Rozdział 6. Efekt odbicia.

Podczas pierwszego w semestrze wypadu do Hogsmeade, Harry wstąpił do Willow i Wombly'ego i kupił niedrogi aparat fotograficzny. Trudno było patrzeć na niego nie myśląc o biednym Colinie, siedemnastoletnim korespondencie wojennym, tak długo dokumentującym walki swoimi zdjęciami, aż zabrała go klątwa.

Harry otrząsnął się z niewygodnych wspomnień i poszedł w kierunku Trzech Mioteł, by dogonić Penelopę i Hermionę.

- Uśmiech!

Sfotografował Olivera i Charliego lecących nad boiskiem i grających jeden na jednego w quidditcha, Remusa i Michelle przy partii Łowców i Szakali rozgrywanej na stole nauczycielskim, McGonagall spoglądającą ze smutkiem na zaślepione okna. Swoich uczniów z szóstego poziomu dumnie trzymających pióra, które przemienili w stokrotki. Rona zerkającego znad w połowie odbudowanej ściany z łomem w dłoni i różdżką zatkniętą za ucho. Malfoya kradnącego winogrona z talerza Hermiony.

"Cześć Kat" - pisał. - "Hogwart jest tylko trochę mniejszy, niż go pamiętałem, i jest tu trochę więcej problemów. Wszystko idzie..."

Wytarł "świetnie" i pożuł przez chwilę czubek pióra, zanim dokończył zdanie.

"...raczej ciężej, niż się tego spodziewałem, jeśli mam być szczery."

Nawet, kiedy opisywał obecną sytuację: miny, nieszczęsnych, nieprzygotowanych uczniów, krwawy odcisk dłoni na zewnątrz łazienki prefektów, którego nie mogła usunąć żadna ilość szorowania - wiedział, że ani jedno z jego słów nie będzie brzmiało wystarczająco realnie, gdy Kat odczyta je głośno przy rozświetlonym porannym słońcem basenie. Albo tamto życie było snem, albo jest nim to. Westchnął.

"Swoją drogą, wysyłam zdjęcia - zrób to samo. Powiedz wszystkim "cześć" i pogłaszcz ode mnie koty. Powiedz Sunday..."

Ale on i Sunday powiedzieli sobie już wszystko, kiedy opuszczał Florydę, więc być może najlepszą strategią było zachowanie pełnej godności i ciszy albo przynajmniej powstrzymanie się od popełnienia kolejnej gafy. Wytarł początek zdania i napisał: "Brakuje mi was wszystkich, ale sądzę, że już nadszedł czas, bym wrócił do domu."

***

Po obiedzie Harry spędził długie minuty w pokoju wspólnym Krukonów, czekając na Malfoya, zbyt zmęczony by iść i go poszukać, zbyt zmęczony by choć odpowiednio się zirytować, że nie było go tam, gdzie być powinien.

W końcu poddał się i, powłócząc nogami, opuścił wieżę Ravenclawu, myśląc niejasno o zdrzemnięciu się i pozwoleniu Malfoyowi na znalezienie go, kiedy ten będzie już gotowy do pracy.

Drzwi do pokoju nauczycielskiego były zamknięte. Posąg Snape'a stał, lekko pochylony, a Malfoy siedział na jego postumencie z na wpół przymkniętymi oczyma.

- ...i dla dwóch z nich nie mogliśmy zidentyfikować bezpośredniego obiektu, więc zdecydowaliśmy, że zostawimy je w spokoju... - wymamrotał. - A potem były te, których cały węzeł może się rozplątać i zmienić kształt, jakby mówił ci, że wie, że na niego patrzysz, możesz w to uwierzyć? Albo takie wyglądające w jeden sposób, kiedy po raz pierwszy je widzieliśmy, a potem, gdy poszliśmy je odczarować, wyglądały zupełnie inaczej. - Oparł głowę o kamienne kolano i pozwolił swoim oczom się zamknąć. - Kilka z nich jest po arabsku.

Harry poczuł dziwną niechęć do przerywania im, ale po chwili Malfoy zdał się wyczuć jego obecność.

- Ach, Potter - powiedział. - Z powrotem do rozbrajania min, nie?

Wstał, lekko się chwiejąc, i chwycił wyciągniętą dłoń Snape'a, by złapać równowagę. Wyglądał na tak zmęczonego, jak Harry się czuł. - No więc chodźmy.

Minął Harry'ego i skierował się do wieży Ravenclawu.

Harry spojrzał na pomnik Snape'a. Statua uniosła brew, ale nie skomentowała.

Po chwili Harry także podniósł brew i poszedł za Malfoyem.

***

- O jej. Tylko to zobacz.

- Co? - Harry wsunął z powrotem okulary na nos i spojrzał na Malfoya, który wpatrywał się w regał w jednym z chłopięcych dormitoriów Krukonów.

- Ból na osobę, która o to zahaczy.

- Chyba żartujesz. Masz na myśli, że to jedna z tych, z którymi możemy coś zrobić?

Malfoy przytaknął. Odczarowali ją szybko i podeszli do następnej.

Harry oparł się o ścianę, podczas gdy Malfoy przeszukiwał pergamin. Trzymał oczy szeroko otwarte - był tak zmęczony, że zasnąłby dokładnie w momencie, w którym pozwoliłby im się zamknąć - ale stracił rachubę czasu. Po chwili zauważył, że Malfoy zrobił się okropnie cichy.

- Co jest?

Wskazał bez odpowiadania na pytanie. Harry spojrzał na sigil.

- Zatrzymanie akcji serca. Już to wcześniej widzieliśmy.

- Zwróć uwagę na pierwsza krzywą od góry - to jest namiar na bezpośredni obiekt.

Harry odnalazł linię i podążył za nią, ale nie mógł nic odczytać. Uniósł brwi na Malfoya.

- Pierwszą rzeczą, jakiej się uczysz, kiedy weźmiesz do ręki "Wstęp do kalligromancji" jest zapisywanie twojego własnego imienia. - Malfoy zaczął wykonywać różdżką skomplikowane manewry, tworząc zwarty węzeł złożony z pętli i wolnych końcówek.

- Malfoy... Draco. - Był identyczny z tym wskazującym na bezpośredni obiekt.

Zbulwersowany Harry zapatrzył się we wzory.

- Gdybyśmy wpuścili tu Malika i Banksa, zabiliby cię, kiedy po raz pierwszy spróbowaliby odrobić zadanie domowe.

Malfoy przytaknął.

- Szkoda, że nie dali tego w Gryffindorze. Nie byłbym wtedy w najmniejszym niebezpieczeństwie - zwinął pospiesznie pergamin. - Chcesz go jeszcze przez chwilę popodziwiać czy możemy iść dalej?

***

Odpowiedź Kat nadeszła pewnego ranka po śniadaniu, kiedy Harry, Hermiona, Malfoy i Ron pozostawali jeszcze w pokoju nauczycielskim.

"Har! Poprzez sposób, w jaki ignorowałeś wszystkie sowy z domu, myślałam, że nie usłyszymy od Ciebie, aż będziesz gotowy byśmy znaleźli ci miejsce w Centrum dla Emerytowanych Czarodziei Zaczarowane Akry.

Zadamawiasz się? Wygląda na to, że jesteście stworzeni do tej roboty z minami i tym podobnym. Chcielibyśmy pomóc, ale nikt tu nigdy nie słyszał o kalligromancji. Dr Bokor mówi, że używacie kilku z jego gris gris, więc przynajmniej znamy jedną, czy dwie rzeczy, których nie potrafią ci Angole.

Spytam mamę i tatę, czy nie wiedzą więcej o starej magii, która mogłaby Ci pomóc, ale nie licz na wiele. Z tego, co pamiętam, jedyne zaklęcia, które zostały po stronie hugenockiej, to te, które zostały zaprojektowane by zamienić życie twoich dzieci w piekło na ziemi, a te ze strony Seminoli służą do wytwarzania przedmiotów, których nie można sprzedać nawet w sklepie z pamiątkami. Ale już słyszałeś tę śpiewkę."

Harry się uśmiechnął. Kat była przede wszystkim historykiem i wpadała w ekstazę z zazdrości o niczym niezniszczone wieki nauczania magii w Europie.

"Mieliśmy w ostatnim tygodniu ochłodzenie - spadło do sześćdziesięciu i kilka doniczkowych roślinek straciło trochę liści. I ktoś twierdzi, że widział Płaskookiego w lasach, ale dr Bokor sądzi, że to pewnie stary, zabłąkany pies. Ale i tak na wszelki wypadek znosimy pudła prochu i siarki.

Tyndal mówi, że Marisol prawie nie może wstawać ze swojego krzesła, chociaż ma termin dopiero w lutym, i nadal starają się wyjaśnić Atzi, dlaczego nie można nazwać dziecka Dżasminą Ariel Piękną. Tituba wreszcie się okociła - dwa z nich wyglądają jak Psotnik, a dwa inne jak Jefferson, a piąty jest jedyny w swoim rodzaju. Mój kot ma więcej rozrywek niż ja.

Dzięki za fotki. Następnym razem dodaj z tyłu trochę opisów, bym wiedziała, kto jest kim. Poznaję Hermionę z tego zdjęcia, które miałeś na ścianie, kiedy byłeś tutaj - powiedz jej, że wygląda na moją pokrewną duszę - ale kim jest ten kieszonkowy Apollo oparty o jej krzesło? I czy jest dostępny na eksport?"

Harry szybko złożył list, zanim Malfoy zdążył zajrzeć mu przez ramię i nadąć swoje ego do jeszcze większych rozmiarów, niż to było dla niego normalne. Zamiast tego wziął zdjęcia, a Ron i Hermiona nachylili się nad nim, by też popatrzeć.

Był tam grający na gitarze Tyndal z tańczącą koło niego w falbaniastej sukience jego córeczką Atzi. Doktor Bokor wyciągnięty na swojej leżance przy basenie, ubrany tylko w parę szortów i zwieszającą się na rzemieniach z szyi czerwoną flanelową torbą. Kat i Purity warzące eliksir przy bufecie z kontynentalnymi śniadaniami w hotelowym korytarzu. Najstarsza klasa - wszystkich szesnastu - po kostki w Atlantyku.

- Och. - Wszyscy zwrócili się w kierunku Malfoya, który podniósł następne zdjęcie ze stosu - O jej. Byłem niesprawiedliwy dla Ameryki, jeśli może ona wyprodukować więcej takich jak on. - Podał zdjęcie Hermionie.

- On jest oszałamiający - powiedziała. - Te włosy.

Do tego momentu Harry miał nadzieję, że było to kolejne ujęcie Tyndala albo chłopaka Purity z Bostonu, albo jakiegoś przypadkowego prawie że absolwenta, który wpadł w oko Kat, ale kiedy Hermiona powiedziała "włosy", Harry stracił zapał.

- Więc - dopytał się Ron, zaglądając jej przez ramię. - Kim on jest?

Nic z tego.

- Sunday Coneskey - odpowiedział.

- Harry! - Hermiona spojrzała na niego groźnie. - Okłamałeś nas!

- Właściwie, to nie - odparł Harry i to była prawda. Nie odmienianie imienia i uważanie z zaimkami to nie to samo, co kłamstwo.

Ron rzucił mu spojrzenie, które mówiło, że przejrzał ten argument na wylot i uznał go za raczej zabawny. A Malfoy...

- Widocznie twoja szczerość pozostawia coś do życzenia, Potter - powiedział. - Ale ja z pewnością podziwiam twój gust. - Położył zdjęcie na stole, a Harry mógł je wreszcie zobaczyć. - Choć ten twój Sunday nie wygląda na bardzo przyjacielskiego. - kiedy inne postacie z fotografii machały, promieniejąc, Sunday po prostu stał ze swoimi raczej imponującymi ramionami skrzyżowanymi na swojej raczej imponującej klatce piersiowej, falujące czarne włosy opadały mu prawie do talii, po czym skinął do Harry'ego, uśmiechając się krzywo.

- Widzisz, to nie to - powiedział do Hermiony Harry. - To nie był... to był tylko... - Zaczął jeszcze raz. - Jego dziadek jest Tylko-Spróbuj-Nas-Zatrzymać Coneskey, najlepszym czarodziejem w całej Wschodniej Gałęzi Cherokee, więc to nie jest tak, że ustatkowałby się z jakimś przypadkowym czarodziejem z Anglii. Chciał bardziej korzystnego połączenia. - Poczuł lekki efekt deja vu; zanim opuścił Florydę odbył z Sundayem dokładnie taką samą rozmowę.

- Ach, dynastyczne małżeństwo - skomentował Malfoy. - Myślę, że powinienem być wdzięczny wojnie za oszczędzenie mi tego.

Harry zamrugał.

- Ale przecież ty jesteś... Oczekiwali od ciebie, byś się ożenił?

Malfoy uśmiechnął się z wyższością.

- Jesteś ze średniej klasy - od stóp do głów - nie, Potter? Mogę być zboczeńcem, ale muszę podjąć obowiązek kontynuacji linii Malfoyów.

Kiedy Harry próbował schować fotografie, coś innego wypadło z koperty - mały koszyczek z sosnowych igieł rozmiaru jego kciuka. Sunday wyplatał takie mechanicznie, nawet bez patrzenia na ręce. Wepchnął go z powrotem pod zdjęcia.

- Więc... kto? - spytał Malfoya. - Pansy Parkinson?

- Taka pospolita rodzina? Jej pradziadek był urzędnikiem. - Całkiem dobrze imitował ton głosu swojego ojca. - Nie, jeśli czarodziejski świat nie zostałby rozdarty na pół w sposób, w jaki to się stało, mój ojciec prawdopodobnie zaaranżowałby mi małżeństwo z Susan Bones. Sądzę, że Marcy Prewitt też mogłaby wejść w rachubę.

- Twoja uczennica? - Przez Hermionę przemawiał szok.

- Miona, przestań myśleć jak mugolka. Kiedy ona będzie miała sto lat, ja będę miał sto sześć. - Uśmieszek Malfoya był jeszcze bardziej wymowny. - Ale przy aktualnym stanie rzeczy moje wybory zostałyby ograniczone do strony śmierciożerców: Marguerite Rosier, być może moja kuzynka Amarylis - dziecko z końską twarzą. Albo któraś ze Snape'ówn. - Uśmiechnął się na zdziwione spojrzenie ze strony Harry'ego. - Jego kuzynki drugiego stopnia, wszystkich trzy. Niestety młodsze odziedziczyłby mózgi po DeLapinach. Chociaż raczej lubiłem Faustę. I, oczywiście, jej rodowód był doskonały. Snape'owie, potężni od samego początku.

- Co za wstyd dla niej - powiedział Harry. - Że twojego ojca nie ma tutaj, by przypilnował, abyś dał jej pokaźną ilość malfoyowskiego DNA.

Ron zachichotał, ale Malfoy jedynie się uśmiechnął.

- Tak, jestem pewien, że jest bardzo zawiedziona, szczególnie, że teraz jestem głową rodziny i przez to podwójnie dobrą partią. - Odgarnął włosy przy pomocy kciuka i środkowego palca smukłej dłoni, wyglądając w każdym calu na młodego czarodziejskiego dziedzica - zabawne, jak pewne gesty i leniwa pewność siebie pozostawały takie same, niezależnie od kultury.

Harry odwrócił wzrok. Próbowanie nie pożądania tego zadowolonego z siebie drania sprawiało większy kłopot, niż było to warte.

***

- Jako że oboje mamy wolne popołudnie, to warto by było sprawdzić boisko na obecność min - powiedział pewnego dnia przy lunchu Malfoy.

- Dobry pomysł, Draco - poparła go Hermiona. - Wiem, że teraz, gdy już wszystko się ustabilizowało, Oliver nie może się doczekać prawdziwych meczy.

- Nie widzę celu - narzekał Harry. Bolały go nadgarstki, kostki i wszystko działało mu na nerwy. - Kiedy sprawdzaliśmy za pierwszym razem, nic nie znaleźliśmy. Spędzimy całe popołudnie latając tylko w przód i w tył.

- Tak - odparł z naciskiem Malfoy. - Właśnie. Spędzimy całe popołudnie, latając tylko w przód i w tył.

Och.

- W porządku. Jeśli to cię uszczęśliwi - odpowiedział Harry.

- Szaleńczo.

Oczywiście na boisku nie było żadnych min. Musieli lecieć powoli, żeby nie zgasić świeczki. Harry czuł się na miotle zawstydzająco nieswojo, ale Malfoy trzymał się dalekich krańców boiska a odległość uniemożliwiała mu robienie złośliwych komentarzy. Malfoy nadal latał tak, jak Harry pamiętał - z perfekcyjną gracją, jakby powietrze było poduszką, a miotła jedną z jego kończyn. Harry szybko odwrócił wzrok, żeby nie zostać przyłapanym na patrzeniu.

***

Tego wieczora przy kolacji przybyło kolejne puste miejsce.

- Po południu Ursa Polaris została trafiona kolejną klątwą powodującą ataki konwulsji - poinformowała ich Penelopa.

- Musimy pracować szybciej - powiedział Harry. Malfoy zacisnął usta, ale nic nie odpowiedział.

***

- Ból, ból, pożar, koszmary. - Malfoy wskazywał na kolejne węzły. - Utrata zębów, jeszcze więcej bólu. Ooch, coś nowego - paranoja i halucynacje skierowane bezpośrednio na Szefa Biura Aurorów - czekaj, będę chciał go przerysować dla Miony, zanim zabierzemy się za rozbrajanie.

Harry nadal uważał sposób, w jaki Malfoy podziwiał bardziej kreatywne miny za ohydny, ale zgasił zaklęciem świeczkę, by się nie marnowała, kiedy Malfoy kopiował sigil.

Sarah McDuff i Medea Martin, starsze uczennice, które miały wolne większość poranków, obserwowały ich z zaciekawieniem z bezpiecznej pozycji na korytarzu, kiedy Harry ponownie zapalił świeczkę i razem z Malfoyem zaczęli odczarowywać pokój, a potem przeszli do następnego. Dormitorium Puchonów było prawie całkowicie opuszczone, gdy przeprawiali się przez kolejne sypialnie, ale mimo to Harry nie mógł pozbyć się tego okropnego uczucia, że jest obserwowany. Potarł kark.

- Sztywniejesz, Potter? Może powinieneś dołączyć do zajęć jogi, które prowadzi Phoenix.

- Już biegnę się zapisać. - Tu też było zimno i wilgotno. Harry postawił kołnierzyk szaty. Bardzo chciał, by już mogli skończyć z dormitoriami i by mógł pójść przebrać się w coś cieplejszego.

Malfoy popatrzył na niego ze swoim zwykłym wyrazem twarzy - lekceważącym rozbawieniem.

- Wyglądasz też trochę blado. Być może dementor przeszedł nad twoim grobem.

- Zamknij się, Malfoy - Harry potarł przedramiona. - Pospieszmy się i miejmy to już za sobą.

***

- Dobry początek, panie Chum. - Harry wylewitował żółwia Cuma wystarczająco wysoko, by klasa mogła zobaczyć jego postęp w zamienianiu gada w portmonetkę. - Widzicie jak nogi zaczynają wycofywać się do skorupy, a głowa staje się srebrna? Pierwszym krokiem do udanej transformacji....

Poczuł na karku wilgotny chłód i zadrżał. Po chwili zdał sobie sprawę, że klasa czeka na niego, by kontynuował.

- Racja. Jak już mówiłem, pierwszym krokiem jest dokładne poszukanie podobieństw między tym co macie, a tym czego potrzebujecie. Czy ktoś może mi powiedzieć dlaczego? Panie Jones? - Harry opuścił żółwia z powrotem na biurko Chuma.

- Prawo Oszczędzania Magii - odpowiedział Jones.

- Bardzo dobrze. Wszyscy przywróćcie swoje żółwie do stanu początkowego i zacznijcie jeszcze raz. - Potarł kark.

- Profesorze?! Profesorze, pan musi... - Cała klasa obróciła się w kierunku dochodzącego z kominka głosu. Należał on do Aoife Murphy, jednej z Gryfonek. Jej piegi odcinały się wyraźnie od pobielałej z przerażenia twarzy. - Proszę szybko pójść za mną, profesorze, nie możemy...

Harry pośpiesznie rozejrzał się po sali. Nathaniel Hobbs był najstarszy z klasy i do tego był Puchonem - poradzi sobie.

- Panie Hobbs? Zajmie się pan uczniami do czasu, kiedy wrócę. Dzisiejsza lekcja jest w mojej książce. - Ledwie zdążył zarejestrować, że Hobbs przytakuje mu z niemal komiczną gorliwością, zanim podążył za Murphy przez Fiuu.

- Nic nie zrobiliśmy, przysięgam, to po prostu wybuchło, my tylko tu siedzieliśmy... - Oboje wypadli z kominka w sypialni pierwszoroczniaczek w wieży Gryffindoru. Unosił się tu silny zapach dymu, a powietrze wypełnione było tym obślizgłym uczuciem.

W rogu zielone płomienie lizały szafkę. Rose Duncan leżała na podłodze, a jej kościste ręce i nogi trzęsły się gwałtownie. Łzy żłobiły różowe ślady na jej pokrytych popiołem policzkach. Harry szybko rzucił na nią "Petryficusa", nim zdążyła zadławić się językiem i obrócił się w kierunku pożaru. Spróbował wskazać na niego różdżką, ale zorientował się, że mógł ją skierować wszędzie z wyjątkiem płonącej szafki, która odpychała ją jak jednoimienny magnes.

- Nieważne - powiedział. - Proszę schować się za mnie, panno Murphy.

Trzymając się kolumienki przy łóżku, skoncentrował na niej całą swoją uwagę i wymówił zaklęcie gaszące. Ogień zgasł.

Aoife zaczęła mówić tak szybko, że Harry ledwie rozumiał co trzecie jej słowo, a do drzwi zaczęli podchodzić zwabieni hałasem inni uczniowie.

- Spokojnie - nakazał im Harry. - Panno Murphy, muszę zabrać pannę Duncan do skrzydła szpitalnego, w porządku? Sofia będzie w stanie jej pomóc. I jeśli zobaczysz profesor Granger albo dyrektorkę, to poproś by spotkały się tutaj ze mną, zrobisz to?

Zaledwie po chwili przybyła Hermiona, prowadząc za sobą nie tylko McGonagall, ale też i Rona, i Malfoya. Przynajmniej nie będzie musiał powtarzać historii. Ron natychmiast podszedł do szafki i zaczął mamrotać zaklęcia naprawcze. Pozostała trójka stłoczyła się wokół Harry'ego, który zaczął wyjaśniać.

- Młoda Murphy bełkotała coś o różdżkach - wtrącił Malfoy.

- Tam było coś, co powodowało efekt odpychania. - Harry machnął różdżką w kierunku szafki. Teraz nie sprawiło mu to najmniejszej trudności. - Wydaje się być chwilowy.

- Jak w takim razie udało ci się ugasić pożar? - zapytała McGonagall.

- Ja, ee, użyłem kolumny od łóżka. - Harry nie był pewien, czy to było do zaakceptowania czy nie.

McGonagall potrząsnęła z żalem głową.

- Severus zawsze powtarzał, że zbytnio polegaliśmy na różdżkach, ale Albus twierdził, że były one dobrym narzędziem dla początkujących. Sądzę, że to udawania w końcu, że Severus miał rację. - Spojrzała na ulatniający się z szafki dym. - Myślałam, że już odczarowaliście z Draconem wieżę Gryffindoru.

- Oczywiście, że tak - odparł Malfoy. - Chociaż sądzę, że Potter mógł coś przeoczyć.

- Zamknij się Malfoy - odgryzł się Harry. - Czekajcie, wydaje mi się, że mam w którejś z kieszeni świecę.

Kiedy ją zapalili, pokój zabarwił się na jasnożółto.

- Nie rozumiem tego wcale - zawyła Hermiona. - Jak możemy czynić jakieś postępy, kiedy one po prostu wracają?

Malfoy potrząsnął głową.

- Nie sądzę, żeby one wracały - powiedział. - Potter, czy to biurko było zaminowane, kiedy odczarowywaliśmy ten pokój?

- Nie przypominam sobie, żeby którekolwiek z biurek było zaczarowane.

- Ani ja - dodał Malfoy. - I spójrz tam - to jedna z tych skierowanych na bezpośredni obiekt. Wiem, że nie było takich w Gryffindorze, bo nie widziałem żadnej, aż Miona nam jedną narysowała.

Hermiona usiadła nagle na jednym z łóżek.

- Czekajcie - powiedziała. - Czekajcie, czekajcie. - I wyciągnęła z torby plik pergaminów, po czym pospiesznie zaczęła przeglądać arkusze. - Wiem, że to tu gdzieś było... jeszcze chwilkę... ach! - Rozpostarła jeden z pergaminów na łóżku, a pozostała trójka zebrała się wokoło, by się niemu przyjrzeć. Był na nim kolejny skomplikowany węzeł.

- To ten, który znalazła Penelopa z Oliverem - powiedziała. - Draco, jakbyś go zinterpretował?

- Ból - zaczął, siadając koło niej. - Wymioty. Pożar - bezpośredni obiekt: biuro dyrektorki - och ten jest dopiero zabójczy. I... - Marszcząc brwi, spojrzał znad arkusza na Hermionę. - Tu też jest bezpośredni obiekt, chatka gajowego, ale nie potrafię odczytać sigila.

- Textum disiungo - powiedziała Hermiona, stukając w pergamin czubkiem różdżki. Węzeł zdawał się trochę rozplątywać, powiększać i rozpościerać. - Wam dwóm pewnie przydałoby się to zaklęcie - działa też na minach.

Głowa Malfoya znów pochyliła się nad pergaminem. Jedną dłonią zakładał włosy za ucho, podczas gdy druga śledziła jeden z wzorów.

- To jest eksplozja. - Wskazał jeden z tuzina supłów, z których każdy zdawał się zwisać z głównego splotu na trzech utkanych razem w skomplikowany sposób wątkach. Malfoy prześledził te trzy linie w górę aż do pierwszego miejsca, w którym się krzyżowały.

- To... och, całe lata minęły od czasu, gdy uczyłem się kalligromancji... to... och. - Nagle wstał. - Och. Och, to jest diaboliczne - powiedział tonem pełnym podziwu.

- Co? - zapytała McGonagall. Brzmiała tak niecierpliwie, jak Harry się czuł.

- To znaczy "ukryj" - odpowiedział jej Malfoy. Gdy tylko spojrzała na niego tępym wzrokiem, zaczął śledzić każdy splot szybkimi, niecierpliwymi ruchami ręki. - Eksplozja - bezpośredni obiekt: chatka gajowego, modyfikator: drzwi frontowe, czasownik: ukryj. Wymioty - bezpośredni obiekt: chatka gajowego, modyfikator: łóżko, czasownik: ukryj. Pożar...

Harry zamrugał, gdy nagle wszystko stało się dla niego jasne.

- To zaklęcie tworzy nowe miny w innych miejscach?

- Właśnie! - Rozpromieniła się Hermiona.

- No cóż, Potter - powiedział Malfoy. - Wydaje mi się, że mamy przed sobą długotrwałe partnerstwo.

- Świetnie - odparł Harry, pocierając dłońmi oczy.

- Oczywiście to sprawia, że usunięcie tak wielu min, jak to możliwe, szczególnie tych, które mogą stwarzać następne, staje się dla nas sprawą jeszcze większej wagi - skomentowała McGonagall.

Malfoy przytaknął.

- Lepiej zaciągnijmy do pomocy uczniów z siódmego poziomu - powiedział. Harry wytrzeszczył na niego oczy.

- Oszalałeś? Nie możemy w to angażować dzieci. Wystarczy, że są zmuszone się temu przyglądać. Czy nie zasługują ani na chwilę odpoczynku od zmartwień?

Ale Ron zaskoczył go, podnosząc wzrok znad spalonej szafki i potrząsając głową.

- Sądzę, że to, czego one potrzebują, to wiedzieć gdzie leży problem i jak go naprawić. Przykro mi Harry, ale ty powinieneś wiedzieć, że tego nie można trzymać z dala od dzieciaków.

- Prawda jest zawsze łagodniejsza, niż cokolwiek z tego, co one sobie wyobrażają - zgodziła się Hermiona, obracając w stronę Rona swoją promieniejącą twarz.

***

Kiedy Harry przybył do skrzydła szpitalnego, Rose Duncan leżała w Consopium zaraz obok Charlotte Rolfe. Aoife Murphy siedziała w drugim końcu pokoju, podczas gdy Sofia pokrywała jej twarz jakąś zieloną maścią. Większość oparzeń było niegroźnych, ale na skórę powyżej brwi wylało się nieco wrzącego płynu, zostawiając bolesną, pokrytą pęcherzami ranę.

- Wszistko, co mam, to moje priwatne zapasy - powiedziała Sofia, obracając maść tak, by Harry mógł odczytać etykietkę: Najlepszy Wygaszacz Salamandrosa na Domowe Oparzenia. - Madeleine próbowala zrobić eliksir Extingument, ale on wymaga morsztinu pęcherzikowatego, którego nie moglam zdobić u dostawcy.

- Profesor Snape miał ich całą skrzynię - wtrąciła Hermiona.

Ron skrzywił się.

- Nie przypominaj mi. - Morsztyn pęcherzykowaty był głównym składnikiem na pechowej lekcji o eliksirach niewidzialności na szóstym roku, po której Ron nie mógł zobaczyć swojej lewej nogi przez cały tydzień.

- To pudło pewnie nadal stoi w drugim magazynie, dokładnie tam, gdzie było, kiedy ostatnim razem z niego korzystaliśmy - powiedział Harry.

- Razem z tuzinami innych rzadkich składników i wszystkimi książkami oraz notatkami Severusa - westchnęła McGonagall. - Równie dobrze mogłyby być na Islandii - tyle mogą nam pomóc.

- Może - zaproponował Harry. - Jeśli Malfoy i ja...

- Nie waż się! - odrzekła Hermiona. - Wiesz jak niebezpiecznie jest tam na dole? Nikt nie był w stanie się tam dostać odkąd odbito szkołę.

- No cóż, pamiętam, jak mówiłaś, że profesor Aerie została trafiona klątwą powodującą wymioty - odparł Harry. - Nie wiem, co na to Malfoy, ale je jestem chętny...

- Harry. - McGonagall wyglądała bardzo ponuro. - Po tej klątwie musieliśmy ją leczyć z odwodnienia przez prawie całą wiosnę. A następną osobą, która tam zawędrowała był Argus Filch. Wiem, że chcesz pomóc, ale zanim nie dowiemy się więcej, nie możemy podejmować tak wielkiego ryzyka.

***

Nieważne, jak owijał się kocami, nie mógł zgromadzić wystarczająco ciepła by zasnąć. Gdzieś musiał być przeciąg. Harry podniósł się do siadu i zaciągnął zasłony. To jednak sprawiło, ze po bokach pojawiły się luki. Kiedy je zasłonił, powróciła przerwa na środku. Wzdychając, wstał i nałożył na pidżamę swoją bluzę z Weeki Wachee. Położył się. Podygotał przez parę minut. Znowu usiadł i, czując się niemożliwie głupio, ukrył się pod namiotem z koców.

Tak było lepiej. To mogło zadziałać wprost świetnie. Teraz wszystko, co musiał robić, to leżeć sztywno i nie ruszać się pod żadnym pozorem, a wtedy jego stopy mogłyby się ogrzać, a jego mięśnie przestać drgać i byłby w stanie zasnąć.

Zbadał każdy cal pokoju. Absolutnie nic go nie obserwowało.

Oddychał ostrożnie, powoli, wdech i wydech. Wdech. Wydech. Spokojnie, Har, weź to na zimno.

I byłoby to łatwe, doskonale wiedział, jak to zrobić, ale z jakiś powodu to nie działało. Stało w miejscu i nie mógł tego poruszyć. Podróżowała przez to siła, sprawiając, że wibrowało lekko, aż mięśnie jego dłoni i przedramienia bolały od wysiłku. Ale to mogło być takie proste. Mógł zabić Voldemorta czterema sylabami, tak powiedziała Hermiona, mówiła teraz do jego ucha, gdyby tylko mógł ruszyć różdżką, mógłby to zrobić i to byłby koniec, wtedy wszyscy mogliby odpocząć.

A jego prawa ręka nadal nie chciała się ruszyć, ale w lewej miał kolumnę łóżka. Świetnie, było świetnie, mógł jej użyć, mógł przy jej pomocy skupić energię - a potem już to robił i usłyszał swój własny głos: "Exadigo". Poczuł jak moc klątwy przechodzi przez niego i zmierza prosto do celu. Ciało potoczyło na podłogę u jego stóp i nagle jego różdżka znieruchomiała. Mógł opuścić prawą rękę.

Ukląkł i odwrócił zwłoki.

Uśmiechnęła się do niego twarz Albusa Dumbledore'a ze szklanymi oczyma.

***

Harry spojrzał ponuro na rozstawione przed nim śniadanie, lecz wszystko zdawało się wywoływać u niego lekkie mdłości. Ścisnął dłonią podstawę swojej czaszki, jakby chciał wycisnąć z niej ból głowy. Nic, czego można by dziś wyczekiwać, tylko ponowne rozminowywanie wieży Gryffindoru, a gdy skończą, prawdopodobnie dowiedzą się, że pozostałe dormitoria zostały zaczarowane od nowa.

Godziny wyczerpującej, przytłaczającej pracy, podejmowanej po bardzo krótkiej nocy wypełnionej niespokojnym snem, z dziwnym bólem w stawach i głowie, który obiecywał, że zadomowi się na cały tydzień - były wystarczająco przykre w dobrym towarzystwie. Ale nie. Żeby dopełnić złego, musiał to wszystko robić z Malfoyem.

Grymasząc, wziął kilka ciężkich do przełknięcia łyków kawy, wcisnął do kieszeni szaty dwie pomarańcze i, lekko kulejąc, ruszył wzdłuż korytarza.

Malfoy kucał u podstaw statuy Snape'a.

- Wstawaj - powiedział Harry. Posąg rzucił mu karcące spojrzenie, ale zignorował go. - Mamy robotę.

Malfoy wstał, wygiął się w tył, opierając dłonie na lędźwiach, jakimś sposobem wyglądając na pełnego gracji, mimo że Harry słyszał, jak strzelało mu w kręgosłupie. Ciemne kręgi pod oczyma wyraźnie odcinały się od jego bladej twarzy.

- W porządku - powiedział, wracając do pionu. - Żadnego odpoczynku dla dziwolągów.

***

Tym razem uczucia, jakie wywołał u Harry'ego jego dawny pokój, były bliższe paranoi niż nostalgii. Przypominało to jakiś koszmar, w którym musiał tu wracać i wykonywać od nowa to samo zadanie, aż do nieskończoności.

Przesadził z siłą zaklęcia podpalającego i pierwsza świeczka zamieniła się w kałużę wosku.

- Cholera.

Malfoy posłał mu szyderczy uśmieszek i z popisową precyzją zapalił kolejną świeczkę

Pierwsze cztery klątwy, jakie znaleźli były wystarczająco nieznajome, by musieli je zabezpieczyć i zostawić w spokoju. W świetle świecy barykady wyglądały jak pomarańczowożółte bańki. Harry zamknął oczy i ujrzał zamek otoczony taką właśnie bańką, czekający aż nadejdzie ktoś by go uratować. Może król Artur wróciłby i się tym zajął.

- Potter. Potter.

Harry otworzył oczy.

- N-nie śpię - wymamrotał. - Co tam masz?

- Myślałem, że chciałbyś zobaczyć, jak wygląda twoje imię i nazwisko w kalligromancji. - Malfoy wskazał na unoszący się nad znajomo wyglądającą klątwą węzeł. - Gdyby Osborne i Jones zaszli aż tak daleko, twoje serce przestałoby bić.

Sigil wyglądał raczej jak skomplikowana pięcioramienna gwiazda.

- Śliczne - skomentował Harry. - Możemy to zdjąć, czy znowu zawodzi cię odwaga? Albo może chciałbyś to zostawić? - Jego głos nie miał takiej mocy, jaką powinien był mieć. Stawanie się naprawdę wściekłym zdawało się wymagać zbyt dużo wysiłku.

- Jeśli chciałbym się ciebie pozbyć, zrobiłbym to już dawno i nie musiałbym wytrzymywać z twoim marudzeniem - zrzędził Malfoy.

- Och, a ty jesteś tu takim przykładem dojrzałości. Szczególnie, że ktokolwiek rzucał te klątwy, prawdopodobnie zaraz po tym wrócił do kwatery głównej na drinka z tobą.

- Ha! Ha! Do czasu, kiedy szkoła została zajęta, ja już od dawna gniłem w Appletreeham, wracając każdego dnia do domu lepki od pasty do zębów. Ale nie jestem zaskoczony tym, że nie masz ochoty nadążać za wiadomościami, po tym jak zwiałeś z kraju i zostawiłeś nas wszystkich z bałaganem do posprzątania.

Harry poczuł jak jego wargi unoszą się, obnażając zęby.

- Zamknij się Malfoy - wycedził. - I wracaj do pracy. - Wskazał różdżką na połyskującą gwiazdę, która symbolizowała jego imię i nazwisko; poczekał ledwie sekundę, zanim Malfoy dołączył do niego, by wymamrotać zaklęcie rozwiązujące.

Nagle rozbłysło światło i po całym pokoju zaczęły tworzyć się nowe sigile. Harry był otoczony przez klątwy, które tłoczyły się wokół niego, nie pozostawiając miejsca na żaden większy ruch. Usłyszał skwierczenie i spojrzał w dół; za jego nogami uformował się węzeł i Harry dotknął go, robiąc mimowolny krok w tył.

Z kierunku kuchni rozległ się huk

- Do diabła. - Malfoy stał na czubkach palców. Żółte neony wirowały po każdej jego stronie. - Cholerne wijące się hydry, Potter, co ty, do diaska, zrobiłeś? - Jego łokieć dotknął jednego z supłów i padł na podłogę, kuląc się, zahaczając przy tym trzy z czterech pozostałych. Ściana ognia stanęła w framudze drzwi, blokując im drogę wyjścia, ale Malfoy nawet nie spojrzał w górę, tylko klęczał, biorąc szybkie i płytkie wdechy, skomląc. Harry rzucił na świecę szybkie zaklęcie ochronne. Potem wykonał krok w kierunku Malfoya, ale został uderzony bólem tak nagłym i ostrym, że aż zaparło mu dech w piersiach. Czuł się brudny, jakby jego wnętrzności zżerał parzący kwas.

- Och, cholera...

- Nie... Crucio - odparł zmęczonym głosem Malfoy.

- Wiem - zirytował się Harry. - Boli jak... kurwa... tak samo. - Podłoga wokół jego stóp pokryta była klątwami. Ugiął lekko kolana i skupił tę resztkę sił, która mu jeszcze pozostała, na utrzymaniu się w tej pozycji.

- Pot'r - wydyszał Malfoy. - Musisz... - Widocznie nawet mówienie sprawiało mu ból.

- ...tak... - wyszeptał Harry, by oszczędzić mu wysiłku kontynuowania. - Nie wiem... gdzie zacząć... - Pożar u wejścia zaczął się jako magiczny, ale teraz rozprzestrzenił się na zasłony i pokój nagrzewał się od całkiem zwyczajnego ognia, który mógł zabić ich całkiem zwyczajnie, jeśli się nie pospieszą. Bardzo powoli wziął wdech, a potem wydech i spróbował pomyśleć. Wydawanie z siebie cichego odgłosu, kiedy wypuszczał powietrze zdawało się pomagać, więc nie przestawał tego robić.

- Co... śpiewasz? - Chociaż Malfoy prawie stracił głos, udało mu się wyrazić jego urażoną godność.

- Nie... śpiewam. - Ale robił to - nucił jedną z pieśni manito Sundaya. I wtedy Harry to zauważył, że ból nieznacznie zelżał.

Malfoy podniósł się na kolana.

- Sigile bledną - powiedział i rzeczywiście tak było - natężenie światła zmniejszyło się.

- Co powinniśmy... - Jak tylko Harry przestał śpiewać, by to powiedzieć, ból powrócił.

- Nie przestawaj śpiewać. Nie przestawaj. Chwila na zastanowienie. - Harry znów podjął pieśń, śpiewając głośniej, koncentrując się - i po raz pierwszy czuł, że słowa rzeczywiście zawierają w sobie magię. Malutkie pasemko mocy napływało do niego, a ból się oddalał. Wszystkie światła wokoło bledły.

Malfoy zacisnął powieki, a jego poznaczona łzami twarz przybrała wyraz najwyższej koncentracji.

- Jeśli pieśń działa, może... Accingo - powiedział, a klątwy zbladły jeszcze bardziej. - Potter... teraz razem.

- Accingo.

- Accingo.

Kilka supłów znikło całkowicie, a pozostałe osłabły, chociaż Malfoy był nadal otoczony. Powietrze wypełniał dym.

- Wyplącz nas teraz... - Słowa Malfoya przerwał napad kaszlu. - Wyplą... ty pierwszy - wysapał i wskazał różdżką na kilka węzłów pozostających wokół Harry'ego. Zaklęcia Malfoya były ledwie słyszalne przez trzaskanie ognia, ale wreszcie ostatni sigil mrugnął i znikł, a Harry zrobił krok, wzdychając z ulgą.

- Teraz kucnij... zgaś... ogień. - Malfoy wycedził przez zaciśnięte zęby.

- Najpierw cię uwolnię - odparł Harry. - Może będziemy musieli uciekać. - Miał nieprzyjemne uczucie, że nie myśli jasno, ale nadal był całkiem pewien, że odczarowanie węzłów wokół Malfoya powinno mieć najwyższy priorytet.

- Na dół, niech cię szlag trafi. Chłodniej. Więcej tlenu - Malfoy też nie brzmiał na myślącego zbyt jasno. Powietrze smakowało solą i sadzą.

- Cholera! Zabiłoby cię to, gdybyś mi zaufał?

- Nie byłbym pierwszym, którego by to zabiło - odparł całkiem chłodno Malfoy.

Harry rzucił się na niego, zanim w ogóle zdał sobie sprawę z tego, że się porusza, przewracając go z kolan na plecy, łącząc swoją pieść z jakimkolwiek miejscem na jego ciele, jakie mógł sięgnąć.

- Ty... kurwa... jak śmiesz... - warczał niespójnie, uderzając w szczękę Malfoya, odrzucając jego głowę w tył. Siła ciosu pchnęła Malfoya na minę i jakąkolwiek klątwę ona zawierała, sprawiło to, że twarz Malfoya wykrzywiła się w grymasie bólu, ale podniósł się z zaskakującą siłą, przewracając ich obu.

Rozległo się ciche skwierczenie, kiedy Harry zdetonował kolejną minę, i jego głowę natychmiast ogarnął nie możliwy do zniesienia ból, ale był tak zajęty próbowaniem by trafić kolanem między nogi Malfoya, że ledwie zauważył tę dodatkową torturę. Malfoy zrobił unik i kolano Harry'ego trafiło w jego biodro, nie czyniąc mu żadnej szkody. Przygwoździł dłonie Pottera do podłogi. Harry wyszarpnął lewą rękę i wymierzył cios, ale był zbyt blisko na to, by uderzenie miało jakąkolwiek moc. Zamiast tego chwycił pełną garść włosów Malfoya i odciągnął jego głowę. Draco wydał pisk i kilka pasm zostało luzem w dłoni Harry'ego.

Uwolnił drugą rękę, złapał Malfoya za oba ramiona i znów ich przewrócił, uderzając jego głową o podłogę.

- Zabiję cię - wycedził przez zaciśnięte zęby, podnosząc Malfoya za ramiona i znów tłukąc jego głowę o podłogę, rzucając go na więcej min, ale to nie miało znaczenia. Harry'ego nie obchodziło to, że cały budynek wybuchnie, jeśli tylko zabrałby Malfoya ze sobą...

Rozległ się ryk i wszystko pochłonęła ciemność.

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści