pierwszy. Po chwili dodał: - W porządku z tobą?

- Jeśli by przyjąć bardzo luźną... definicję tego wyrażenia - odparł Malfoy z przerwą na atak kaszlu. - Byłem szczęśliwszy, kiedy myślałem, że jestem duchem.

- Czy spaliliśmy całą wieżę Gryffindoru?

- Oliver i Penelopa ugasili pożar - odpowiedziała Hermiona. - A Minerwa zabezpieczyła resztę wieży. Gryfoni mieszkają teraz u Puchonów.

Harry ukrył twarz w dłoniach.

- Hermiono, co my zrobimy? Zlikwidowaliśmy jeden urok, a on uruchomił tuzin innych i podpalił cały pokój. Prawie zginęliśmy, a mi nie przychodzi do głowy nic, co moglibyśmy jeszcze zrobić...

- Cudownie - zaskrzeczał Malfoy. - Moje życie zależy od myślenia Gryfona. Spójrz - kontynuował, kiedy Harry posłał mu mordercze spojrzenie. - Źle do tego podeszliśmy. Chodziliśmy w parach, likwidując jeden głupi urok na raz, nosiliśmy świeczki - tak jakbyśmy byli zbyt zajęci rzucaniem zaklęć ogrzewających, by zamknąć okna.

- Więc co by zrobił Ślizgon? - zadrwił Harry. - Znalazł kogoś i torturował go aż klątwy same znikną?

- Poszukał źródła! Te miny muszą skądś czerpać moc, nigdy o tym nie pomyślałeś? Magia nie utrzymuje się sama.

Usta Hermiony rozwarły się szeroko.

- Nie wierzę, że na to nie wpadłam! - wykrzyknęła.

- No cóż, ja tak - odparł Malfoy. - Odkryłem to ostatniej nocy, kiedy Potter raczył mnie cudowną amerykańską muzyką. Czerpią moc z nas.

***

- Z kogo? - To McGonagall zdecydowała się zadać to pytanie, chociaż oczywiste było, że każdy z obecnych w pokoju nauczycielskim czekał na odpowiedź.

- Z nas wszystkich. Tak jak Cruciatus, tak jak Mroczny Znak - zabierają moc od każdego, kogo atakują. To bardzo pomysłowe.

Słowa Malfoya zabrzmiały tak, jakby krył się w nich podziw. Harry pomasował skronie, do których już zdążył powrócić ból, i postarał się nie przewrócić oczyma.

- Więc gdy Harry śpiewał pieśń albo gdy rzucaliście Accinctum, to to je osłabiało? - zapytał Remus.

- Tylko trochę - odpowiedział Malfoy. - Zgaduję, że czerpią po odrobinie magii od każdego, kto znajduje się na terenie szkoły. To, co jest ważne, to to, że pieśń i Accintum nie osłabiały uroków, ale powstrzymywały je przed osłabianiem nas.

- Zauważyłam - zaczęła Penelopa. - Że rozminowywanie bardzo mnie wyczerpuje. I w ogóle jestem dużo bardziej zmęczona, niż powinnam być. - Kilku z zebranych przytaknęło. Przenosząc swój wzrok od twarzy do twarzy, Harry zauważył podkrążone oczy i poszarzałe twarze.

- Więc to, co musimy zrobić - wywnioskował Malfoy. - To przestać traktować uroki indywidualnie i skupić całą naszą uwagę na znalezieniu sposobu na wyciągnięcie wtyczki.

- Wyciągnięcie czego? - McGonagall zmarszczyła brwi.

- Czy myślisz, że one po prostu znikną, kiedy odetniemy je od źródła mocy? - zapytał Ron.

- Nie - odparł Malfoy. - Wynalazcy na pewno o tym pomyśleli i przygotowali awaryjne źródło energii. W końcu są Ślizgonami - uśmiechnął się z wyższością. - Ale pomyślcie o tym. Żeby rzucać uroki, których uczyliśmy się w szkole, musieliśmy identyfikować cel. Przez większość czasu musieliśmy go widzieć. Teraz te miny... - Zaczął wyliczać fakty, używając przy tym swoich długich palców. - Wyciągają moc ze wszystkich czarownic i czarodziejów w pobliżu, bez nazywania ich albo celowania w nich bezpośrednio - jak? Rzucają klątwy na cele, które mogą być blisko bądź daleko - jak? Jedne z ich celów są wybierane przez odległość, jedne przez nazwisko, a inne przez tytuł - jak? - Usiadł z powrotem, wyglądając na nadzwyczajnie zadowolonego z siebie. - Tego musimy się dowiedzieć.

W pokoju rozległy się podekscytowane szepty i pomrukiwania.

- Teraz - kontynuował Malfoy, nieznacznie podnosząc zachrypnięty od sadzy głos. - Będziemy nadal potrzebowali świeczek, by znaleźć miny i nałożyć na nie odpowiednie zabezpieczenia. Chociaż w międzyczasie... Mój ojciec zostawił po sobie obszerną bibliotekę, a bardzo interesowała go kalligromancja. Każę sobie przysłać odpowiednie książki, i może znajdziemy jeszcze coś w jego dzienniku... Och, w porządku - dodał, zauważywszy ochoczy wyraz twarzy Penelopy. - Zlecę sprowadzenie całej biblioteki, co ty na to? Tylko, że będziesz musiała trzymać uczniów na odległość, Penelopo, ponieważ książki mojego ojca mają tendencję do... życia swoim życiem.

***

Harry'ego nie powinno zaskoczyć to, że tej nocy śnił o dzienniku Toma Riddle'a, o bladym, skulonym na podłodze ciele Ginny, jej krzykach odbijających się od kamiennych ścian.

Usiadł na łóżku, drżąc.

- Nie bądź głupi - powiedział. - Ginny ma się świetnie. Jej zespół był miesiąc temu na okładce czarownicy. - Ale jego ręce nie przestały się trząść.

Malfoy zaczął planować swój następny ruch już przy śniadaniu.

- Spodziewam się sporej ilości paskudztwa w biurze Dumbledore'a - powiedział. - Prawdopodobnie tam powinniśmy zacząć szukać, jeśli chcemy znaleźć miny, które mogą nas czegoś nauczyć.

McGonagall nadal używała tego samego gabinetu, w którym rezydowała dawniej jako wicedyrektorka, więc Harry nie odwiedził biura Dumledore'a od czasów szkolnych. Prawdopodobnie nadal znajdowało się w nim astrolabium, obrazy i pusta żerdź Faweksa... nie sądził, że był już gotowy na ten widok. Na samą myśl o tym poczuł ściskanie w klatce piersiowej.

- Nikt tam nigdy nie chodzi - sprzeciwił się. - Więc nie widzę potrzeby, by się tam pchać. - Hermiona zmarszczyła na niego brwi. Mając nadzieję, że mimo wszystko nie będzie musiał wyjaśniać, dlaczego nie chciał oglądać gabinetu Dumbledore'a bez Dumbledore'a, dodał pospiesznie: - Możecie robić badania w waszym wolnym czasie, ale kiedy musimy pracować razem, chcę najpierw zająć się tym, co zagraża uczniom.

Malfoy i Hermiona wymienili porozumiewawcze spojrzenia w ten swój irytujący sposób.

- W porządku - powiedział Malfoy. - Więc co ze wschodnim korytarzem i schodami?

***

- Amatorszczyzna - powiedział Malfoy, wskazując na minę na poręczy. - Widzisz, jakie nierówne pismo?

- To one mają pismo? - No cóż, oczywiście, że miały. Magiczne pismo było nadal pismem. Malfoy rzucił mu spojrzenie pełne współczucia i nawet nie zadał sobie trudu, odpowiadając.

Nadal, na każdą rozbrojoną minę przypadały dwie zabezpieczone i nawet po użyciu zaklęcia Accintum była to jedna z najbardziej wyczerpujących prac, jakie Harry kiedykolwiek wykonywał. Zanim dotarli do szczytu schodów, głowa pękała mu z bólu.

Za to Malfoy zdawał się być oczywiście jak zawsze gotów do pracy. Z pewnością był dużo bardziej przytomny niż Harry - jeśli założyć, że ten w ogóle był przytomny - jakoś zdawał się dobrze wysypiać, podczas kiedy Harry tylko leżał i drżał.

- Na co czekasz, Potter? - Malfoy uśmiechnął się znacząco, przytrzymując otwarte drzwi. - Myślałem, że już całkowicie zadomowiłeś się w damskich toaletach.

Pomieszczenie nie było brudne, ale Harry zmarszczył nos, gdy dotarł do niego nieprzyjemny zapach stęchlizny. Proste miny okrążały kurki i zwieszały się z luster na wysokości twarzy, a on i Malfoy zdejmowali je jedną po drugiej.

Malfoy w lustrze wyglądał trochę inaczej, różnica była bardzo subtelna, jakby odbicie było jego własnym bratem albo duchem. Harry przypatrywał się kołysaniu jego włosów, srebrnym kółkom w płatkach jego uszu, aż Malfoy złapał go na patrzeniu i puścił do niego oko. Harry odwrócił do niego tyłem, zarumieniony i wściekły.

- Nie pochlebiaj sobie.

- Malfoyowie nigdy sobie nie pochlebiają. Do tego mamy wokół siebie pochlebców.

Uszkodzenie płuc w pierwszej kabinie, coś, co wyglądało na japońszczyznę w drugiej.

- Och, ale zapomniałem - ciągnął Malfoy. - Że po twoim małym amerykańskim romansie wiesz wszystko o zwyczajach arystokracji. - Założył zabezpieczenia na kolejną minę. - Czy zabawianie się poza jego klasą było dla niego sposobem na nudę? Albo może była to jedna z tych tragicznych historii, kiedy to książę zakochuje się w pospólstwie?

Harry prychnął na samą wizję Sundaya puszącego się niczym książę. Jeśli można by mu cokolwiek zarzucić, to to, że był trochę zbyt beztroski, co do swoich obowiązków w Eastern Band. Nie żeby się o to kłócili. Kłócenie się z Sundayem o cokolwiek graniczyło z niemożliwością.

- Twoje obelgi bywały celniejsze, Malfoy - powiedział. - Tracisz formę? - W trzeciej kabinie była mina z nieczytelnymi warunkami "jeśli". Harry zabezpieczył ją i przeszedł do czwartej. - Tutaj - wskazał. - Coś jest po wewnętrznej stronie drzwi. - I Malfoy wcisnął się za nim do kabiny.

Wyglądało to jak zwykła klątwa powodująca ból, tylko że dziwnie rozciągnięta, tak, że nie można było ogarnąć jej wzrokiem. Harry cofnął się, wchodząc głębiej w kabinę.

- Hej, uważaj...

Ale ostrzeżenie Malfoya nadeszło zbyt późno i Harry wszedł wprost na drugą minę. Obydwoje nastawili się na wybuch pożaru, eksplozję lub ból. Nic się nie stało.

- Sądzę, że prędzej czy później dowiemy się, co ta zrobiła - och. Och, do diabła.

- Co? - Malfoy wymachiwał ramionami w powietrzu, jakby próbował kogoś uderzyć. - Co robisz?

Opadł na kolana, uderzając nimi o kafelkową podłogę i zaczął sięgać do przestrzeni pomiędzy ściankami kabiny a posadzką.

- O, na teściową Mordereda! To coś ustawiło jakąś barierę.

Harry sięgnął do drzwi, mimowolnie lekko podskakując, kiedy jego dłonie dotknęły niewidzialnej ściany. Mina po wewnętrznej stronie drzwi zniknęła.

Malfoy wspiął się na sedes, stawiając stopy po obu stronach muszli.

- Sięga tak wysoko, jak tylko mogę sprawdzić. Jesteś wyższy, spróbuj. Zszedł i stanął w rogu, a Harry wspiął się na jego miejsce.

Stanął na palcach. Do sufitu brakowało mu jedynie kilku cali.

- Nie mogę wyczuć żadnej luki.

Byli okropnie blisko i to, że twarz Malfoya znajdowała się na wysokości jego brzucha denerwowało Harry'ego. Pospiesznie zszedł z siedzenia.

- Alohomora. Adaperio. - Malfoy wskazywał swoją różdżką na otwarte drzwi, przedzierając się przez długą listę zaklęć odmykających. Harry dodał jeszcze kilka od siebie, ale żadne z nich nie zrobiło najmniejszej różnicy.

- Cholera - powiedział w końcu Malfoy. - Pozostaje nam tylko czekać, aż ktoś po nas przyjdzie. Nie będzie nas na kolacji, Miona się domyśli i pospieszy nam na ratunek. - Byli tak blisko, że Harry czuł ruchy powietrza wywoływane gestykulowaniem Malfoya.

- Świetnie. - Harry lekko uderzył głową o ścianę kabiny. - Nie obraź się Malfoy, ale ze wszystkich ludzi, z którymi chciałbym zostać uwięziony w toalecie, jesteś na końcu listy.

- Hm. - Malfoy uśmiechał się znacząco. - Nie mogę powiedzieć, bym kiedykolwiek poświęcił choć jedną myśl na stworzenie listy ludzi, z którymi mógłbym być uwięziony w toalecie.

Stał okropnie blisko i coś w tym jego "hm" sprawiło, że warga Harry'ego się podwinęła.

- Och, jestem pewien, że ani razu nie przyszło ci to na myśl.

- Ale ta sytuacja daje mi szansę na zaspokojenie ciekawości: dlaczego twój książę z plemienia Cherokee puścił cię z torbami - kontynuował Malfoy.

- Dobra. Rzeczywiście zamierzam omawiać z tobą moje życie miłosne.

Malfoy zignorował docinek.

- Chrapałeś? - spytał tonem osoby zmartwionej i współczującej. - Jadłeś chipsy w łóżku? Mało prawdopodobne, by wstydził się z tobą pokazywać - wyglądasz znośnie, choć źle się ubierasz, ale do tego Amerykanie nie przykładają zbyt dużej wagi. - Malfoy opierał się o ścianę, wyglądając na nadmiernie zadowolonego z siebie. - A ludzie, którzy cię lubią, zdają się bez większych trudności tolerować twoje gryfońskie nieokrzesanie. Być może stwierdził, że lokalny szaman powinien zadawać się z kimś inteligentniejszym. Za to nie mogę go winić.

Harry zacisnął zęby.

- Dlaczego zakładasz, że to on zerwał?

W momencie, w którym usta Malfoya wykrzywił drapieżny uśmieszek, Harry zdał sobie sprawę ze swojego błędu.

- Dwa kłamstwa na jeden temat, Potter? Tiara Przydziału z pewnością będzie chciała ponownie rozważyć swój wybór. - Odgarnął włosy przy pomocy jednej, ozdobionej pierścieniami dłoni. - Chociaż, wyjazdy zagraniczne muszą być dla Gryfonów szalenie trudne. Nie możecie uprawiać niezobowiązującego seksu - Boże broń - ale osiedlenie się na stałe za morzami byłoby dla was taką okropną zdradą lojalności dla starego...

Harry zacisnął pięści.

- Czy możesz się zamknąć i przestać mówić o rzeczach, o których nie nasz pojęcia?

- O czym - o niezobowiązującym seksie? Zdradzie? Kłamstwie? - Malfoy wyglądał na rozbawionego i był zdecydowanie o wiele za blisko.

- Cofnij się - popchnął Malfoya.

Malfoy zrobił pół kroku w tył i zatrzymał się; Harry pchnął mocniej i zdał sobie sprawę, że to była cała przestrzeń, jaką dysponowali. Malfoy stał plecami do ściany kabiny.

Malfoy ze swoimi plecami opartymi o ścianę. Malfoy ze swoim drwiącym uśmieszkiem i szybko poruszającymi się rzęsami, Malfoy ze swoją postawą zepsutego bogatego chłopca i tą jego całkowitą, rozwścieczającą swobodą...

Harry przesunął się na przód i poczuł klatkę piersiową Malfoya naprzeciw swojej, poczuł jak się ona podnosi i wziął nagły wdech. Już nie jesteś taki pewny siebie - pomyślał. Kolejny nieznaczny ruch i jego kolano było w górze, opierając się o ścianę, toczone udami Malfoya.

Malfoy oddychał raczej szybko, ale i tak spotkał wzrok Harry'ego z lekkim uśmieszkiem, tak jakby Harry nie mógł jednym pionowym ruchem kolana sprawić by Malfoy zwrócił zawartość swojego żołądka. Malfoy zdawał się w ogóle nie zauważać, że walczyli.

- Hm - powiedział, wsuwając między nich dłoń. I Harry zdał sobie sprawę, że jest w połowie twardy na sekundę przed tym, jak zdał sobie sprawę, że gorączkowo ociera się o wewnętrzną stronę dłoni Malfoya.

Po tym wszystko zdawało się dziać w migawkach, jak budynki oglądane z rozpędzonego pociągu. Zimno ściany kabiny naprzeciw jego czoła, Malfoy szepczący: "W porządku, pozwól mi, trzymaj się", głos Hermiony wołający: "Harry? Draco?" i Harry w całkowicie rozdzierającym przypływie gorąca i upokorzenia, dochodzący w swoich spodniach.

Ten hałas odbijający się od obłożonych kafelkami ścian był jego własnym zdyszanym oddechem.

Harry zatoczył się w tył, cofając się tak daleko, jak tylko mógł, z twarzą rozgrzaną seksem i zmrożoną przerażeniem.

- Nie widać - powiedział Malfoy i po chwili Harry zdał sobie sprawę, że Malfoy patrzy na front jego szaty.

- Dżinsy - odparł głupio. Jego usta zdawały się należeć do kogoś innego.

- Draco? - W wołaniu Hermiony było więcej pilności i Harry usłyszał jej pospieszne kroki.

- Tutaj, Miona - odpowiedział Malfoy ani na chwilę nie spuszczając wzroku z Harry'ego.

***

Gdy tego samego dnia Harry został sam w swoich kwaterach, opadł na kanapę i zmusił się do stawienia czoła faktom.

Upokorzył się. I jeśli Malfoy nie wspomniał jeszcze o tym incydencie Hermionie, to tylko dlatego, że czekał na odpowiedni czas, kiedy to historia wprawi Harry'ego w maksymalne zawstydzenie.

Chyba że Malfoy nic nie powiedział, gdyż próbował chronić siebie samego. W końcu i on nie był bez winy. To jego pełen ironii ton głosu doprowadził Harry'ego do takiego poziomu gniewu, że zbliżył się na odległość dotyku. I to była jego dłoń...

Jego dłoń...

Harry gwałtownie usunął swoją dłoń z frontu swoich spodni. Jezusie. Jego mózg nie był tego wieczoru bezpiecznym miejscem. Ani trochę. Chwycił pelerynę oraz Błyskawicę i pobiegł do najbliższego wyjścia z zamku.

Noc była pochmurna, wilgotna i chłodna. Po zamurowaniu wszystkich okien od zewnątrz budynek zdawał się być niepokojąco mroczny i przynosił Harry'emu na myśl fortecę, więzienie, lochy.

Stopniowo zwiększając szybkość Harry zatoczył koło wokół zamku, a kiedy nawet to nie pozwoliło mu uciec od myśli, zaczął się wznosić. W górę i w górę, aż znalazł się na poziomie obserwatorium w wieży astronomicznej. W górę, co raz wyżej, aż do dolnych partii chmur, gdzie otoczyła go mroźna mgła.

Z tej wysokości Hogwart przypominał zabawkę, był jak sztuczny zamek w Disney Worldzie, który wyglądał jak prawdziwy, aż nie zbliżyło się na wystarczającą odległość, żeby go dotknąć i przekonać się, że to tylko wodoszczelne włókno szklane, a nie wilgotne, omszałe kamienie i odpadające dachówki wspierane zaklęciami wodoodporności.

W górę, ciągle dalej, aż mgła zamknęła się wokół niego i nie widział już kompletnie nic.

***

Kiedy powrócił do swojego pokoju, zrzucił fotografie na podłogę i wdrapał się na nieposłane łóżko, zbyt zmęczony, by nawet przewracać się z boku na bok. Gdy znajdował się już na krawędzi snu, jego dłoń zamknęła się na małym, zaplątanym w pościeli przedmiocie i bez otwierania oczu Harry rozpoznał koszyczek z sosnowych igieł, który przesłał mu Sunday.

Śnił o dużych, utalentowanych dłoniach Sundaya pracujących nad koszyczkiem. Sploty i wzory przypominały sigile kalligromancyjne, ale nie mógł ich rozpoznać, nieważne jak mocno próbował.

- Co się tu dzieje? - spytał.

- Ty jesteś - odpowiedział łagodnie Sunday. Jego głęboki głos brzmiał kojąco.

- Nie mogę - zaprotestował Harry. - Mam do wykonania zadanie. Ludzi, którzy mnie potrzebują w domu. - Koszyczek wyglądał trochę jak kołyska. Był rozmiaru dłoni Harry'ego, ale w jego śnie to, że mógłby się w nim położyć i po prostu odpocząć wydawało się całkiem prawdopodobne. Jak bardzo łaknął odpoczynku.

- Chociaż na chwilę - odparł Sunday.

***

Gdy następnego dnia Harry otworzył drzwi do pokoju nauczycielskiego i znalazł tam jedynie Malfoya, natychmiast wykonał krok wstecz, całkowicie gotowy, by ukryć się w swoich komnatach i przeczekać do momentu, kiedy pomieszczenie nie będzie już skażone obecnością drania. Ale nagłe wspomnienie Malfoya drwiącego: "kiedy zwiałeś z kraju..." wystarczyło, by wyprostował się i wszedł do pomieszczenia.

- Dobrze ci się spało, Potter? - Malfoy zapytał, tonem wypranym z emocji, a Harry poczuł, jak jego wargi podwijają się, obnażając zęby.

- Racja - warknął. - Może... Może dla ludzi takich jak ty bycie w toaletowej kabinie jest powodem do przyjemnych snów.

- Och, proszę - odparł zmęczonym głosem Malfoy. - Na wypadek, gdybyś nie zauważył, ty należysz do ludzi takich jak ja.

- Nie jestem ani trochę taki jak ty - Harry wycedził przez zaciśnięte zęby. - Gardzę tobą.

- Gardzisz kimś, tyle jest oczywiste.

- Jak dzieci - głos Hermiony był pełen obrzydzenia. Ron stał zaraz za nią. Harry nawet ich nie usłyszał, gdy wchodzili. - Harry to rzeczywiście już się przeżywa. Nie mogę zrozumieć, jak można żywić urazę przez dwanaście lat. Wy dwaj musicie się z tym uporać i skupić na tym, co naprawdę ważne.

Oczy Rona przesuwały się od Harry'ego do Malfoya i z powrotem. Jeśli jeszcze nie zgadł, to domyśli się szybko.

- A wy... Och nie. - Hermiona przyjrzała się uważnie Malfoyowi. - Harry, proszę, powiedz mi, że to nie ty rozciąłeś Draconowi wargę.

Harry wbił wzrok w podłogę niczym przyłapany na gorącym uczynku przedszkolak. Malfoy także odmawiał spojrzenia Hermionie w oczy. W pokoju zbierali się pozostali nauczyciele, a udzielona publicznie nagana była jedynym sposobem na uczynienie tego dnia jeszcze gorszym.

- Podejdziesz tu i to naprawisz - nakazała Hermiona. - Szczerze, jeśli mogłabym dać wam tygodniowy szlaban i zabrać wam wasze kieszonkowe, to bym to zrobiła. Chodź, nie ociągaj się.

Harry przytknął koniec różdżki do rozcięcia na górnej wardze Malfoya, ale ten zrobił unik. Harry chwycił go za brodę i przytrzymał, jednocześnie uważając, by przypadkiem nie spojrzeć mu w oczy.

- Integro - powiedział.

***

Z nieprzytomną Rose Duncan, ciągle kurującą się z oparzeń Aoife Murphy i Marcy Prewitt kuśtykającą ze świeżo zregenerowanymi kośćmi biodrowymi po zahaczeniu o miażdżącą minę, drużyna Gryffindoru musiała walczyć o przetrwanie. W Noc Duchów, kiedy to zostali starci na proch przez Ravenclaw w pierwszym meczu sezonu, Oliver Wood opuścił boisko z miną, która wyglądała jakby właśnie wracał z pogrzebu.

Mimo coraz bardziej desperackich wysiłków Penelopy, by go rozweselić, na uczcie nadal patrzył na wszystko i wszystkich spode łba. W końcu Ron powiedział do Harry'ego: "No dalej, idziemy, czas udzielić trochę wsparcia moralnego".

W połowie konwersacji o rozkładzie treningów, wymaganiach co do sprawności fizycznej i możliwościach nagięcia "reguły pierwszoroczniaków" dla Tally'ego Johnesa, obok Rona dosiadł się Malfoy i zaproponował:

- Wood, jeśli chcesz, to mogę zapewnić Chinooki 357 dla wszystkich czterech drużyn.

- Co ty możesz? - Wood wyglądał jakby właśnie całkiem zdrowo oberwał tłuczkiem w głowę.

- Czy wyprodukowano już dwadzieścia osiem 357? - zdziwiła się Penelopa.

- Według oficjalnych danych, to trzydzieści - powiedział Malfoy. - Jeśli się nie mylę, to Weasley ma kontakt z wytwórcą - Ron przytaknął. - Chociaż może to ponieść za sobą jakieś ekstra koszty.

Wood wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w dal.

- Chinook 357 - powiedział rozmarzonym głosem.

- Myślisz, że zamierza faworyzować Ślizgonów, nie - wtrącił Harry.

Malfoy przewrócił oczyma.

- Myślę - powiedział. - Że quidditch nie ma sensu, jeśli wynik każdego meczu jest z góry zdeterminowany przez to, która drużyna ma lepsze miotły. - Uśmiechnął się szelmowsko. - Poza tym, byłby to bardzo dobry pomysł na wydanie części pieniędzy ojca.

Harry zmarszczył brwi.

- Przepraszam, czy to właśnie wyszło z ust osoby, której to ojciec kupił miejsce w drużynie?

- Tak, no cóż - odrzekł Malfoy, nadal się uśmiechając. - Mój ojciec zawsze mawiał: "Mój chłopcze, są rzeczy, których nie można kupić za pieniądze", ale byłbyś zdziwiony jak długo zajęło mi dostrzeżenie na to dowodów.

***

Następnego ranka powietrze było przesiąknięte chłodem. Idąc skrajem Zakazanego Lasu, Harry owinął się szczelnie peleryną.

Na Florydzie już po pięciu minutach miałby naręcze wiotkich, dorodnych kwiatów malwy sudańskiej, ale tutaj większość zieleni zdążyła już obumrzeć. Znalazł za to giętką winorośl i trochę bluszczu. Chowając różdżkę za pasek, ręcznie uformował z tego dwa niezdarne, zmierzwione wieńce.

Po szkole porozstawiane były oczywiście ze trzy tuziny pomników. Fryz w bibliotece przedstawiał Billa Weasleya na czele armii goblinów - Bill miał zwyczaj mrugania do Harry'ego, gdy ten go mijał. Na zewnątrz cieplarni dzwonki i śpiewające lilie tworzyły serenady ku pamięci profesor Sprout, a połowa książek w bibliotece zdawała się nosić zmarszczoną twarz pani Pince.

Ale na zewnątrz, na skraju błoni, umieszczono dwa sanktuaria dla mniej sławnych poległych: odbijającą sadzawkę i Pomnik Mugoli.

Odbijająca sadzawka była mała i idealnie okrągła, a znajdująca w niej woda nawet w najbardziej wietrzne dni pozostawała w bezruchu. Harry odczuwał zdenerwowanie, kiedy klękał na otaczającej ją wilgotnej trawie. Hermiona kiedyś mówiła mu, że nigdy nie było wiadomo, co się zobaczy. Harry pochylił się nad taflą.

Na początku zobaczył tylko swoje własne odbicie. Potem, gdy upłynęło już kilka chwil, przez powierzchnię wody przeszła srebrna fala i Harry patrzył w jasne oczy Cedrika Diggory'ego.

Wzdrygnął się i cofnął, serce łomotało mu jak szalone. Wziął głęboki oddech i pochylił się ponownie.

Cedrik wpatrywał się w niego cierpliwie. Harry zmarszczył brwi, zastanawiając się, dlaczego sadzawka pokazuje mu Cedrika jako dziecko. Nagle zdał sobie sprawę, że chłopiec, na którego patrzył, wyglądał dokładnie tak jak wtedy, kiedy Harry widział go po raz ostatni - tylko, że Harry się postarzał, a Cedrik nie dostał na to szansy.

- Przykro mi - powiedział. - Nie wiedziałem. Nie wiedziałem wystarczająco dużo - wieniec zaczął trzeszczeć w jego zaciskającej się coraz mocniej pięści.

- Patrz - ponaglił go Cedrik, a jego twarz poruszyła się i przeobraziła w oblicze Colina Creeveya trzymającego w dłoniach aparat fotograficzny.

- Chciałem tam być - powiedział Colin - Nie mógłbym być gdzie indziej.

- Nie - zaczął Harry. To było po prostu złe. W ogóle nie powinno być żadnego tam. Harry miał sam pozbyć się Voldemorta. Miał stoczyć miły, czysty pojedynek, tak jak działo się to w bajkach. Krwawa, pełna chaosu wojna, która rozprzestrzeniała swe macki aż dotknęła każdego, kogo Harry kiedykolwiek znał, w ogóle nie miała zająć miejsca...

- Nie patrzysz - powiedział głos, który nie należał już do Colina, ale do Szalonookiego Moody'ego, którego twarz była zapadła, lecz niepozbawiona zaciętości, jakby głód pozbawił go wszystkiego prócz determinacji, by wykorzenić śmierciożerców.

Kolejna zmiana: Nicolas Flamel, wyglądający tak jak na zdjęciu, które Harry zobaczył kiedyś obok notatki o jego śmierci, uśmiechający się promiennie i machający.

- To nie był w końcu taki trudny wybór, mój chłopcze - powiedział. - Kolejna okazja do nadania mojemu życiu głębszego znaczenia.

Jeśli pozwoli temu postępować, kolejna twarz mogła będzie należeć do Syriusza. Albo Dumbledore'a. Albo nawet ojca Harry'ego...

Harry rzucił na taflę wody wieniec z pnączy. Kiedy falowanie ustało, znów spoglądał na swoje własne oblicze. Klęczał tam przez kilka chwil, zanim jego ręce przestały się trząść.

Kilka kroków od sadzawki stał Pomnik Mugoli - brązowa statua przedstawiająca ubraną po mugolsku rodzinę. Mężczyzna niósł telefon komórkowy, kobieta miała w uszach miniaturowe słuchawki od radia, a dziecko bawiło się jo-jo. Harry złożył u ich stóp drugi wieniec.

- Ta rzecz przyprawia mnie o ciarki - głos dobiegł zza pleców Harry'ego. Obrócił się i zobaczył Malfoya spoglądającego w górę, na twarz mężczyzny. - Spójrz na to. Poruszasz się, a ich oczy cię nie śledzą. To wyprowadza mnie z równowagi - zadrżał teatralnie.

- Nie spodziewałem się, że będziesz obchodził Zaduszki - Harry jakoś nie potrafił dodać do tonu swojego głosu tyle drwiny, ile by pragnął.

- Och, Malfoyowie zawsze przywiązują dużą wagę do tradycji - odparł Malfoy. Dopiero wtedy Harry zauważył, że miał na sobie mugolskie ubranie: beżowe spodnie i gruby, szary, wełniany sweter, spod którego wystawała koszula i pasiasty krawat Slytherinu.

Wzrok Harry'ego powrócił do pomnika.

- Bridget Bishop była pierwszą mugolką powieszoną w Ameryce za czary - powiedział Harry. - A Giles Corey został zmiażdżony między dwoma ścianami. - Gdy Malfoy uniósł brew, Harry wyjaśnił: - W Coven nasz Pomnik Mugoli przedstawiał właśnie ich. Purity Webster kazała sprowadzić go z Salem. Ale jedyne miejsce, w którym można go było postawić znajdowało się przy basenie, więc zawsze wyglądał raczej nie na miejscu.

Zapadła długa cisza, którą w końcu przerwał Malfoy.

- Obóz śmierciożerców znajdował się w Outer Lowering. - Po chwili dodał. - Paląca się strzecha ma bardzo specyficzny zapach.

Malfoy stał przez chwilę w miejscu, najwidoczniej zbierając się na odwagę, by coś zrobić, po czym rzucił jakiś przedmiot na postument pomnika, skinął głową w kierunku Harry'ego i odszedł. Harry przyjrzał się bliżej pozostawionej rzeczy. Był to ołówek automatyczny.

***

Kiedy Harry przybył do dormitorium Puchonów ze świeczką i butelką olejku, Malfoy nadal miał na sobie swój sweter.

Powinien wyglądać głupio w mugolskich ubraniach, ze swoimi długimi włosami i biżuterią - pomyślał Harry, kiedy torowali sobie drogę przez pokój - ale tak nie było. Malfoy był niczym wyjęty z ilustracji z jednej z książek Dudleya zawierających baśnie, młody książę z jakiegoś nordyckiego kraju, wypełniający czas pozostały mu do objęcia tronu obowiązkami ambasadora. Harry mógł z łatwością wyobrazić sobie jego spowitego w futra, jadącego na saniach zaprzężonych w białe tygrysy...

- Potter? - Malfoy zamachał mu przed oczyma dłonią. Harry zamrugał.

- Przepraszam.

- Zagubiony w myślach. Chyba nie myślisz o ponownym zaatakowaniu mnie, nie?

Harry zacisnął zęby. To, że mógł jednocześnie i jednakowo wyraźnie zobaczyć oczyma swojej wyobraźni Malfoya rozciągniętego na futrze, niemającego na sobie nic poza jego srebrną biżuterią oraz siebie łamiącego draniowi nos było bardzo dziwne.

- Ponieważ mógłbym przeżyć bez rozciętej wargi - głos Malfoya był ciepły i nieoczekiwanie bliski, a jego oddech postawił włosy na karku Harry'ego. - Ale, jeśli chodzi o inny rodzaj ataku, to moja filozofia brzmi: "cóż znaczy niewielka napaść wśród przyjaciół?".

Oczy Harry'ego otworzyły się szeroko.

- Nie jesteśmy... - zaczął protestować i nagle umilkł, kiedy Malfoy delikatnie zdjął mu z twarzy okulary.

- Słyszałem, że nawet Gryfoni, jeśli tylko spróbują, mogą nauczyć się czerpać korzyści z niezobowiązującego seksu - Malfoy powiedział to cicho, kładąc okulary na stole. Już się nie uśmiechał.

- Malfoy...

- Mm? - Jego twarz była tak blisko, a jego dłonie uniosły się, zawahały przez chwilę, po czym dotknęły policzków Harry'ego.

Harry zamknął oczy i pochylił się naprzód, chwytając usta Malfoya swoimi i przeciskając swój język przez wargi Malfoya, prawie nie zauważając, kiedy jego własne ręce zacisnęły się na fałdach swetra Malfoya.

Malfoy przez chwilę tolerował jego niezdarność, a potem jego dłonie otoczyły twarz Harry'ego i odsunęły ich twarze od siebie tak, że ich usta ledwie się stykały, pozostawiając na skórze łaskotanie. Jego język prześlizgnął się po dolnej wardze Harry'ego, malując na niej wilgotny pasek, i Harry nie mógł powstrzymać przyspieszonego wdechu.

- Możesz przestać miętosić moją bluzę, Potter - powiedział Malfoy z każdą sylabą muskając usta Harry'ego swoimi. - Powiedziałem "tak".

- Uch... OK - wydukał Harry, kiedy wargi Malfoya zaczęły eksplorować jego szczękę.

Kiedy już wyplątał swoje dłonie ze swetra Malfoya, nie bardzo wiedział, co z nimi zrobić.

Przeciągnął je po plecach Malfoya, a ten odpowiedział mruczeniem i zbliżył się jeszcze bardziej. I nagle Harry zdał sobie sprawę, że stoi w chłopięcym dormitorium Puchonów z oboma ramionami oplecionymi wokół Dracona Malfoya. To nie wydawało mu się takie dziwne, jak sądził, że powinno.

Opuszki palców Malfoya opuściły jego twarz i zaczęły rysować leciutkie linie wzdłuż boków jego szyi i nie mógł powstrzymać się przed uniesieniem brody, by zaoferować Malfoyowi lepszy dostęp. Poczuł, jak wargi Ślizgona zakrzywiają się w uśmiechu, a potem usta Malfoya podążyły za jego palcami wzdłuż szczęki i do szyi, a Harry usłyszał siebie wydającego cichy odgłos.

Dotarł on także do uszu Malfoya, razem z pozwoleniem, które w sobie zawierał, i Harry poczuł na skórze swojej szyi miękki i ciepły język. Jego kolana nagle osłabły i zatoczył się, dając krok w tył, by się o coś oprzeć.

- Mm - powtórzył Malfoy - twoja kolej pod ścianą. - Harry zacieśnił swój uchwyt na blondynie, przyciągnął go do siebie i, nie dając sobie czasu na myślenie, wyciągnął koszulę z jego spodni i wsunął pod nią swoje dłonie.

- Ach - powiedział Malfoy. - Dobrze. - Koszula Harry'ego była już w połowie drogi z jego spodni i Malfoy wyszarpnął ją do końca. Jego ręce były chłodne, gdy dotknęły pleców Harry'ego.

Malfoy patrzył na niego z lekko przekrzywioną na bok głową, rozważając... a potem przeciągnął dłonią wzdłuż talii Harry'ego i wsunął jeden palec pod guzik od spodni. Harry pośpiesznie nabrał powietrza, tylko częściowo dlatego, że to łaskotało. Kiedy Malfoy nie posunął się naprzód, Harry otworzył oczy i napotkał oczekujące spojrzenie.

Cholera. To byłoby o wiele łatwiejsze z zamkniętymi oczyma i poczuł się trochę zły na Malfoya za to, że ten mu na to nie pozwala. Ale chociaż wyraz twarzy Malfoya był pytający, jego twarz oblewał rumieniec, a oddychanie znacznie się przyspieszyło. Harry przytaknął i poczuł, jak przez chwilę knykieć Malfoya przyciska się do jego brzucha, kiedy odpinał guzik.

Spodnie stały się luźniejsze, gdy Malfoy rozpiął suwak i Harry nie myślał, że mógłby znieść wzrok Malfoya na sobie, kiedy on... to robił. Odwrócił głowę, a wtedy Malfoy wydał z siebie odgłos rozbawienia.

- Pocałunek jest akceptowanym przez społeczeństwo sposobem unikania lustracji podczas kontaktów seksualnych - wyszeptał i, podczas gdy jego prawa dłoń przedostawała się przez bieliznę Harry'ego, jego lewa ręka chwyciła twarz Harry'ego i pochyliła ją aż ich usta się spotkały.

Dłonie Sundaya były duże i silne jak cała jego reszta, dłonie Alicji i Zoe były miękkie i wahające się. Dłonie Malfoya były wąskie i pewne, a chłodne pierścionki kontrastowały z gorącem członka Harry'ego zanim nie ogrzały się na tyle, że nie czuł ich wcale. Malfoy zajmował się nim bez pośpiechu ani wahania. Po raz pierwszy Harry był wdzięczny za tą cholerną pewność siebie Malfoyów.

Po chwili usunął swoje dłonie spod koszuli Malfoya i zanurzył jedną z nich w kurtynie tych cienkich jak pajęczyna włosów. Drugą owinął wokół przedramienia Malfoya. Malfoy na chwilę przerwał pocałunek, ale natychmiast go wznowił, kiedy zdał sobie sprawę, że Harry nie próbuje go zatrzymać. Harry trzymał się go delikatnie, rozkoszując się pracą mięśni w jego ramieniu.

Napięcie wzrastało i Harry oderwał swoje usta od warg Malfoya, w desperackiej potrzebie powietrza. Kiedy oparł głowę o ścianę, poczuł na swoim gardle język Malfoya, a potem jego zęby. Harry kołysał biodrami w przód i w tył, zaciskając zęby by powstrzymać jęki, które pragnęły uciec.

Malfoy nagle zacieśnił swój uchwyt i szepnął mu do ucha: "Tak.", a ruchy bioder Harry'ego stały się bardziej gorączkowe, aż wreszcie osiągnął spełnienie.

Przez chwilę nie miał siły na nic poza opieraniem się o ścianę i łykaniem jednego haustu powietrza za drugim. Malfoy prawie w ogóle się nie poruszał. Stał z głową wtuloną w szyję Harry'ego, a kiedy ten wsunął miedzy nich swoją rękę, westchnienie, które otrzymał było spowodowane po części zaskoczeniem i przyjemnością.

Spodnie Malfoya były zrobione z miękkiej flaneli. Znajdująca się pod nimi bielizna była luźna i miękka, czepiała się opuszków palców Harry'ego i przewodziła bijący od Malfoya żar tak dobrze, że Harry czuł się, jakby dotykał gołej skóry - albo tak sądził, zanim nie dotarł pod spód do tej gorącej i gładkiej jak nic innego na świecie powłoki.

Malfoy wydał z siebie ciche skomlenie, gdy dłoń Harry'ego po raz pierwszy musnęła jego członek, a jego biodra zaczęły poruszać się szybko, wbijając się w i wycofując z obręczy dłoni Harry'ego. Jego powieki były zaciśnięte, a twarz zarumieniona; wyglądał prawie jakby odczuwał ból. Harry polizał jego kość policzkową, a on zadrżał i zanim Harry zdążył pomyśleć o zrobieniu czegoś więcej, niż tylko podążaniu za rytmem bioder Malfoya, ten już kończył w jego dłoni.

W jakiś sposób udało się im rozdzielić, tak, że ich jednymi punktami kontaktu były czoło Malfoya opierające się o bark Harry'ego i dłoń Harry'ego w spodniach Malfoya.

Barki Malfoya były oparte o ścianę, a lewa ręka Harry'ego zwisała bezużytecznie przy jego boku. Nawet ze swoją dłonią nadal trzymającą członek Malfoya, Harry nie był w stanie pokonać odległości między nimi, by owinąć wokół niego swoje drugie ramię.

W końcu zaprzestał poszukiwania właściwego gestu i zamiast tego przywołał swoje okulary. Malfoy wyłowił z rękawa koszuli różdżkę, po czym wymamrotał zaklęcie, które oczyściło ich obu.

Spojrzał przeciągle na Harry'ego.

- W porządku - powiedział. - Myślę, że tu już skończyliśmy. - Sięgnął ręką do drzwi.

- Chwilę. - Harry przyłożył czubek palca do czerwonych warg Malfoya. Malfoy szybko nabrał powietrza.

- Nolotumesco.

Patrzenie, jak usta Malfoya tracą ten mówiący o niedawnych pocałunkach rumieniec było trochę rozczarowujące, ale nie miał innej opcji.

Powtórzył zaklęcie na sobie. Malfoy obdarzył go pytającym spojrzeniem.

- Pomyślałbym, że to jest jedno z tych zaklęć, których używasz całkiem często, Malfoy. Nie chcesz przecież, żeby ktoś tylko na ciebie spojrzał i już wiedział.

- Ach - powiedział Malfoy.

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści