Rozdział 15. Pomniki.

Niebo przed świtem było czyste, różowo-niebieskie i nadal obsypane gwiazdami, ale od jeziora wiał zimny wiatr. Ciało McGonagall spoczywało na płytkiej łódce, nie wyglądając na śpiące, lecz na bardzo, bardzo martwe.

Madeleine Aerie, z twarzą mokrą od łez, podniosła różdżkę, która leżała na klatce piersiowej McGonagall i użyła jej do podpalenia łódki, po czym rzuciła ją w płomienie i stopą odepchnęła burtę.

- Vale, Minerwa - powiedziała.

Łódka powoli wpłynęła na jezioro, rzucając coraz mocniejsze światło, a oni obserwowali w ciszy, jak znika pola widzenia.

Hagrid, który przybył na pogrzeb w wielkim pośpiechu, wydmuchał nos w wielką chusteczkę.

- Nadal nie mogę uwierzyć, że już jej nie ma - powiedział zgrubiałym głosem. - Bez niej nie będzie tak samo.

- Zastanawiam się, czy wróci. - Hermiona pociągnęła nosem. - Żeby dotrzymać towarzystwa Dumbledore'owi.

- Zawsze narzekała na chłód - odparł Malfoy. - Nie zdziwiłbym się, gdyby wybrała sobie do nawiedzania jakiś miły hotelik na Lazurowym Wybrzeżu. - Wydmuchał nos w chusteczkę idealnie dopasowaną kolorystycznie do jego białej szaty żałobnej.

Oczy Harry'ego piekły, ale tylko od wpatrywania się w płonącą łódkę. Zdał sobie sprawę, że za nimi nie płakał. Ani za Cedrickiem, ani za nikim później. A teraz - cóż, był im winien więcej niż przelotną refleksję, czyż nie.

Poza tym nie chciał zacząć płakać bez pewności, że będzie w stanie przestać.

- To trochę nieregulaminowe - powiedziała Madeleine. - Ale sądzę, że powinniśmy odłożyć wybór nowego dyrektora do jutrzejszego śniadania. Michelle i ja w przeciągu kilku godzin skończymy Nervalitum, a sądzę, że Harry, Hermiona i Draco badają możliwy przełom w procesie rozminowywania, prawda?

- Wyobrażam sobie, że przyda ci się pomoc przy sprzątaniu, nie? - zapytał Rona Hagrid. - Mogę trochę zostać, teraz, kiedy już odzyskałem siły.

I wszyscy zaczęli powoli wracać do zamku.

- Nie wolno nam robić sobie zbyt wielkich nadziei - powiedziała Hermiona, chociaż, jeśliby sądzić po tym jak szybko szła, jej nadzieje sięgały sufitu. - Klucz do usunięcia wszystkich na raz może w ogóle nie istnieć.

- Oczywiście, że istnieje - odparł Malfoy. - Zdjęcie wszystkich min byłoby doskonałym symbolem aktu własności ze strony Lucjusza Malfoya, Dyrektora Okupowanego Hogwartu. Musimy jedynie wykoncypować, jak to zrobić.

Kiedy dotarli do pokoju nauczycielskiego, Hermiona zauważyła, że Harry pozostał w tyle.

- Harry? - zawołała.

- Muszę... Mam pewne sprawy, które...

Przytaknęła.

- Kiedy skończysz, pamiętaj żeby przyjść do biblioteki.

Harry przestawił klatkę Hedwigi i otworzył szafę. Walizka... Kufer... Tak, była tu: paczuszka z listami, którą przysłała mu Kat. Położył ją na łóżku, zaciągnął kotary i zaczął czytać.

***

„Nie mogę wyrazić, jakim smutkiem przepełniła mnie wieść o Albusie, na pewno jesteś...”

„Plotka głosi, że zostałeś poważnie ranny w pojedynku, więc nie wiem, czy to dostaniesz, ale chciałbym jedynie życzyć Ci szybkiego powrotu do zdrowia i powiedzieć, żebyś posłał sowę, jeśli tylko mógłbym w czymkolwiek...”

„Pamiętasz Lavender Brown, prawda? Córeczka jej najstarszego brata miała w tym roku rozpocząć naukę w Hogwarcie, ale...”

„Z przykrością zawiadamiam, iż Syriusz...”

„W następnym tygodniu wyjeżdżamy do Rumunii. Charlie żeni się z Sofią, uzdrowicielką - wydaje się to odpowiednie, jako że większość czasu spędza w lecznicy z...”

„Prawdopodobnie już słyszałeś o tym od Rona, ale obawiam się, że Lee Jordan...”

„Nie uwierzysz w to, ale dostałem awans. Jeszcze jeden stopień w górę drabiny i zostanę zastępcą ministra...”

„Jestem pewien, że wiesz, jak bardzo Colin Cię podziwiał i sądzę, że chciałby, żebyś miał...”

„Na szóste urodziny Keket spotykamy się z resztą w Egipcie. To pierwszy raz od śmierci Billa, więc przyjęcie nie będzie za wesołe, ale ona jest dzielnym dzieciakiem - ‘twarda jak Kobalin' - jak mówi jej matka chrzestna...”

„Spisuję historię wojny i zastanawiam się, czy nie mógłbyś machnąć mi strony czy dwóch o tym, co się dokładnie...”

„Brakuje mi Ciebie, Harry. Próbuję być cierpliwa, ale od czasu tej dwuzdaniowej sowy, w której oznajmiłeś mi, że jesteś w Ameryce, żebym wiedziała, że żyjesz, nie posłałeś mi ani słowa. Nie wiem nawet, czy Ty kiedykolwiek wrócisz, czy Voldemortowi w końcu udało się Cię zniszczyć...”

Wszystkie odsuwane na bok emocje nadal tam były, czekając na niego. Całe poczucie winy i smutek, każda mała radość, które czuł, że nie miał prawa dzielić.

Przez chwilę ogarnął go ten sam lodowaty paraliż, co wtedy, kiedy korpulentna matrona w Świętym Mungu powiedziała mu delikatnie, że Albus odszedł - to uczucie, że jedyną bezpieczną opcją było zostawienie prawdziwego życia i zatrzymanie się w absolutnym bezruchu, bo każdy krok, który wziąłby w swoją przyszłość, był krokiem w dal od długu, który zaciągnął we krwi.

Ale tylko dzieci myślą, że krew można wziąć, a potem zwrócić, tak jak pożyczone pióro. Krew po prostu jest, czyż nie. Żyjący ją mają, a martwi nie. A jedyną rzeczą, do której ona się nadaje, jest bycie żywym.

Jeszcze przez chwilę przyglądał się listom, po czym dosiadł Błyskawicy i wyruszył.

***

Mały cmentarzyk rodziny Weasleyów znajdował się na polance, zaraz za wzgórzem i boiskiem do quidditcha. Łatwo było rozpoznać niewielką statuę egipskiego kota, która strzegła grobu Billa - był to jedyny pomnik na cmentarzu, który wyglądał na mniej niż stuletni. Kiedy Harry odgarnął liście spod jego stóp, by odkryć imię i daty, kot zwęził w przyjacielski sposób oczy, ale nie zrobił żadnej uwagi.

Harry nadal miał wystarczająco mugolskich naleciałości, że gdy wyczarował kwiat, by pozostawić go na płycie, był to czerwony mak. Kot powąchał go, a potem uprzejmie skubnął.

Zaraz za wzgórzem od Ottery St. Catchpole leżała wioska Kettlewick, gdzie, po jej czarodziejskiej stronie, pochowany był Cedrick Diggory. Jego statua, borsuk, także była jedyną nową w zasięgu wzroku.

Nagle Harry'emu przyszło na myśl, jakim szokiem musiała być dla rodziny śmierć czarodzieja w wieku kilkunastu lat, zanim przeżył choć dziesiątą część przeciętnej długości życia. Przypomniał sobie ukrywanie się na mugolskim cmentarzu za Szkołą Podstawową w Grimbridge, pomiędzy rzędami kamiennych płyt, gdzie pochowano dzieci, które zmarły podczas epidemii hiszpanki. Martha Elizabeth, tysiąc dziewięćset szesnaście do tysiąc dziewięćset dziewiętnaście. Ukochana córka.

Po chwili położył u stóp borsuka mak i ponownie chwycił miotłę.

Syriusza pochowano w Ravenscrap, na wspaniałym, czarodziejskim cmentarzysku, gdzie wszystkie posągi były ruchome. Harry stał przez długi czas wpatrując się w prosty, nie ozdobiony kamień. Tak naprawdę, to prawie się nie znali. Miał zamiar to zmienić, wrócić z Ameryki i rzeczywiście zobaczyć w nim coś więcej niż tylko opiekuna i źródło informacji o rodzicach. Nie starczyło na to czasu. Nigdy nie starczało czasu.

Delikatnie pogładził dłonią wyryte w kamieniu imię, a potem powoli powrócił do swojej miotły. Miał jeszcze wiele mil do przebycia przed zapadnięciem zmroku.

Na przykład do Farnwinnig, gdzie rodzice Lee Jordana musieli powiedzieć swoim mugolskim sąsiadom, że ich syn zginął w wypadku drogowym, zamiast nazwać go bohaterem wojny, o której tamci nawet nie słyszeli. Jak do Merryship, gdzie malutki kamienny ptaszek trzepotał skrzydłami i śpiewał nad malutkim nagrobkiem Lark Brown.

A potem do Londynu, na Ulicę Pokątną.

***

- Ach, pan Potter - powiedział wyłaniając się z mroku Ollivander. - Zastanawiałem się, kiedy znów pana zobaczę. - Nie zapytał: „W czym mogę panu pomóc?” ani nie powiedział nic innego, właściwego sprzedawcy. Po prostu złączył dłonie za plecami i czekał.

Harry pozwolił swojej różdżce wysunąć się z jej miejsca w rękawie, aż opadła mu na dłoń. Nie czuł się jakby trzymał różdżkę, która należała do kogoś innego. Położył ją na ladzie.

- Ach - powiedział Ollivander. - Wreszcie trafiła w twoje ręce.

Harry spojrzał na ciemne drewno.

- Należała do mojego ojca, prawda?

Ollivander przytaknął.

- Heban, serce smoka. - Fachowo pogładził trzon. Harry mógł przysiąc, że różdżka szukała kontaktu z nim niczym głaskany kot. - Nie dokładnie to, co bym przewidział dla Harry'ego Pottera. Ale być może nadszedł czas, kiedy będzie pan mógł zaprzestać bycia drugą połową Voldemorta i stanie się pan jedynie sobą samym, ech.

Harry'ego zaskoczyła siła gniewu, który go ogarnął. Odepchnął go jednak i nie skomentował.

- Możliwe też, że - kontynuował Ollivander. - Że różdżka... dojrzała trochę w ciągu wielu lat uśpienia - tak, młody Potterze, różdżka jest istotą żyjącą, może co prawda nie odczuwać z taką głębią jak my, ale nie mniej nie czyni jej to niezdolną do rozwoju i zmieniania się.

- Czy to jest w zwyczaju? Przekazywanie dalej różdżki umierającego czarodzieja?

- Nie ma w tym nic niezwykłego - odpowiedział Ollivander. - Według mojej opinii jest to znakomita oznaka szacunku. Oczywiście, niektóre rodziny trzymają się najstarszej tradycji i palą różdżkę razem z ciałem. A dla sentymentalnych sklepy, takie jak Willow i Wombly, prowadzą usługi transmutacji różdżek drogich sercu osób w miecze, pióra lub inne, podobne przedmioty. Okropne marnotrawstwo, jeśliby mnie spytać. Pamiętam czarownicę z Coventry, która zleciła przemienienie różdżki swojego zmarłego męża w laskę - najbardziej niefortunny z wyborów, jako że nieboszczyk był za życia miłośnikiem tańczenia Szalonego Zająca... - Uśmiechnął się. - A kilka z nich znajduję swoją drogę z powrotem do mnie.

- Więc, czy powinienem ją panu zostawić?

- Po co? Nie, nie, zatrzymaj ją, chłopcze. Jeśli kiedykolwiek poczuje się nieadekwatna do pracy z tobą, to uwierz mi, da ci o tym znać.

***

Zmrok już zapadał, kiedy zziębnięty i zmęczony Harry przybył do Doliny Godryka.

Jego rodzice żyli jako mugole i jako tacy zostali pochowani, pod prostym, nie poruszającym się kamieniem z napisem „POTTER”. Harry stał na małym, wiejskim cmentarzyku przez długi czas, próbując nic nie czuć.

Odkąd sięgał pamięcią, opowiadał sobie historie o swoich prawdziwych rodzicach, a prawda, kiedy została mu wyjawiona, przerosła najdziksze fantazje. Piękni, sprytni, utalentowani. Magiczni. Ale nieważne, w jaki sposób próbował - jakkolwiek badał zebrane przez Hagrida zdjęcia, czytał listy, którymi podzielił się z nim Syriusz, wpatrywał się w ich nagrobek - nie mógł ożywić ich w swoim umyśle.

Leciutki wietrzyk zrzucił na jego głowę deszcz białych płatków, a on zadrżał. Co do diabła próbował osiągnąć? To nie miało żadnego sensu. Nie znał ich. Byli częścią życia, do której nie mógł już powrócić.

Wzniósł się w powietrze i skierował na północ... a potem zawrócił na południe. Nie mógł zajść aż tak daleko i nie wrócić do miejsca, w którym to wszystko się zaczęło.

***

Gdyby Harry nie wiedział dokładnie, gdzie szukać, minąłby ruiny malutkiej chatki, nie zauważając niczego poza tyłami ogrodów okalających domy przy kolejnej ulicy. Cały obszar był naszpikowany zaklęciami ministerstwa - nie tylko Inconspicusem, który odwracał uwagę przechodzących mugoli, ale też działającą na wiele zmysłów siecią iluzji wystarczająco przekonywujących, by ukryć to miejsce także przed czarodziejami.

Harry zastanawiał się, w jakiego typu czarodziejskich gości wymierzone były te czary. Turystów? Wandali? Żądnych zemsty śmierciożerców?

Jednakże list od Remusa powiedział Harry'emu, jak odnaleźć to miejsce i za pomocą zawartych w nim inkantacji Harry przeszedł przez bariery i zobaczył wszystko takim, jakim było naprawdę.

Po tak wielu latach, które upłynęły od pożaru, z domku nie zostało dużo. Zarośnięte chwastami fundamenty, rozsypujący się komin, kilka krzewów róż próbujących rozkwitnąć wśród ostów tam, gdzie kiedyś znajdował się ogródek. Harry minął przerwę w podmurówce, która mogła być pozostałością po głównych drzwiach, albo tylko miejscem, gdzie mur osłabł, skruszył się i przeszedł przez chwasty i gruzowisko do miejsca, które dawniej stanowiło wnętrze domu.

Tylną ścianę zbudowano z kamienia. Przetrwała pożar, tylko po to, by zostać częściowo powaloną na ziemię przez jakiś gatunek pnącza, które owijało się teraz wokół oderwanych kamieni, wiążąc je z gruntem. W kącie, który resztki muru tworzyły z kominkiem, wiatr zebrał papiery, szmaty i śmieci. Harry ukląkł i zaczął grzebać czubkiem różdżki w tym bałaganie, ale znalazł jedynie gniazda licznych pokoleń myszy.

Wpatrzył się w wyblakłe od deszczu łachmany i strzępy gazet i poczuł straszliwą pustkę. Oczywiście, że to była ruina - tylko ruinę można było otrzymać, jeśli spali się doszczętnie wiejską chatkę, a potem zostawi pozostałe zgliszcza na dwadzieścia lat. Nie spodziewał się, że znajdzie cokolwiek, co będzie mógł rozpoznać.

Ale oczekiwał, że w jakiś sposób uda mu się ich poczuć.

To była głupota, jeśli się o tym naprawdę pomyślało. Ale chciał czegoś, do czego mógłby wracać do domu.

Potarł knykciami piekące oczy i kopnął kupkę śmieci. W rzeczywistości nie było ich aż tak dużo. Przez kilka chwil stopą wygarniał je z kąta, po czym pochwycił je wiatr.

Dwa fragmenty rozpadającej się ściany były ustawione do siebie prostopadle. Jako że już trzymał w dłoni różdżkę, uniósł ją i przetransmutował je w ławkę. Wygładził powierzchnię oparcia wystarczająco, by powstrzymać luźne kamienie przed spadnięciem komuś na głowę, jednocześnie zostawiając górną krawędź tak poszarpaną, jak uczyniła ją natura.

Wyglądało to interesująco. Raczej mu się podobało.

Gdyby ktoś siadł na ławce, zechciałby pewnie na coś, co znajdowałoby w miejscu, w którym stał Harry, popatrzeć. Być może na fontannę. Harry wyczarował oczko z bulgoczącą wodą, po czym, myśląc o Sundayu, dodał samicę małego pająka wodnego, Kananeskey Amai'yehi, przenoszącą na swoich plecach przez wodę pierwszy ogień.

Teraz trochę trawy? Tak, dzięki niej wszystko stawało się przyjemniejsze. Kępka fiołków - mgliście przypomniał sobie, jak Syriusz mówił, że jego matka szczególnie je lubiła. „Z drugiej strony, nie przepadała za liliami” - dodał, a Harry zamknął oczy, by przywołać przed nie uśmiech swojego ojca chrzestnego.

Kiedy je otworzył, cały projekt zdał mu się śmieszny - ławka, fontanna, kilka stóp kwadratowych trawy, a wszystko to otoczone przez chwasty i zrujnowaną podmurówkę. Szczerze, kogo on chciał oszukać? To nie było w ogóle warte robienia.

Albo wręcz przeciwnie, było warte robienia doskonale.

A oni z pewnością na to zasługiwali. Podwinął rękawy i z zapałem zabrał się za transmutowanie. Jedną kępę mleczy w gromadkę gruszy znajdujących się u progu rozkwitu. Kolejną w kilka kłosowców, nad którymi unosiła się mała figurka Fawkesa. Jeszcze inną w fiołki trójbarwne - nie chwilkę. Obrotem dłoni wyjął je z grządki i posadził w donicy o kształcie wielkiego, kamiennego kotła.

Poczuł, że zmęczenie go trochę opuszcza i zdał sobie sprawę, że śpiewa pieśń manito. Nie przestawał nucić, kiedy zamieniał puste miejsca w wyłożone kamieniami ścieżki, rozkładające się śmieci w tarasy, patyki w krzewy. Fragmenty ściany w więcej ławek, więcej pomników, niskie murki. Chwasty w małe, ukryte w cieniu zwisających nad nimi gałęzi drzew grządki trójlistów, kępy przyciągających motyle budleji, które Kat pielęgnowała, by zakwitły na cmentarzu w Coven. W każdym rogu panował inny mikroklimat, aż po jednej stronie ścieżki wyrósł aloes między paprociami.

Harry pracował do utraty tchu, aż jego twarz zwilżył pot, ale wszędzie, gdziekolwiek spojrzał, znajdowało się teraz coś tętniącego życiem i słodkiego, i pięknego. I niech Malfoy się śmieje, jeśli chce, ale to było doskonałe. To było, pomyślał z rozgrzewającym przypływem dumy, warte ich wszystkich.

Wyszedł na chodnik i przyjrzał się temu małemu, bujnemu światu sekretów, ukrytemu pomiędzy dwoma chatkami. Zaproszenie każdego, mugola czy czarodzieja, wydawało się jedynym odpowiednim rozwiązaniem.

Zdjął iluzje ministerstwa. Potem powiększył ostatni z leżących na ziemi kamieni i przy pomocy czarów wyrył na nim: „Park Pamięci Potterów”.

Nie, to nie było to.

Usunął inskrypcję. Rzucił na swoją różdżkę zaklęcie Incisium i machnięciem po niezdarnym machnięciu, swoim własnym, nierównym pismem wyrył:

„Ku pamięci

Jamesa Pottera

Lilly Evans-Potter

i...

i wszystkich, którzy...”

Ta wojna nie miała jeszcze nawet nazwy. A nie zamierzał umieszczać głupiego, zmyślonego tytułu Voldemorta na kamieniu ku czci jego ofiar. W końcu wytarł mokre policzki i napisał:

„i wszystkich, którzy zginęli w walce z Ciemnością”.

To też nie było do końca to, czyż nie? Bo Goyle nie walczył z Ciemnością, a ona i tak go zabiła. A Remus i Malfoy - oni nadal żyli, ale nikt nie był w stanie zwrócić im tego, co zostało im skradzione.

Wytarł dłońmi twarz, po czym wyczyścił je skrajem szaty. Będzie musiał zapytać Malfoya, albo może Hermionę. Penelopę - ona była dobra w dobieraniu słów. Może ona...

Nie, nie. Żadnego odkładania na później. Otrząsnął się. To będzie musiało być dostatecznie dobre.

Tylko, że nie było, zbyt dużo miało w sobie anonimowości. Pochylił się jeszcze raz, wygładził więcej powierzchni kamienia i dopisał swoje własne imię i nazwisko: „Harry Potter”.

To wyglądało głupio. Egoistycznie. Usunął je i cisnął różdżkę na ziemię.

Nie. To nie był jakiś oficjalny pomnik ustawiony przez dowolny komitet ministerstwa. To był dar Harry'ego dla nich i Harry chciał, by każdy o tym wiedział, nawet jeśli wypadłby przez to na idiotę.

Znalazł swoją różdżkę i ponownie wyrył swoje imię.

Jego ręka drżała i litery były zniekształcone. P wyglądało jak D. Usunął je i napisał od nowa. Różdżka wyślizgnęła się nieco z jego spoconej dłoni i zostawiła głębokie wgłębienie w trzonku litery. Znów rzucił ją na ziemię.

Nie potrafił zrobić tego właściwie.

Zachłysnął się szlochem. Ludzie, których kochał, nie żyli. Ludzie, na których mu zależało, cierpieli i byli pogrążeni w smutku. Został okradziony z rodziny i dzieciństwa. Nic nie mogło uczynić tego właściwym. Nigdy.

Ukląkł na omszałej ścieżce, a białe płatki sypiące się z kwitnącej gruszy opadły na wygrawerowany kamień i Harry zapłakał.

***

Zmierzch ustąpił miejsca nocy, kiedy Harry leciał na północ. Zmęczony i zziębnięty, poczuł, że coś w nim się uspakaja, gdy na horyzoncie pojawił się czerniejący na tle granatowego nieba zamek.

Przez chwilę dryfował nad Wieżą Astronomiczną, a potem, poddając się impulsowi, oparł dłonie o wilgotny mur. Odłamek kamienia ukruszył się pod jego palcami i przepadł w ciemnościach, a za śmiechem Harry'ego kryły się i łzy. Dobry, stary Hogwart, połowa magii i połowa kamienia.

Jego dom.

Oparł o ścianę drugą dłoń. W środku, jak serce w ludzkim ciele, byli Malfoy i Hermiona, nadal pracujący nad swoimi badaniami, Ron, Charlie, Oliver i reszta, likwidujący powojenne zniszczenia, i Remus śpiący w skrzydle szpitalnym, kiedy Sofia cicho przechodziła pomiędzy rzędami osłoniętych łóżek. A w dormitoriach dzieci przeżywały swoje ambicje i intrygi, i romanse, i rozczarowania...

Jego rodzina, pomyślał. To musieli mieć na myśli ludzie, gdy używali tego słowa.

Nad wejściem, pod zawadiackim kątem, wisiała laska Syriusza. Gdy znalazł się w środku, ukłoniła mu się zbroja, a Usher Nieczysty podniósł wzrok, by go powitać, po czym powrócił do prób odplątania sznurówek u rękawów od guzików kamizelki.

Jego łóżko nadal było pokryte listami, ale nie chciało mu się spać. Rzucił swoją pelerynę i Błyskawicę na kanapę i skierował się w stronę skrzydła szpitalnego. Jeśli wszyscy poszli spać, mógłby posiedzieć trochę przy Remusie.

Ale kiedy otworzył drzwi, pierwszą osobą, którą zobaczył była ściskająca Sofię Madeleine. Uniosła głowę, by spojrzeć nad ciemnymi włosami Sofii, a Harry zauważył, że jej spiczasta twarz była mokra od łez.

- Co się stało? - żołądek Harry'ego opadł.

- ‘Arry! - Sofia zostawiła Madeleine i podbiegła do niego, jednocześnie śmiejąc się i płacząc. - Och, śpiący się obudzili!

Madeleine wytarła twarz.

- Hermiona i Draco dziś po południu zdjęli ostatnie miny, a my właśnie skończyłyśmy Nervalitum i podałyśmy go...

- Charlotte już się obudziła, i Ursa, a Rose się porusza...

- Remus?

- Tutaj - powiedział zachrypnięty głos. Remus był bardzo blady i potrzebował postrzyżyn, ale nie wyglądał gorzej niż po pełni. Sofia podbiegła do niego, by go zbesztać.

- Nie powinieneś nawet próbować chodzić!

- Zapominasz o tym, że jestem przyzwyczajony do okresowych utrat przytomności. - Remus obrócił się w stronę Harry'ego, a to, co zobaczył na jego twarzy sprawiło, że się uśmiechnął. To on był tym, który zawiadomił Harry'ego o śmierci Syriusza. Harry przeczytał jego list po raz pierwszy minionego popołudnia. „Jako wykonawca jego woli w ciągu roku przeszukam dom. Obiecuję, że nie wyrzucę niczego związanego z Jamesem i Lilly, co uda mi się znaleźć, nieważne, jak małe by to było.” - napisał. - „Z pewnością nigdy nie oczekiwałem, że zostanę jako ostatni z nas, ani że będę musiał opłakiwać go dwukrotnie, ale historia lubi się powtarzać: dwóch nie żyje, jeden w Azkabanie, a ja sam, niosący ze sobą te wszystkie wspomnienia...”

Harry objął Remusa, co musiało zaskoczyć mężczyznę, gdyż jego ramiona zwisały przez chwilę bezczynnie, po czym uniosły się, by gorąco odwzajemnić uścisk.

- Remusie - powiedział Harry. - Boże, tak się bałem.

- Ja też - odparł mu do ucha Remus.

- Słuchaj - zaczął Harry, gdy wreszcie się rozdzielili. - Dasz radę przyjąć gości? Bo wiem, że Michelle będzie chciała cię zobaczyć, jeśli jeszcze jest na nogach...

- Będzie na dole, na stypie - zawołała Madeleine.

- Na stypie? - zdziwił się Remus. Sofia położyła dłoń na jego barku.

- W pokoju nauczycielskim - dodała Madeleine. - Kiedy skończymy, też zejdziemy na dół. Powiedz Oliverowi, żeby zachował dla mnie drinka.

***

Harmider powitał Harry'ego już w kominku pokoju nauczycielskiego.

- Harry - zawołał Oliver. - Chodź, napij się.

- Za chwilę, Oliverze. Widziałeś Michelle?

- Za Michelle - zawołał Oliver i każda dłoń w pokoju wystrzeliła w powietrze. - Za Michelle! Za wętro-wątrobowiec!

Michelle oblała się rumieńcem i uniosła szklankę rdzawego płynu. Harry pochylił się nad kobietą, by usłyszała go pomimo tumultu.

- Remus się obudził. Chciałby cię zobaczyć.

Spojrzała na niego swoimi zaskoczonymi, niebieskimi oczyma i zerwała się w stronę kominka.

- Jeszcze jeden toast! - krzyknął Oliver. - Penol-Penep Penny! Zdobyła latający dywan!

- Za Penelopę - ryknęli wszyscy.

Hagrid podał Harry'emu drinka. Ten wziął łyka i aż zaparło mu dech w piersiach - to było jak wstrzyknięcie alkoholu prosto do krwioobiegu.

- Co to jest?

- Oliver robił claymores* - powiedział Charlie. - Kaledońska Rosa, cukier, cytryna i zaklęcie podgrzewające. Za pamięć dyrektorki, nie wiesz? - Jego akcent był okropny.

- Nazywają się tak - dodała radośnie Penelopa. - Bo są śmiertelną bronią.

- Harry! - wrzasnął Oliver. - Za Harry'ego Pottera. Naszego przestraszonego niewódcę!

- Harry - ryknęli wszyscy i nim połowa z nich skończyła pić, Oliver znów był na nogach. - Hemi-Hermi! Mózg drużyny!

Kiedy Hermiona usłyszała imię Harry'ego, pospieszyła w jego kierunku. Jej oczy były zaczerwienione, ale cała promieniała.

- Harry - powiedziała, biorąc go w ramiona i obdarzając długim, ciasnym uściskiem. - Gdzie ty u diabła byłeś? - spytała, kiedy wreszcie go puściła. - Słyszałeś? Draco usunął je wszystkie, co do jednej, to laska jego ojca...

- Będziecie musieli mi wszystko opowiedzieć. Właśnie byłem w skrzydle szpitalnym - Remus się obudził, podają wszystkim Nervalitum...

- Sofia! - krzyknął Oliver i wszyscy przyłączyli się do aplauzu.

- Gdzie jest Malfoy? - zapytał Hermionę Harry.

- Gdzieś tam...

Harry zauważył go niedaleko Rona i Phoenix, siedzącego pod świstomapą i jedzącego owoce z misy, koło pustego miejsca, które pewnie zostawiła po sobie Hermiona. Miał na sobie tę samą śliwkową szatę, co na uczcie powitalnej i kiedy Harry przyjrzał mu się, spotkał jego spojrzenie z tym samym wyrazem twarzy - uznanie, pociąg, pewnego rodzaju ostrożna, dobrze strzeżona nadzieja...

Harry obszedł tłum i zajął miejsce Hermiony.

- Masz jedzenie? Boże, umieram z głodu. - Wziął z talerza Malfoya garść winogron.

- Ron - krzyknął Oliver. - Za latarkę, kiedy potrzebujemy jej najbardziej.

Harry uśmiechnął się do niego szeroko i uniósł swoją szklankę.

- Draco - zasugerował Ron, a Oliver powtórzył - Draco! Ciągle Szukający!

Harry spojrzał na Malfoya, który przypatrywał się mu z krzywym uśmiechem, i razem z resztą wrzasnął „Draco!”. Stuknął szklanką o szklankę Malfoya, po czym pochylił się nad oboma drinkami i pocałował go.

Za nimi rozległo się krztuszenie, potem ryk śmiechu i oklaski, i gwizd Hagrida. Wyjęto Harry'emu szklankę z dłoni i objął Malfoya tak mocno, że ten pisnął.

- Słyszę, że jesteś bohaterem - powiedział Malfoyowi do ucha.

- Wszyscy jesteśmy bohaterami - odparł szorstko Malfoy. - Każdy jeden przeklęty z nas.

***

Oliver wzniósł tak wiele toastów, że w końcu zniżył się do poziomu picia za obiekty nieożywione: „Drabinka sz-sznurkowa! Ra-ró-różdżka!”. W połowie wznoszenia toastu na cześć kominków zamilkł i niebawem z jego końca pokoju, przedzierając się przez chichoty Penelopy, doszły niewątpliwe odgłosy chrapania.

Remus, który przybył odpowiednio wcześnie, by też zostać odpowiednio uhonorowanym, także zasnął, kładąc głowę na kolanach Michelle. Hermiona i Ron, obydwoje z ciężkimi powiekami, tłoczyli się na krześle przeznaczonym dla jednej osoby a bliskość zdawała im się w ogóle nie przeszkadzać.

Od strony drzwi dotarł do nich wybuch chichotów; Harry spojrzał w tamtym kierunku i zauważył Phoenix Skye pochylającą się nad dłonią Cypherusa Summsa. Obydwoje śmieli się bez opamiętania, aż łzy toczyły się wzdłuż ich policzków.

- Wynośmy się stąd - wyszeptał, a Malfoy przytaknął i wstał, by za min podążyć.

***

Kiedy zrzucał z łóżka na ziemię kołdrę, razem ze wszystkimi rozsypanymi na niej listami, Harry poczuł na sobie wzrok Malfoya. Spojrzał w górę i zobaczył go stojącego w przejściu pomiędzy salonem a sypialnią.

Po chwili Harry wyciągnął rękę. Malfoy dał trzy kroki w głąb pokoju i chwycił ją. Harry przyciągnął go do siebie i ukrył twarz w jego satynowych włosach.

- Nigdy nie zapytałem, czy mi wybaczyłeś - powiedział czerpiąc ulgę, z tego, że nie mógł zobaczyć twarzy Malfoya. - Za unieruchomienie cię. Za usunięcie znaku bez twojej zgody.

- Masz na myśli: „za bycie Gryfonem”. - W głosie Malfoya słychać było rozbawienie. - Nie sądzę, że potrafisz temu zaradzić.

- Chciałem... - zaczął Harry, ale Malfoy uniósł głowę.

- Sza. Wiem. - I pocałował go delikatnie, aż pragnienie usprawiedliwienia się znikło.

Kiedy Harry odsunął się by zdjąć szatę, Malfoy powstrzymał go.

- Pozwól mi.

- W porządku.

Malfoy zepchnął materiał z jego barków, rozwiązał krawat, rozpiął guziki u koszuli, patrząc raczej na swoje dłonie, niż na twarz Harry'ego, robiąc wszystko z pełną ciekawości koncentracją, która sprawiła, że Harry poczuł ucisk w gardle. Poły koszuli rozchyliły się, a Malfoy jedną po drugiej podniósł jego dłonie, by rozpiąć guziki przy mankietach, po czym, kiedy koszula opadła na podłogę, zaczął pracować nad jego spodniami.

Harry wyswobodził nogi z butów, a potem stanął na każdej ze skarpetek, by ściągnąć je ze stóp, wyszedł z opuszczonych na podłogę spodni i bielizny i spojrzał na poważną twarz Malfoya. Sięgnął po jego szatę, ale nim zdążył jej dotknąć, Malfoy usunął wszystkie swoje ubrania jednym zaklęciem, tak że opuszki palców Harry'ego musnęły ciepłą skórę pod jego obojczykiem. Malfoy zadrżał.

Jego wzrok ani na moment nie oderwał się od Harry'ego, gdy ten pociągnął go za sobą na łóżko.

Malfoy nigdy nie zdawał się kontrolować czy powstrzymywać, ale teraz zajmował się ciałem Harry'ego z powolną zaciekłością, która była nowa i jakże paraliżująco dobra. Harry czuł, że powinien się odwzajemnić - powinien zrobić coś poza trzęsieniem się i skomleniem. Jednakże do czasu, gdy Malfoy powrócił do jego ust, ręce Harry'ego były tak ciężkie, że ledwie mógł podnieść je z cienkiej, wilgotnej skóry pleców Malfoya.

- Pozwól mi - powiedział Malfoy, a Harry przytaknął bez słowa i pozwolił być dotykanym i smakowanym, i otwieranym, i posiadanym.

Malfoy oparł się na łokciach i przykuł wzrok Harry'ego spojrzeniem pociemniałych oczu kontrastujących z jego bladą twarzą. Harry walczył przeciwko żądaniom swoich zmysłów, by utrzymać powieki w górze, kiedy Malfoy wszedł w niego z powolnym nasileniem, bez cienia zwykłej mu żartobliwości.

- Tak - powiedział Harry i to było dobre, więc powtórzył: - Tak... Tak... Draco!

*claymore - szkocka whisky

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści