<

Rozdział 5. Lekcje.

Harry był pewien, że wśród pohukiwania porannych sów usłyszał gęgot.

- Spielberg! Tutaj! - Zanim zdążył zrobić mu miejsce na stole, ptak wylądował, z odgłosem niezadowolenia, w jego owsiance. - To jest transatlantycka gęś pocztowa - wyjaśnił Hermionie, kiedy oczyścił łapy Spielberga serwetką, a on ze szczęścia uszczypnął go w palec, po czym głośno przywitał się z Hedwigą.

Harry odwiązał pakunek od błoniastej stopy i zdjął z niego zaklęcie wodoodporności.

Har, ty głuptasku! - głosił liścik od Kat - Czy rzeczywiście myślałeś, że pozwolimy ci uciec i zostawić te wszystkie listy? Jeśli chcesz lekceważyć przyjaciół, to świetnie, ale nas do tego nie mieszaj. I jeśli nie zamierzasz ich przeczytać, to na Boga, połóż je w jakimś bezpiecznym miejscu, aż wrócisz do zmysłów. Tęsknię, powiedz wszystkim ode mnie "Tally ho" i przyślij nam sowę, jeśli stwierdzisz, że nie możesz żyć bez Migotki.

Harry z niesmakiem spojrzał na pakiet listów. Ten na wierzchu był złożony wiadomością na zewnątrz; widać było pieczęć ministerstwa i kilka pierwszych słów: "W związku z ostatnią wolą Syriusza Blacka..."

Nie mógł zebrać się na ich spalenie, a jeśli zważyć na sposób, w jaki Hermiona próbowała odczytać je przez ramię, ktoś mógłby z pewnością trafić na nie, gdyby spróbował je wyrzucić.

Wreszcie zdecydował się zabrać je do pokoju i położyć w najdalszym kącie wolnej szafy - za kufrem i walizkami. Naprawdę nie miał czasu na nie patrzeć.

***

- Po raz drugi - ogłosiła z goryczą w głosie McGonagall. - Chciałabym powitać was w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. - Ze strony stołów uczniowskich rozległ się niewielki aplauz.

- Ufam - kontynuowała. - Że zadomowiliście się tak, jak tylko to było możliwe w tych ciasnych kwaterach. Kiedy tylko kadra usunie kolejne uroki, udostępni się więcej miejsca. I wreszcie chciałabym ogłosić, że jutro rozpoczną się zajęcia... - Jęk zawodu kilku uczniów. - ...i treningi quidditcha - Na to jęk zmienił się w aplauz, który trwał przez kilka minut, a potem urwał się nagle, razem z przybyciem jedzenia.

Harry westchnął z zadowoleniem. Gorące jedzenie, po raz pierwszy od kilku dni - a skrzaty przeszły samych siebie, podając dania, które nie mogły być zjedzone z kredensu w pokoju nauczycielskim. Stół uginał się pod ciężarem pieczonej wołowiny, zupy jarzynowej i tłuczonych ziemniaków.

Harry rzucił się na jedzenie, ignorując dochodzącą, z drugiej strony Hermiony, leniwą drwinę Malfoya. Teraz wszystko mogło wrócić do normy.

- Macie jeszcze miejsce dla jednego?

Harry spojrzał w górę, po czym zrobił to jeszcze raz.

- Ron? Ron! - Upuścił łyżkę na talerz, rozbryzgując wokoło zupę i wstał, żeby opleść ręce wokół ramion Rona, tak daleko jak tylko mógł sięgnąć - z pewnością Ron nie był taki szeroki, gdy się widzieli po raz ostatni. - Co ty tutaj robisz? Ostatnio pisałeś z Bułgarii!

Ron odwzajemnił uścisk.

- W Maroku wpadłem na kumpla Wooda. Powiedział, że mieli tu problemy, więc pomyślałem, że może się przydam. Mam trochę talentu do naprawiania rzeczy, tak, a tu wygląda na to, że sporo wymaga naprawienia. - Założył Harry'emu kosmyk włosów za ucho - ten sam, który Hedwiga tak bardzo lubiła skubać i co miało takie samo znaczenie. - Kiepsko wyglądasz, Harry - co, nie mają fryzjerów w Ameryce, czy byłeś za bardzo zajęty pływaniem o północy z Tuesday, czy jak jej tam było...?

- Wyglądasz fantastycznie - powiedział szybko Harry. To była prawda. Odkąd widzieli się po raz ostatni, Ron zdołał jeszcze urosnąć i też nabrał trochę ciała. Wreszcie udało mu się opalić pod piegami, a słońce rozświetliło jego włosy do koloru świeżo wypolerowanego amerykańskiego pensa. Z ramienia zwisał mu plecak, wyprawiony ze smoczej skóry, z którego wystawała rękojeść długiego noża. - Poczekaj aż zobaczy cię Hermiona.

- Poczekaj, aż co zoba... - Hermiona zatrzymała się w pół słowa. - Ron? - Jej oczy rozszerzyły się. Ron uśmiechnął się nieśmiało.

- Cześć Hermiono.

- Ale... ostatnim razem posłałeś mi sowę z Nowej Zelandii! I... ale ja... - W końcu wstała i obdarzyła go niezdarnym uściskiem, nadal wyglądając na bardzo podenerwowaną. Ron rumienił się. Harry ukrył uśmiech.

- Ron - powiedziała dobitnie Hermiona, gdy już się rozłączyli. - Oczywiście pamiętasz Dracona.

Harry znieruchomiał, obserwując ich. Gdyby Malfoy powiedział choć jedno niewłaściwe słowo, mógłby...

Malfoy wstał bez pośpiechu.

- Weasley - powiedział to powolnym, melodyjnym, kompletnie nieznajomym głosem, a Harry widział, jak oczy Malfoya wędrują w dół wyblakłej bluzy Rona, a potem wracają do jego spłowiałych włosów. - Dobrze cię widzieć z powrotem. - Wyciągnął rękę.

- Malfoy - powiedział ostrożnie Ron, puszczając jego dłoń trochę wcześniej, niżby tego nakazywała uprzejmość. Potoczył wzrokiem od Malfoya do Hermiony, a jego oczy lekko się zwęziły. Ale do tego czasu Charlie już zdążył podejść, by powitać brata, a za mim podążyła prawie cała reszta kadry, więc Harry miał czas jedynie na rzucenie Ronowi szybkiego spojrzenia pod tytułem: "opowiedz mi o tym" i ucieszenie się, że dla Rona wszystko wyglądało tak samo dziwnie jak dla niego.

***

- Jak co lądowe? - Ron zmarszczył brwi, siadając na kanapie w pokoju nauczycielskim.

- Mugolska broń - wyjaśnił Harry. - Wybuchowa. Oni ją zakopują i może czekać latami aż ktoś przez przypadek na nią nadepnie, a wtedy wybucha, zabijając go. Albo w tym przypadku uderza klątwą wywołującą ataki konwulsji albo coś podobnego. - Ron przytaknął.

- Zaklęcie, które mogłoby to zrobić, byłoby cholernie groźną bronią. - Znów zmarszczył brwi. - Ale jeśli można zrobić coś takiego, to po co trzymać się drobiazgów? Drgawki, pożary, wybuchy, ból - dlaczego nie zrobić jednej, która wysadzi cały budynek i skończyć z tym raz na zawsze? - Wsypał jeszcze jedną łyżkę cukru do swojej herbaty.

Harry spojrzał na Hermionę, która obserwowała poruszającą sztućcem dłoń Rona. Malfoy, jak zwykle opierając dłoń na jej krześle, uśmiechnął się chytrze i szturchnął ją.

- Masz odpowiedź na tą łamigłówkę?

- Hm? Och... dobra... właściwie, to już się nad tym zastanawiałam z powodu tego, co znalazły Phoenix i Ursa. Pozwólcie, że wam pokażę. - Przywołała skrawek pergaminu i narysowała jakiś znajomy węzeł. - Poznajesz go, prawda, Harry? - Spojrzał na nią z pustym wyrazem twarzy; wszystkie supły nadal wydawały się mu do siebie podobne. Westchnęła. - Draco?

- To jeden z tych od opuchlizny w stawach, nie? - Popisał się.

Przytaknęła, promieniejąc, i dorysowała długą krzywą zaczynającą się w suple i przechodzącą w kolejny.

- A co byś powiedział o tym?

- To jest pewnego rodzaju warunek "jeśli"... nie, czekaj, to nie to. Połączenie do bezpośredniego obiektu, ale nie mogę powiedzieć, jakiego.

- To, co to znaczy, to - powiedziała ponurym tonem. - "Minister Magii".

Wszyscy zwrócili na nią swoje oczy.

- To - powiedział Malfoy. - Jest zdumiewające. - Wziął pergamin z ręki Hermiony. - Klątwa pozostawiona w korytarzach Hogwartu, by dosięgnąć ludzi, którzy są od niej oddaleni o mile, nawet całe lata po jej zostawieniu - rzucający może nie żyć, nawet... Cholera, to jest eleganckie. - Pogładził rysunek Hermiony długim palcem. - Ciągły chaos i zniszczenia. Ktokolwiek rzucił ten urok był definitywnie Ślizgonem.

Harry spojrzał na niego, czując, że zbiera mu się na mdłości. Malfoy obdarzył go wyzywającym spojrzeniem.

- Co, Potter? - Zapytał. - Czy nie wolałbyś mieć takiego umysłu po swojej stronie?

***

O północy Malfoy, wirując szatami o wiele efektowniej, niż mogłyby to wyjaśnić prawa fizyki, podążył szerokimi schodami do swoich komnat. Przez chwilę lub dwie w pokoju nauczycielskim panowała cisza, a potem Ron zwrócił się do Hermiony i powiedział:

- Jeśli tak desperacko potrzebowałaś przyjaciół, mogłaś posłać mi sowę. Wpadłbym na chwilkę. - Harry zachichotał.

- Ron. - Oburzyła się.

- Świetnie, w takim razie wyjaśnij mi, Hermiono - powiedział z irytacją. - Jak ze... - Zająknął się lekko przy tym słowie - "Szlamy" awansowałaś na "Mionę" i to w takim krótkim czasie?

- To nie był taki krótki czas - odparła. - Pracowaliśmy razem od czasu, gdy skończyliśmy Hogwart, kiedy to Draco skontaktował się z obozu śmierciożerców z profesorem Dumbledore'em i zaoferował mu swoje usługi jako szpieg. Właśnie wtedy odkryłam, jak utworzyć połączenie Transauditum i odkąd nie wymagało ono od osoby, po drugiej stronie, żadnej magii, było doskonałym sposobem na utrzymanie z nim stałego kontaktu bez narażania go na zbyt wielkie ryzyko.

- Ponieważ, broń Boże, Malfoya nie można narażać na jakiekolwiek ryzyko - wtrącił Harry.

Hermiona rzuciła mu spojrzenie, wyrażające czystą pogardę, ale nie skomentowała.

- Przez około rok karmił nas informacjami. To on podsłuchał dyskusję nad zaklęciem Fratrium, Harry, co pchnęło mnie do rozpoczęcia badań nad sposobem na powiązanie twojej różdżki z różdżką Voldemorta.

Harry wiedział, że wynik jego pojedynku z Czarnym Panem był zwycięstwem grupowym - badanie Hermiony, eliksir Snape'a, który utrzymywał go w stanie przytomności, mimo iż ciało Harry'ego było wyczerpane, Ron, Syriusz i Dumbledore podtrzymujący go w pozycji pionowej, podczas gdy pozostali zatrzymywali dementorów i śmierciożerców - ale uderzyło go to, że Malfoy też miał w tym swój udział.

- Myślałem, że sama na to wpadłaś.

Potrząsnęła głową.

- Swoją drogą, mógł zostać odkryty i pozostanie tam dłużej wystawiłoby go na niebezpieczeństwo. To było po twoim pojedynku, Harry. Więc Minerwa jakoś wydostała go z obozu, a ja go przechwyciłam i wysłałam do Programu Ochrony Czarodziejów.

Ron roześmiał się głośno.

- Nie zrobiłaś tego - powiedział. - Nie dziw, że skończył z tymi bzdetami o "szlamie".

Hermiona uśmiechnęła się.

- Tak. Teraz mówi, że jesteśmy - skopiowała przeciągający sylaby ton głosu Malfoya - "W sumie nie gorsi niż większość czarodziejów. Chociaż to i tak niewiele znaczy."

- Czym jest Program Ochrony Czarodziejów? - zapytał Harry.

- Nigdy o nim nie słyszałeś? - Zdziwił się Ron. - Nie, sądzę, że jednak nie - nie wychowałeś się słuchając "Alozjusza Grimble'a i Wszechwiedzącego Oka". Chociaż nawet ja sądziłem, że to były tylko opowiadania.

- Nie, to prawda - odparła Hermiona. - Choć wszystko jest dużo trudniejsze, niż można by to wywnioskować z czarodziejskich kryminałów.

- Na czym to dokładnie polega? - dopytywał się Harry.

- No cóż, na jakiś czas zrobiliśmy z niego mugola.

Harry o mały włos nie rozlał herbaty.

- Co wy zrobiliście?

- To był jedyny sposób, by go chronić - odpowiedziała z zapałem. - Oczywiście wiesz, że magia przyciąga magię, prawda, Harry? A Mroczny Znak czerpie swoją moc z osoby, która go nosi, co każdy wie. Wiec jak długo Draco miał magię, tak długo Voldemort mógł go za jej pomocą wyśledzić, dokądkolwiek by się nie udał. Ale kiedy użyliśmy na nim klątwy Emagium, by oddzielić go od jego magii, znak stał się niczym więcej poza brzydkim tatuażem. Mógł się ukrywać tak długo, jak to tylko było potrzebne, aż pozbyliśmy się dementorów i upewniliśmy się, że niedobitki śmierciożerców już nam nie zagrażają.

- Ale co on robił? - Harry spróbował wyobrazić sobie Malfoya w jednej z fabryk świdrów wuja Vernona, a potem przycinającego żywopłot ciotki Petunii.

Hermiona uśmiechnęła się.

- Był najgorszym asystentem, jakiego mieli moi rodzice - potrząsnęła głową. - Pomyślałbyś, że każda inteligentna osoba poradziłaby sobie z archiwizacją dokumentów, nie? Dopiero w zeszłym tygodniu tata znalazł Ansona Durhama pod G i kiedy napisał do Draco, żeby zapytać dlaczego, to Draco odpowiedział: "Czy to nie tam kładziecie głośnych?"

- Wszystko z nimi w porządku? - zapytał Harry. - Czy był dla nich jedynie wstrętny?

Zmarszczyła na niego brwi.

- Po tym wszystkim, chyba nie myślisz, że on nadal jest zły, prawda, Harry?

- Może i nie, ale nadal jest nieznośny. - Harry bardzo polubił Grangerów. - Nie mogę ścierpieć myśli o nim rozkazującym im i nazywającym ich "szlamami".

- Właściwie, to on nazywa mamę Prudencją - powiedziała z uśmiechem. - To jakiś żart miedzy nimi. Nigdy mi go nie wyjaśnili.

- A jak zwraca się do twojego ojca?

- Papo.

***

- Zgaduję, że to jest to, co się dzieje, gdy człowiek podróżuje - powiedział później Ron, rozkładając koc na kanapie Harry'ego. - Tracisz kontakt z przyjaciółmi, a oni angażują się z dziwnymi typkami. - Harry zachichotał i podał mu poduszkę. - Sądzę, że jeśli będę musiał, to zdołam zachować się jak cywilizowany człowiek w stosunku do Malfoya. Ale jeśli ją skrzywdzi, to wyrwę mu rdzeń kręgowy i uduszę go nim.

Harry usiadł koło Rona.

- Ekhm, myślę, że nie musisz się o to martwić.

- Sam nie wiem. Może i nie jest już zdrajcą, ale nadal jest nadmiernie zadowoloną z siebie, samolubną, nie nadającą się do niczego fretką.

- Oczywiście, że jest - przytaknął mu Harry. - Ale on jest... mam na myśli, że oni są tylko przyjaciółmi. Znaczy się, on jest. Nie jest zainteresowany dziewczynami. - Harry zirytował się, gdy zdał sobie sprawę, że się rumieni.

- Och. Och. Więc to jeden z tych Malfoyów. - Ron nie wyglądał na tak zaskoczonego, jak Harry się spodziewał. - Powinienem był się domyślić, tylko że w szkole zawsze robił takie halo z posiadania dziewczyny. Dobra, w porządku, więc wyrwę mu kręgosłup, kiedy skrzywdzi ciebie. - Po chwili obserwowania, jak Harry się krztusi, Ron szturchnął go w bok - Harry, żartowałem.

- Racja - odparł Harry, zabijając go spojrzeniem. - Bardzo zabawne.

Ron uśmiechnął się do niego promiennie.

- Mózg ci staje, Harry. Lepiej się prześpij, bo twoja pierwsza klasa może przez pomyłkę przetransmutować cię w bibułę.

***

Harry spojrzał na swoich pierwszorocznych Gryfonów, będąc o krok od rozpaczy.

Hogwart był zamknięty na tak długo, że początkujący uczniowie mogli być w każdym wieku w przedziale od jedenastu do szesnastu. Kilku z nich otrzymało wcześniej prywatne nauczanie, kilku zostało pozostawionych samym sobie, a ci pochodzenia mugolskiego nigdy nie widzieli różdżki, aż miesiąc temu Ollivander wcisnął im jedną w dłonie.

I byli Gryfonami. Odważnymi, rycerskimi i... no cóż, głupimi. Nie posiadali więcej zdrowego rozsądku i ostrożności niż przekarmione wiewiórki w Disney Worldzie.

Był tu Steel, który powtarzał pierwsze słowo zaklęcia, nie czekając aż usłyszy drugie. Był tu Jones, który niedosłyszał inkantacji, ale wolał spróbować przybliżenia, niż poprosić o wyjaśnienie. Był tu też Osborne, który już znał zaklęcie i ze znudzonym wyrazem twarzy transmutował przypadkowe przedmioty.

Kilka zapałek zmieniło się w igły, kiedy inne stanęły w płomieniach, albo roztopiły się, tworząc kałuże, albo też zaczęły atakować inne zapałki. Harry jęknął; ostatniej nocy nie zaznał wystarczająco snu, by sobie z tym poradzić. Pięć srebrnych igieł wystartowało w szyku bojowym i ruszyło na niego. Na całym świecie nie było wystarczająco snu, by sobie z tym poradzić.

- Stop - powiedział Harry unosząc w górę różdżkę, a wszystkie igły wystrzeliły w kierunku jego dłoni. - Au! Stać! Commutati rescendeo! Panie Osborne, proszę to odłożyć, panno Rainbird, proszę natychmiast przestać... Finite incantatem... Czy wy nie potraficie usiedzieć w miejscu i pozamykać jadaczki?

Klasa ucichła, a uczniowie wpatrzyli się w niego. Harry zadał sobie sprawę, że w desperackim poszukiwaniu autorytetu, skończył, przedrzeźniając Kat Bonifay.

Westchnął. Całe szczęście, że nie dokończył zdania: "zanim je wam zawiążę na supeł".

***

Harry spotkał Rona, gdy schodził do Wielkiej Sali na lunch. Jego przyjaciel jeszcze nie kulał, ale jego chód był bardzo ostrożny.

- Co ci jest?

- Nowe stopy - wyjaśnił. Harry spojrzał w dół. Stopy Rona były bose i miękkie, i różowe jak u niemowlęcia.

- Charlie powiedział: "Stromkarły, duchy muzyki. Choć i popatrz, to będzie miła, bezpieczna pierwsza lekcja". Ale to są Krukoni i nie znoszą, jeśli wzbrania im się jakiejś wiedzy.

- Co się stało?

- Banks-Martin poprosił stromkarły, by zagrały Zakazany Rytm.

Harry zmarszczył brwi.

- Zakazany co?

- Wydawało się, że spędziliśmy godziny na rzucaniu Auremclaudium, znowu i znowu, zanim mogliśmy złamać urok, żeby uczniowie mogli przestać tańczyć. - Westchnął. - Sofia myśli, że zdąży odtworzyć wszystkim stopy przed jutrzejszymi zajęciami.

Hermiona już siedziała przy stole. Na całej twarzy i dłoniach miała ślady po niebieskim atramencie.

- Co za katastrofa. Pióra latały wszędzie. Odczarowanie ich zabrało mi godzinę. - Położyła głowę na stole. - Ślizgoni - powiedziała. - Jeśli nie mogą z miejsca użyć jakiejś umiejętności do zaszkodzenia komuś, to w ogóle nie zawracają sobie głowy jej przyswajaniem.

- Więc Malfoy miał na mugoloznawstwie Puchonów - wywnioskował Ron. - Ciekawe, jak sobie poradził.

Drzwi wiodące na korytarz otworzyły się i wkroczył Malfoy. Na samym środku czoła miał przylepiony styropianowy kubek.

- Mniej więcej tego się spodziewałem - skomentował Ron.

***

Do obiadu Harry miał już obandażowane obie dłonie, a w rękaw Hermiony wbiły się dwa pióra, pozostając tam, nadal podrygując i próbując się uwolnić.

- Czy myślisz, że oni są po prostu nadzwyczaj okropnymi uczniami? - spytał Ron.

- Gorszymi niż Fred i George?

- Racja.

- A może to my jesteśmy nadzwyczaj okropnymi nauczycielami - westchnęła Hermiona.

Malfoy opadł na krzesło koło Rona. Pozbył się większości styropianowego kubka, ale Harry zauważył ze złośliwą satysfakcją, że denko nadal tkwiło na jego czole. Spojrzał groźnie na Hermionę.

- Ani słowa, słyszysz?

- Gdzie popełniamy błąd? - jęknęła.

- To przez tą mieszaninę - zauważył Harry. - Nie można od tak sobie połączyć roczników, bez stwarzania kłopotów.

Ku jego zaskoczeniu, Malfoy zgodził się z nim.

- Nie wspominając już nawet o różnych poziomach umiejętności. W klasie mam uczniów, którzy spędzili całe swoje życie wśród mugoli i takich, którzy nawet nie słyszeli o automobilu. Jak mam uczyć ich wszystkich naraz?

Hermiona przytaknęła.

- Osborne miał prywatnego nauczyciela od szóstego roku życia i chce uczyć Jonesa wszystkich zaawansowanych uroków, tylko, że Jones nigdy w życiu nie mówił po łacinie i ciągle zahacza o francuski... "nostre" i "notre" znaczą to samo, ale zaklęcie działa zupełnie inaczej...

- Będziemy musieli rozdzielić domy - powiedział Malfoy. - Trzeba ich przetestować i umieścić w klasach opartych na poziomie umiejętności zamiast na przynależności domowej. - Potarł z irytacją resztki styropianowego kubka.

- Pomóc ci z tym? - zaoferował Ron.

- Już próbowałem zaklęcia odklejającego - wyznał Malfoy. Ron, ignorując go, chwycił coś lewą ręką, prawą złapał twarz Malfoya i zaczął mamrotać zaklęcie by rozdzielić sklejone powierzchnie. - Nie jesteś pierwszym facetem, który nie potrafi trzymać rąk przy sobie w moim towarzystwie, ale...

Kawałki kubka spadły na blat stołu. Malfoy wpatrzył się w Rona.

- Czasami potrzeba zaklęcia odklejającego i noża do masła - odrzekł Ron.

***

Gdy tylko większość nauczycieli skończyła się posilać, uczniowie zaczęli zbierać się przy stolikach.

- Dobra - powiedział Malfoy. - Potter, myślę, że już czas, byśmy wybrali się na odczarowywanie dormitoriów. - Pierwszy dzień nauczania obfitował do tego stopnia w wydarzenia, że Harry prawie zapomniał, iż czekało na niego jeszcze rozbrajanie magicznych min. - Inaczej - cóż, cała populacja uczniów jest stłoczona po dwa pokoje na dom - drżę na samą myśl o tym. Nie wiem, co będzie gorsze - rywalizacja czy romanse.

Harry sztywno przytaknął.

- Zaczniemy od sypialni Gryfonów.

- Nie wydaje mi się, żeby... - zaczął Malfoy, ale Hermiona rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie i podała monetę w kształcie piramidki. - Bardzo dobrze - powiedział zerkając podejrzliwie na Harry'ego - Rzucasz, Weasley.

Moneta upadła awersem w dół i Harry nie był w stanie powstrzymać uśmiechu. Kolejne małe zwycięstwo dla Gryffindoru.

Okupujący zamek śmierciożercy zniszczyli sporą ilość mebli, a to, co zostało, wyglądało na mniejsze i bardziej wyświechtane niż Harry pamiętał.

Rozbroili kilka pomniejszych klątw w pokoju wspólnym i w dwóch dormitoriach, gdzie obecnie rezydowali uczniowie. Zerwali czarną wstęgę z drzwi do pierwszego z zablokowanych pomieszczeń. Dziwnie było patrzeć na tak puste dormitorium; należało kiedyś do Angeliny, Alicji i reszty dziewcząt z ich roku - ostatnim razem, kiedy w nim był, nie mógł nawet dojrzeć ścian.

Gdy zapalili świecę, pokój pojaśniał od ukrytych sigili. Po pierwszych czterech razach, kiedy Malfoy pobił go na głowę w odczytywaniu ich, Harry niechętnie przyznał, że Ślizgon jest w tym lepszy od niego i pozwolił mu przejąć te czynność.

- Eksplozja, ból, ból, świnka - o ten jest rzadki. - Długie włosy Malfoya rozdzielały się na jego karku, kiedy pochylał się nad zwojem Hermiony, ale widocznie był zbyt próżny by je związać. - Gotowy? Nodu'stinguo.

Harry musiał przyznać, że usuwanie klątwy za klątwą w perfekcyjnym rytmie było satysfakcjonujące, szczególnie po chaosie tego dnia. Z Malfoyem nie pracowało się tak źle, jeśli tylko nie mówił niczego, co nie było po łacinie.

Bez żadnych niespodzianek odczarowali damską sypialnię rocznika Ginny i po odrobinie odpoczynku - który o mało nie zamienił się w drzemkę w pokoju wspólnym - Harry nie mógł już dłużej unikać byłego swojego pokoju.

Wyglądał tak samo, ale inaczej - żadnych plakatów z piłkarzami nad łóżkiem Deana, żadnej przypominajki, połyskującej na czerwono na szafce Neville'a ani zwisającej ze ściany Błyskawicy. Tylko porwana w paski tapeta i wielka wyrwa w podłodze. Harry przygotował świeczkę, czując jak w gardle rośnie mu gula. Jego łóżko było tak gęsto zaminowane, że zaczął zezować od natężenia bijącego od niego światła.

- Twoja popularność wydaje się nie blednąć wraz z upływającymi latami. - Zwykle jedwabisty głos Malfoya był teraz szorstki.

Harry westchnął, przesuwając w górę okulary, by potrzeć oczy i z impetem usiadł na jednym z łóżek.

- Gdyby ktokolwiek tu spał, cudem byłoby, jeśli przeżyłby semestr. -Jeden z uroków wywoływał lunatykowanie, a inny napady agresji. - I nie pozabijał przyjaciół.

- A ja jestem pewien - powiedział ze zwodniczą łagodnością Malfoy. - Że to byłby pierwszy raz, kiedy ktoś cierpiałby z powodu swojego związku z Harrym Potterem. - Przyjrzał się uważniej splotom. - Będziemy musieli to zabezpieczyć i wrócić do niego później.

- Znalazłeś jeszcze coś, czego boisz się ruszać? - Harry obrzucił go gniewnym spojrzeniem - I co miała znaczyć ta uwaga?

- Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłeś, Potter? Nie wpakowałeś dwóch śmieci Weasleyów w kłopoty zanim jeszcze mieli szansę wyjść z dojrzewania? Nie wspominając o Dig...

- Nawet ty nie możesz być takim palantem, żeby sugerować, iż celowo wystawiam moich przyjaciół na niebezpieczeństwo, Malfoy.

- Ależ ja nic takiego nie sugeruję. - Malfoy wyglądał na zaskoczonego. - To jest cena władzy, Potter. Ci, co są blisko potężnej osoby, zawsze będą na celownikach jej wrogów, każdy o tym wie. Jestem pewien, że nawet Weasleyowie zdali sobie z tego sprawę. Jeśli chcieli ogrzać się w blasku bijącym od wielkiego Harry'ego Pottera, to nie mają kogo winić, prócz siebie samych.

***

Malfoy musiał znaleźć sposób na przekonanie McGonagall, iż mieszanie roczników stanowiło problem, gdyż znów odwołała zajęcia na dwa tygodnie, by przeprowadzić testy kwalifikacyjne dla uczniów. Oliver Wood zorganizował pewnego rodzaju turniej, łącząc dzieci w pary w pojedynkach na umiejętności rozgrywanych przed każdym z nauczycieli. Więc zamiast napięcia i nerwów towarzyszących zwykłemu egzaminowi, Hogwart nawiedzony został przez lekko chaotycznego ducha przedłużonych wakacji.

Jednakże, kiedy już czwarty z kolei mebel został sproszkowany przez chybione zaklęcie, McGonagall nakazała przeniesienie testów na błonia, na tak długo jak utrzyma się pogoda. Jako że na terenach zielonych nadal były obszary, gdzie nawet ptaki nie chciały latać, znaczyło to, że Harry i Malfoy musieli spędzić kilka dni razem, zezując i rozbrajając ledwie widoczne w świetle słonecznym miny, uprzednio zaczarowawszy świeczkę tak, by unosiła się w powietrzu.

Hermiona podążała tuż za nimi, lewitując połowę książek z biblioteki, gotowa, by sprawdzić każdy symbol, którego nie mogli rozpoznać.

- Ten jest po chińsku, trzymajcie się, już go mam - mówiła to lub: - Ten musicie zabezpieczyć - spójrzcie, jego część jest zaczarowana tak, by nie można jej było odczytać w pierwszą kwadrę księżyca.

Harry nie mógł uciec od Malfoya także wtedy, gdy nie pracowali, ponieważ Ron zawsze znajdował jakąś wymówkę, by być w pobliżu Hermiony, a Hermiona nie odstępowała na krok Malfoya. Harry obserwował go kątem oka, jak kradł owoce z jej talerza, robił okropne żarty i generalnie zachowywał się jak małe, rozpuszczone dziecko na przyjęciu urodzinowym, myślące, że każdy z obecnych uważa je za rozkoszne. Doprowadzało to Harry'ego do mdłości.

Od epizodu ze styropianowym kubkiem, Malfoy zdawał się być zdania, że Ron był też jego prywatnym służącym. Zawsze odciągał go na bok, by zapytać, czy był jakiś sposób na odnowienie kanap w pokoju wspólnym Ślizgonów albo na odbudowanie jakiś zniszczonych podczas okupacji schodów, albo na wyciszenie zawiasów w drzwiach do Wielkiej Sali, albo wzmocnienie chwiejnej poręczy.

- Zaklęcie zaciskające jest dobre, jak długo działa, ale nic nie pobije zaklęcia połączonego z klejem drzewnym i kilkoma zapałkami - powiedział Ron, wykopując je z plecaka ze smoczej skóry, a Malfoy rozpromienił się jakby ten właśnie wyrecytował wers wiersza.

- Myślę, że Malfoy trochę się w tobie zadurzył - powiedział Harry Ronowi, gdy rozdzielali się u drzwi do komnat tego drugiego.

- Oczywiście, że tak. Ten typ tak ma - odparł Ron. - Nie przeszkadza mi to. W większości trzyma ręce przy sobie.

***

Harry śnił o arkuszu papieru, złożonym trzy razy, leżącym na stole. Był on gruby, a jedna jego część podnosiła się powoli, jakby na granicy rozłożenia się.

Harry obudził się dysząc z przerażenia.

- Co z tobą? - zapytał sam siebie. - Co, do jasnej niespodziewanej, jest takiego strasznego w arkuszu papieru? - Ale jego ręce nie przestawały się trząść.

Kiedy wszedł do Wielkiej Sali, Hermiona upuściła łyżkę.

- Dobry Boże, Harry, co się stało? Wyglądasz okropnie.

- Och, dzięki Hermiono, dobrze to słyszeć. - Strzasnął jej rękę ze swojego ramienia i wysunął krzesło. Skrzywił się z bólu, gdy uderzył nogą o róg stołu, wprawiając jego zawartość w drżenie. - Mam się świetnie. Miałem tylko trochę kłopotów ze snem, to wszystko. Odepchnął dalej talerz z kiełbaskami - nadal czuł ich zapach, ale przynajmniej już nie słyszał skwierczenia. Nic na stole nie wyglądało na wystarczająco jadalne.

- Ciężka noc, Harry? - Ron usiadł obok niego i klepnął go w plecy. Harry przytaknął ponuro i zaczął obierać pomarańczę. Jego kark był zimny i lepki.

Właśnie wmuszał w siebie trzecią cząstkę pomarańczy, kiedy naprzeciwko niego opadł na krzesło Malfoy. Harry przygotował się na kąśliwą uwagę, ale Malfoy obdarzył go tylko długim spojrzeniem zwężonych oczu. Potem wskazał na Harry'ego różdżką.

- Hej! - krzyknął zaskoczony. - Co...

- Finit'incantatem - powiedział Malfoy. - Nie, nie, to zbyt proste. Dobra, a co ty na to: Noloconturbo.

Harry nagle poczuł rozlewające się po całym ciele ciepło. To było jak zjedzenie czekolady po spotkaniu z dementorem. Wbił wzrok w Malfoya, który tylko wzruszył ramionami.

- Widocznie ktoś zahaczył o minę z paranoją skierowaną prosto na ciebie - wyjaśnił Malfoy, nakładając nieprzyzwoicie dużą porcję dżemu na swój tost. - Wczoraj byłeś jak na szpilkach.

- Ooch, Draco, nie mogę uwierzyć, że o tym nie pomyślałam - wtrąciła Hermiona. - Przepraszam, Harry.

Harry poczuł się wyprowadzony z równowagi.

- Nie rzuca się na ludzi od tak sobie finite - wymamrotał. - Usunąłeś z moich okularów zaklęcie przeciwko smugom.

Koniuszek ust Malfoya zadrgał.

- Jak to bezmyślnie z mojej strony. - Sięgnął przez stół, zdjął z twarzy Harry'ego okulary i wypolerował je kremową chusteczką. - Proszę.

Harry wziął okulary, od razu czując się mniej obnażonym, kiedy tylko je założył.

- Uch, dzięki - zmusił się do spojrzenia Malfoyowi w oczy. - Mam na myśli... Dzięki.

Malfoy zabrał z talerza Harry'ego resztę pomarańczy.

- Nie ma za co.

***

- Dzień dobry. Proszę odłożyć różdżki na stół. - W swojej klasie pierwszego stopnia z transmutacji Harry miał mieszankę trzech domów. Wszyscy Ślizgoni zakwalifikowali się co najmniej na trzeci poziom i przechwałki Malfoya były prawie niemożliwe do zniesienia.

- Na stół, a nie do ręki, panie Chun - Chun, Chun... Krukon? A może Gryfon? Harry nie mógł sobie przypomnieć, ale westchnął z ulgą, kiedy chłopiec wreszcie przestał wskazywać różdżką na książki, pióra oraz kolegów z klasy, i odłożył ją na stół.

Harry nie pozwolił im na żadne czary, zanim nie upewnił się, że przeczytali poprawnie inkantację, po czym dopiero mogli poćwiczyć zamianę zapałek w igły. Osborne został przydzielony do piątego stopnia z transmutacji, a wyciągnięty z cienia większego chłopca Jones okazał się być całkiem dobrym uczniem. I rzeczywiście nadawałby się na szukającego. Harry miał nadzieję, że nie wróci z letnich wakacji o stopę wyższy.

- No i jak wam poszło? - spytała podczas lunchu Hermiona.

- Lepiej. A u ciebie?

- Dużo lepiej - odpowiedziała. - Draco? Co z twoimi?

Malfoy nie miał nic przyklejonego do czoła, ale mimo to wyglądał na trochę przybitego.

- Będę musiał rozbić poziom pierwszy na dwie klasy, tak myślę. Mam wszystkich nowych Ślizgonów, co do jednego, a te małe głupole są dumne ze swojego poziomu ignorancji mugoli.

Ręka Hermiony zacisnęła się ostrzegawczo na ramieniu Harry'ego.

- Co? - zapytał. - Nie zamierzałem nic mówić.

- Racja - odparła.

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści