Rozdział 2. Ruiny.

Na szczęście dla Harry'ego, którego orientacja w przestrzeni dramatycznie osłabła, nauczyciele opuścili ucztę zwartą grupą i udali się do pokoju nauczycielskiego. Wyglądem przypominał pokoje wspólne, poza tym, że był większy oraz udekorowany purpurą i szarością zamiast barw jednego z domów.

Wielu z grona pedagogicznego udało się już na spoczynek - zbliżała się północ, a Harry nie był jedynym, który miał za sobą daleką podróż, ale reszta wydawała się osiąść tu na trochę dłużej. Charlie i Sofia ustawili w rogu, niedaleko paleniska, stolik do szachów i już odgrywali zaciekłą, szybką partię, pełną okrzyków triumfu zarówno jak i oburzenia.

Harry usłyszał, jak Hagrid żegna się z pozostałymi osobami, i stanął przy drzwiach, prowadzących na korytarz, by zamienić z nim jeszcze parę słów.

Ku jego zaskoczeniu, półolbrzym odbył długą, cichą konwersację z Malfoyem i opuścił go, śmiejąc się, po wymienieniu dziwnego uścisku przedramienia.

- Ach, nigdy nie mogę zapomnieć, jaki to cud, że mamy Draco z powrotem w jednym kawałku - powiedział do Harry'ego, kiwając głową w kierunku Malfoya, który był teraz zaangażowany w przyjaźnie brzmiącą wymianę zdań z profesorem Lupinem. Harry chciał, żeby usunęli się z poza zasięgu wzroku, by mógł spytać Hagrida czy wszyscy postradali zmysły.

- Harry - ciągnął czułym tonem półolbrzym. - Teraz, kiedy wróciłeś, poczujesz się jak w domu. Szkoda, że nie mogę zostać, ale ufam Charlie'emu, że dobrze zaopiekuje się zwierzętami, a ty zaopiekujesz się sobą. - Chwycił przedramię Harry'ego swoją ogromną, trzęsącą się ręką, tak jak to przed chwilą zrobił z Malfoyem. - W ten sposób moi ludzie witają swoich kamratów - powiedział z dumą. - Uważaj na siebie, Harry. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to wrócę na lato.

Harry ze smutkiem obserwował jak Hagrid kończy swoje pożegnania i wychodzi, po czym rozejrzał się za Hermioną, ale ta już ciągnęła Malfoya w stronę kanapy, ustawionej pod wielką mapą północnej Anglii, nie przerywając kłótni, kiedy usiedli.

- Może czas znieść cały system domów - powiedziała, a Harry poczuł, jak opada mu szczęka.

- Mówisz "żadnych domów", Miona, ale w praktyce znaczyłoby to zamienienie całej szkoły w jeden wielki dom, nie uczący niczego poza magią Ravenclaw albo Gryfindora. - Przyzwyczajony do tego, że Malfoy chętnie zmieniłby wszystko, co czyniło Hogwart Hogwartem, Harry był jeszcze bardziej zaskoczony, słysząc jego protest.

- Zawsze myślisz. - zaczęła, ale Malfoy nie dał jej dokończyć.

- Albo niczego poza magią Slytherina, ale to bez znaczenia. Sęk w tym, że są różne typy czarodziejów i oni mają różne potrzeby. I system domów.

Najwyraźniej Harry nie miał szansy na porozmawianie z Hermioną tak długo, jak był tam Malfoy. Zabawne, jak to był dla niej za dobry w szkole, a teraz nie mógł się nią nacieszyć.

Harry prawdopodobnie powinien był pójść do łóżka, ale jego zegar biologiczny twierdził, że było dopiero wczesne popołudnie. Po chwili niezdecydowania nalał sobie kubek herbaty z samonapełniającego się dzbanka, stojącego na kredensie, i usiadł na kanapie. Po chwili dołączył do niego profesor Lupin.

- Dobrze wyglądasz, Harry.

Harry zmieszał swoją herbatę z większą siłą, niż tego wymagała. Ten komentarz stawał się już naprawdę męczący.

- Pan też, profesorze. Przepraszam, że nie pisałem do pana częściej. - Skrzywił się na wspomnienie wszystkich razów, kiedy to odsyłał gęś pocztową, nawet nie rozwijając wiadomości, którą mu przyniosła. Przez wieści z domu nie chciał zniszczyć tego kruchego spokoju, jaki udało mu się osiągnąć.

- Remus, proszę. Wszystko w porządku. Rozumiem cię - odpowiedział łagodnie, biorąc łyk herbaty. Harry bał się, że rozumiał aż za dobrze, więc odwrócił wzrok od bystrych oczu Lupina - Remusa.

Za kanapą wisiało kilka warstw purpurowych i szarych zasłon, ale pomiędzy nimi nie było niczego, poza kamienną ścianą.

- Czy to normalny sposób dekorowania nauczycielskich kwater? Zasłony na gołych ścianach? - Remus uśmiechnął się smutno.

- Kiedyś było tutaj okno. Wszystkie zostały zaślepione, nie zauważyłeś?

Nie zauważył.

- Po co?

- Oczywiście po to, by zatrzymać klątwy, - Remus spojrzał na niego z zaciekawieniem. - Ale sądzę, że byłeś poza zasięgiem, tej pierwszej jesieni, i do czasu, kiedy odbiliśmy szkołę, a także usunęliśmy śmierciożerców, byłeś już w Ameryce. - Wstał, wygładził ubranie i ponownie usiadł na kanapie. To pewnie długa historia - pomyślał Harry.

- Wszystko zaczęło się od pierwszoroczniaczki, która.

- Nawet w Świętym Mungu słyszeliśmy o Lark Brown. - Jego głos był surowszy, niżby tego chciał, i skrzywił się w przepraszającym grymasie, ale Remus tylko przytaknął.

- Tak, kiedy klątwa zabija dziewczynkę, idącą na jej pierwszą Ucztę Powitalną, coś musi się wydostać. Jej ciotka była w twojej klasie, jeśli dobrze pamiętam.

Harry chciał przesłać Lavender kondolencje, ale nawet gdyby wiedział, co napisać, to i tak nic by z tego nie wyszło, gdyż sowy nie miały dostępu do szpitala. Tak jak pióra.

- Więc słyszałeś o innych atakach?

Harry zamrugał i potrząsnął głową.

- No cóż, winę za śmierć Brown zrzuciliśmy na śmierciożerców, którym udało się umknąć przed sprawiedliwością, a wtedy Medusa McCallan wreszcie się przyznała. Ministerstwo. no cóż, nikt nie mógł stwierdzić, że nie przyłożyli się do tego, aby wszyscy śmierciożercy zostali odpowiednio potraktowani.

Harry spojrzał na pochylającego się w stronę Hermiony Malfoya, zajadle gestykulującego, z poróżowiałymi policzkami - on w zupełności nie wyglądał na odpowiednio potraktowanego.

- Ale - kontynuował Remus. - Nawet po zamknięciu szkoły, pracownicy, likwidujący szkody powstałe podczas wojny, byli nękani atakami. Nieważne, ilu śmierciożerców udało nam się schwytać, następnego dnia znajdowaliśmy rannych, wybuchły eksplozje, pożary. Najbardziej prawdopodobna teoria, jaką ktokolwiek mógł wysnuć, głosiła, że ktoś nadal był gdzieś na błoniach, rzucając klątwami z jakiejś ukrytej fortecy. Na początku Ministerstwo zwiększyło ochronę na tych terenach. Kiedy to nie rozwiązało problemu, wypełniliśmy okna w nadziei na zabezpieczenie wnętrza. Pracowaliśmy całą noc, podzieleni na drużyny, zaślepiając każdy otwór, jaki udało nam się znaleźć. To było w listopadzie, kiedy ostatni dementorzy zostali pokonani i nadal myśleliśmy, że uda nam się otworzyć szkołę i zakończyć ten rok. Rano wróciliśmy i.

Remus wziął głęboki wdech, po czym ostrożnie, z precyzją, odstawił swój kubek na stół.

- Syriusz przybył pierwszy, jak zwykle. Sam wiesz, jaki on był. I użył swojej laski, by otworzyć szerzej drzwi.

- Och nie. - Harry zamknął oczy. Kiedy je ponownie otworzył, Remus wpatrywał się w swoje zmęczone dłonie.

- Jego rany nie wyglądały na aż tak poważne. Wszyscy byli pewni, że wydobrzeje, a następną rzeczą, jaką usłyszałem.... Minerwa zamieniła jego laskę w kamień i przeniosła ją na drugą stronę drzwi. Pewnie ją zauważyłeś. Jest najnowszym z nowych pomników. - Remus spojrzał w sufit z krzywym uśmiechem. - Zawsze mówił, że użyje jej, by zrobić coś niewypowiedzianego Korneliuszowi Knotowi.

Po tym nastąpiła długa cisza. Harry ledwie słyszał Malfoya, spierającego się o coś z Hermioną, McGonagall żegnającą wszystkich, kiedy wchodziła po jednych ze spiralnych schodów, Sofię mówiącą, raczej zadowolonym tonem: "szach-mat".

Kat, pomyślał Harry, przewróciłaby na to wszystko oczyma. "Nie bądź taki sztywny i uściśnij faceta, Har. Dobrze wam to obu zrobi". Położył rękę na barku Remusa, który pochylił się w jego stronę i westchnął.

- No i kto to był? - spytał w końcu Harry. Remus tylko wzruszył ramionami. - Nikogo nie złapali?

- Złapali bardzo wielu ludzi. O wielu za dużo, jak sądzą niektórzy. Niemniej, nikt z nich nie był w stanie wyjaśnić ataków w Hogwarcie.

- Czy jesteś pewien, że otwieranie szkoły jest teraz bezpieczne? - Kark Harry'ego był zimny. Myślał, że już z tym skończył. Z tą cholerną bezsilnością w obliczu zagrożenia.

- Nie - odpowiedział beznamiętnie Remus. - Ale z Durmstrangiem zamkniętym na amen, Beauxbatons przepełnioną do tego stopnia, że nie mają nawet krzeseł dla wszystkich uczniów, i z różnego rodzaju pozbawionymi skrupułów czarodziejami, podającymi się za prywatnych instruktorów. no cóż, Minerwa twierdzi, że pozostawienie zamkniętej szkoły niesie za sobą większe ryzyko, niż jej otwarcie.

Hogwart nadal uważany był za najbezpieczniejsze miejsce na świecie.

Po długiej przerwie Harry postanowił rozjaśnić trochę nastrój.

- Cóż, jestem tu już sześć godzin i jak dotąd nic się nie stało.

Nie było żadnej natychmiastowej eksplozji. Postanowił wziąć to za dobry omen.

***

Drzwi do komnat Harry'ego strzegła młoda mleczarka, która poczerwieniała i zaczęła się jąkać, kiedy tylko Harry się przedstawił. Ku jego zaskoczeniu, rezydowała także na obrazie po drugiej stronie drzwi, dzięki czemu mogła się go spytać czy ma wpuścić ewentualnego gościa.

- Masz uroczą odźwierną - powiedział Remus, wywołując u niej kolejną serię drgawek i rumieńców. - Moim jest irlandzki osadnik, który sugeruje, że poczucie humoru Albusa Dumbledore'a jest nadal obecne w szkole. - Zapalił kilka świec w salonie przy pomocy szybkiego ruchu różdżki. - Minerwa prosiła, bym cię przeprosił za te pokoje, komnaty na wyższych piętrach wyglądają bardziej interesująco, ale wszystkie są albo już zamieszkane, albo nadają się do remontu.

- Och, nie. - Salon był przestronny i wygodny; z ogniem trzaskającym w kominku i szeroką, miękką kanapą. Pod zaślepionymi oknami znajdował się kącik do czytania z ogromnym biurkiem i ścianą pełną półek. Przez otwarte drzwi, prowadzące do sypialni, Harry zauważył łóżko z niebieskimi kotarami. - Jest cudownie. Ale jak Hedwiga.

Zanim zdążył dokończyć pytanie, rozległo się pyknięcie i Harry zdał sobie sprawę, że dekoracyjny panel powyżej drzwi wejściowych był w rzeczywistości drzwiczkami, wystarczająco dużymi, by mogła przecisnąć się przez nie sowa. Hedwiga przywitała Remusa przyjacielskim pociągnięciem za kosmyk włosów, po czym przefrunęła na swój drążek, na którym spoczęła, ukrywszy głowę pod skrzydłem.

- Sowy to nocne zwierzęta - wtrącił zaciekawiony Remus. - Czy są wrażliwe na zmiany stref czasowych?

- Nie wiem - odparł Harry, ziewając szeroko. - Ale ludzie na pewno są. - Zamknął oczy. Minęło kilka sekund, zanim zdołał otworzyć je ponownie.

Remus uśmiechnął się.

- Już się wynoszę.

***

Jak tylko rozejrzał się wokół siebie, gdy już obudził się całkowicie, Harry zrozumiał dlaczego McGonagall tak bardzo zależało na wytrenowaniu nowego pokolenia czarodziei: Hogwart był raczej w stanie bałaganu.

Jeśli pominąć wypełnione okna, to komnaty Harry'ego wyglądały normalnie. Jednakże już po drugiej stronie drzwi - nie mógł się nadziwić, że nie zauważył tego poprzedniej nocy - był zamknięty korytarz i magicznie zabarykadowana klatka schodowa. Czarna wstęga, przeciągnięta w poprzek blado migoczącego zaklęcia, uniemożliwiała wstęp. Gdy spojrzał w dół, zobaczył, że ze schodów, które powinny tam być, została tylko przecinająca pustkę poręcz.

Uczniowie i nauczyciele w Coven byli od czasu do czasu wzywani do pomocy w opiece nad ofiarami złośliwych klątw albo w uwalnianiu niemowląt od złego spojrzenia,* mimo tego przez większość tych pięciu lat Harry używał jedynie łagodnych form magii. Prawie zapomniał o tym nieprzyjemnym, obślizgłym uczuciu, jakie mroczne klątwy zostawiały w powietrzu, a które czuł teraz. Niemniej jednak, szybko odwrócił się do niego plecami, ignorując kumulujące się w karku napięcie.

Pocierając czoło, by zmniejszyć ból głowy, który nadal go nie opuścił, minął pusty pokój nauczycielski, a potem nagle zatrzymałam się w miejscu, by przypomnieć sobie drogę do Wielkiej Sali. Skręcił w lewo, poszedł prosto, w prawo - a może powinien w lewo na końcu, a później w prawo? A może chodził w kółko?

- Prosto do portretu Uchera Nieczystego, panie Potter - odezwał się znajomy głos. - Potem w prawo, prawo, lewo - niech pan uważa, panie Potter. Miałem nadzieję, że być może nawet pan był w stanie uczynić pewne postępy w opanowaniu tak podstawowej umiejętności.

- Profesor Snape? - Harry obrócił się gwałtownie, prawie potykając się o skraj szaty, i skrzywił, kiedy usłyszał swój piskliwy głos.

Ostatniej nocy drzwi do pokoju nauczycielskiego były bez przerwy otwarte. Teraz, kiedy ktoś je zamknął, Harry ujrzał strzegący ich pomnik - dziewięciostopowego, kamiennego, ostatniego mistrza eliksirów, który nawet teraz nie stracił swojego nieodzownego grymasu drwiny.

- Widzę, że jest pan niedościgniony w pojmowaniu oczywistości. - Statua trzymała w jednej ręce kociołek, a pasmo włosów przysłaniało jej lewe oko. Tak samo jak duch Dumbledore'a, kamienny Snape nosił na sobie mniej śladów wojny niż jego pierwowzór, kiedy Harry ostatni raz widział go wśród żywych.

Jeden rękaw szaty był podwinięty, by odsłonić płytko wyryty Mroczny Znak. Być może - Harry pomyślał z niesmakiem, który graniczył ze zdegustowaniem - że realizm był aż nazbyt rzucający się w oczy.

- W-w porządku, wszystko w porządku - zająknął się Harry. - Ucher Nieczysty, prawo, prawo, lewo.

- Znów przemawiasz do nieożywionych obiektów, Potter? - Malfoy prześlizgnął się przez drzwi, wirując lodowobłękitnymi szatami, wyglądając jakby spał dwanaście godzin zamiast czterech. Harry poczochrał swoje niesforne włosy. Malfoy pochylił głowę przed pomnikiem Snape'a, w czymś, co wyglądało jak nieświadomy ukłon, i ruszył w dół korytarza.

Usta pomnika zadrgały, ale powstrzymał się od dalszych komentarzy. Po chwili Harry zdławił absurdalną potrzebę zapytania: "Czy mogę już iść, profesorze?" i udał się w kierunku Wielkiej Sali.

***

Było jeszcze całkiem wcześnie i wszystkie stoły uczniowskie świeciły pustkami. Wyjątek stanowiło trzech Puchonów, którzy widocznie pomyśleli, że nie ma jak wczesny start. Przy stole dla nauczycieli Remus i Michelle Verte siedzieli koło siebie, co chwila wymieniając spojrzenia, jakby chcieli porozmawiać, ale żadne z nich nie mogło się zdecydować, jak zacząć. Harry pomaszerował do drugiego końca stołu, gdzie zauważył Hermionę, jedzącą bekon i przewracającą wolną ręką strony w podręczniku do zaklęć dla pierwszoroczniaków.

- Wcześnie wstałeś - powiedziała, kiedy usiadł koło niej, częstując się pierwszymi wędzonymi śledziami, jakie widział od pięciu lat.

- Mój mózg jest zdania, że nadal jest wczorajsze popołudnie. - odpowiedział. - I boli mnie głowa. Może powinienem zwrócić się do Sofii po lekarstwo na objawy zmiany strefy czasowej.

- Och nie, Harry - odrzekła, zamykając książkę. - Zmiana czasu jest jednym z Nieuleczalnych, tak jak kac. Pamiętasz? Da ci tylko wywar usypiający i wykład. Nie, żeby ci się jeden nie przydał. Oczywiście mam na myśli eliksir. Jeśli wykład miałby ci pomóc, to zadziałałby wieki temu.

- Spoko - odpowiedział uśmiechając się, a jego akcent zabrzmiał dokładnie jak Kat. Następnym razem może przyłapać się na mówieniu "ziomki", jeśli nie będzie uważał.

Teraz, kiedy dekoracyjne płótna zostały usunięte, Harry zobaczył, że róg, stojącego naprzeciw niego stołu, jest obdrapany i ułamany. Rozejrzał się po Sali i poczuł jak jego serce się ściska z powodu tych wszystkich zniszczeń.

Większość stołów była porysowana lub wyszczerbiona, kilka zostało przełamanych na pół, a potem niezręcznie naprawionych. W ścianie za nimi widniały wielkie wyżłobienia, jakby coś ciężkiego, z dużą szybkością, zostało na nią rzucone, a podłoga miała na sobie ślady czegoś, co wyglądało na ogromne pazury. Harry zastanawiał się, jak musiało tu wyglądać zanim kadra spędziła całe lato na sprzątaniu.

Tutaj także powietrze było śliskie od obecności czarnej magii. Do tego stopnia, że Harry zastanawiał się, czy było to efektem tylko starych klątw. Obejrzał się przez ramię.

- Spodziewałeś się ujrzeć swojego dawnego wroga, Potter? Masz szczęście - powiedział Malfoy, przechodząc za nim, by zająć miejsce po drugiej stronie Hermiony. Harry nie wyskoczył ze swego krzesła tylko dzięki sile woli.

Miej trochę dumy, Potter, powiedział sobie. Gość nadal jest arogancką fretką, ale to nie powód, by się tak denerwować.

- Posłuchaj, Malfoy - powiedział. - Hermiona może ci ufać, ale ja mam swoje zdanie.

Malfoy jedynie uniósł brew.

- Nie wyciągasz pochopnie wniosków, co, Potter? Po pierwsze, jeśli duch powrotu do domu przepełnia cię do tego stopnia, że nie możesz jeść, to wezmę z twoich rąk to pieczone jabłko.

- Przestań podkradać jedzenie, Draco. - Hermiona uderzyła przesuwającą się przed nią dłoń. - Harry potrzebuje każdego posiłku, jaki może dostać. Czy ty w ogóle jadłeś w Ameryce? Jesteś taki wychudzony.

- Wszystko jest w porządku - odpowiedział, czując, że mówi to już chyba setny raz.

Poziom hałasu wzrastał wraz z liczbą uczniów. Harry nie mógł ścierpieć oglądania ich przy tak zniszczonych stołach. Uczenie miało być wyzwaniem, ale przysiągł sobie, że spędzi tak wiele czasu, jak tylko będzie mógł pracując nad przywróceniem Hogwartu do normalności.

- Masz ładne pokoje, Harry? - spytała Hermiona. - Ja jestem na trzecim piętrze. Penelopa zamierza pomóc mi znaleźć zaklęcie, które rzucono na ten sufit, bo jeśli użyję go na ścianach, to będę miała widok na jezioro.

Nagle, ze strony stołów, rozległ się pisk. Harry podniósł wzrok znad talerza na czas, by zobaczyć, jak jedna ze Ślizgonek przewraca się razem z krzesłem na podłogę, wydając z siebie dziwne, załamujące się wycie. McGonagall dotarła do niej jako pierwsza, a Malfoy był tuż za nią.

- Nie chcę więcej słyszeć tych nonsensownych teorii - strofowała uczniów McGonagall, kiedy Harry przybył na miejsce.

- Ale to krzesło Crabbe'a, pani profesor.

- Nikt nigdy nie siada.

Malfoy klęczał przy dziewczynce, której pięty bębniły o podłogę. Unieruchomił ją poprzez rzucenie Petrificus Totalus i spojrzał na McGonagall.

- Kiciu, zabierz te małe, żądne krwi boginy z drogi, dobrze? Ja w tym czasie.

McGonagall odprowadziła uczniów, kiedy Malfoy zaczął szeptać cichym, nie urywającym się głosem. Harry stężał, ale zaraz poznał, że słowa były zaklęciami transmutującymi - Malfoy zamieniał krzesło w nosze. Nadal wymawiał inkantacje tak, jakby były w jego macierzystym języku - zachowując wszystkie akcenty i urywając końcówki. Zaklęcia Harry'ego funkcjonowały perfekcyjnie, ale gdy porównać go do Malfoya, zawsze czuł się, jakby czytał ze słownika.

Oczy dziewczynki były nadal otwarte i wściekle się poruszały. Harry zobaczył, jak mięśnie jej ramion i szczęki napinają się, walcząc z zaklęciem. Jego oczy spoczęły na czyimś gotowanym jajku, którego skorupka nadal była cała. Porwał je i ukląkł po drugiej stronie dziewczynki, przesuwając nim po jej twarzy, mamrocząc inkantacje, aż poczuł lekkie mrowienie pod palcami. Tyndal de Soto, specjalista w magii Ameryki Łacińskiej w Coven nauczył go jak wciągnąć urok do jajka i widocznie zaklęcie działało nawet, gdy owo jajko było śniadaniem. Mgliście zdawał sobie sprawę z klęczącego, po drugiej stronie dziecka, Malfoya, który nadal stukał różdżką w to, co było krzesłem i mamrotał. Nosze zaczęły wypuszczać koła, pasy chwyciły ręce i nogi dziewczynki. Przestała się spinać, gdy ostatnie słowa Malfoya zamieniły jej raczej krzykliwy naszyjnik w poduszkę, którą podłożył jej pod głowę.

Harry włożył jajko w dłoń Malfoya.

- Powiedz Sofii, że było ugotowane. Może mimo tego uda jej się zinterpretować żółtko. Jeśli jeszcze nigdy tego nie robiła, to będę mógł jej pomóc, kiedy tylko skończę rozpędzać ten tłum.

- No cóż - stwierdził Cypherus Summs, kiedy jeden z prefektów pospieszył, by pomóc Malfoyowi odciągnąć nosze. - To nazywam pracą zespołową.

***

McGonagall zadeklarowała, że pokój wspólny Ślizgonów będzie najbezpieczniejszym miejscem dla uczniów. Był on umiejscowiony pod ziemią i otoczony ochronnymi zaklęciami, ale nawet to nie zmniejszyło niepokojów Harry'ego o zdrowie dzieci.

- W polowie usunięlam Pertyficusa i nałożiyłam na niego Consopium - magicznią śpiączkę - powiedziała Sofia Harry'emu swoim zmiękczającym głoski akcentem, kiedy później przyszedł do skrzydła szpitalnego. - Nie moglam w inny sposób powstrziymać konwulsji i balam się, żie sama zrobi sobie krziwdę. Ale 'Arry, co tyś chciał z tym jajkiem?

Reszta kadry nauczycielskiej zebrała się wokoło, by obserwować, kiedy Harry rozbił jajko i wlał jego zawartość do szklanki z wodą, ale widocznie ta część cuadrensimo Tyndala działała tylko na surowych, gdyż nie mógł nic wywnioskować z kształtu żółtka, nieważne, jak się w nie wpatrywał.

- Harry, czy ty śpiewasz?

Zawstydzony Harry zamknął usta i wylał mieszaninę jajka i wody do najbliższego zlewu. Hermiona nadal patrzyła na niego pytająco.

- Pieśń Cherokee - odpowiedział jej. - Ma przywołać do ciebie twoje manito - twoją moc, magię, coś w tym stylu. Zły zwyczaj Sunday nucenia przy pracy przeszedł na wszystkich. Lekcja eliksirów w Coven to coś rzeczywiście wartego usłyszenia.

- Zawsze pracujesz bez różdżki? - zapytał Charlie i Harry zdał sobie sprawę, że jego narzędzie pracy było nadal w rękawie.

- Dwa tygodnie po przyjeździe na Florydę pomogłem doktorowi Bokorowi podnieść klątwę szpatułką. Po tym zrozumiałem, do czego służą różdżki.

McGonagall pochyliła się nad łóżkiem dziewczynki.

- Bardzo się boję, że to ta sama klątwa, która trafiła Argusa Filcha, kiedy próbował dostać się do starych sal eliksirów - powiedziała.

Stary woźny przetrwał wojnę, ale stan jego zdrowia uniemożliwił mu dalszą pracę w zawodzie. Harry przypuszczał, że po prostu przeszedł na emeryturę.

- Co się z nim stało?

- Poppy miała trochę Nervalitum, potężnego eliksiru odbudowującego nerwy, wynalezionego przez Severusa - odpowiedziała McGonagall. - Jak długo była w stanie podawać go Argusowi, jego ataki były lżejsze i ciało mogło leczyć się samo. Kiedy go zabrakło...

- Nikt nie mógł uwarzyć więcej?

- Wymaga sproszkowanego kła narwala - odrzekła Madeleine Aerie. - Który jest niemożliwy do zdobycia odkąd ministerstwo zmieniło jego klasyfikację. Nie mogliśmy dostać się do zapasów profesora Snape'a, a żadne z nas nie ma jego podejrzanych kontaktów.

- O ironio! - dodała McGonagall - Argus poszedł do lochów właśnie po to, by przeszukać kwatery Severusa i znaleźć książki, notatki i składniki, których nie mogliśmy zdobyć nigdzie indziej - westchnęła. - Poppy utrzymywała go przy życiu przez dziesięć miesięcy, stosując Animaserum, które służy ogólnemu wzmocnieniu organizmu, ale konwulsje nie ustawały i jego ciało ulegało stopniowemu samozniszczeniu.

- Przy okazji, gdzie jest teraz pani Pomfrey? - zapytał Harry.

- Nie żyje. - Usłyszał krótką odpowiedź McGonagall. Dyrektorka wpatrywała się w miejsce, gdzie powinno być okno, pocierając dłonią sztywniejący kark i wyglądając na całkowicie wyczerpaną.

Wreszcie Harry przypomniał sobie o czymś:

- Co to było, to o tym krześle?

- To krzesło, na którym zawsze siedział Vincent Crabbe i co głupsi uczniowie twierdzą, że jest przeklęte.

McGonagall zdołała już odwrócić zaklęcia transmutujące Malfoya. Krzesło stało w rogu, wyglądając całkiem zwyczajnie.

- Przesłuchaliśmy każdego - powiedział Charlie. - I nie ma śladu niczego niezwykłego. Usiadła i krzyknęła. - To wszystko, co wiemy.

McGonagall wpatrzyła się w krzesło.

- Dzieje się coś bardzo złego.

* org. mal de ojo - artykuł o tym fenomenie tutaj: http://www.kolumbijsko.com/colombia/costumbres/mal_de_ojo_br_mito_o_la_busqueda_de_lo_inexplicado_.html

Następny rozdział

Poprzedni rozdział

Spis treści