Rozdział 14. Lochy.

- Nadal jest pod wpływem Consopium - powiedziała Sofia. - To jedyny sposób na powstrzymanie konwulsji. Ale w tych warunkach nie mogę przewidzieć efektów zaklęć okresowych takich jak Contraluna.

- I nie możesz też przewidzieć efektów transformacji, jeśli nie będzie Contraluny? - wyszeptała Michelle. Sofia przytaknęła.

- Pełnia jest za dwa tygodnie - powiedziała Hermiona. - Musimy dostać się do lochów.

- Przy tym stanie rzeczy obawiam się, że może to nieść za sobą mniejsze ryzyko niż czekanie - poparła ją McGonagall.

- Dobrze, więc spójrzmy na to z praktycznego punktu widzenia - powiedziała Michelle. - Jak możemy zredukować ryzyko?

- Bez Remusa i Draco, ty i Minerwa jesteście najmocniejszą drużyną, a Oliver i ja zajmujemy prawdopodobnie drugą pozycję - stwierdziła Penelopa.

- Potrzebujemy Draco - sprzeciwiła się Hermiona. Harry poczuł ucisk w klatce piersiowej, kiedy pomyślał o nim tam, w podziemiach, bez żadnej magii, której mógłby użyć do obrony.

- I potrzebujemy kogoś do koordynacji - wtrąciła Penelopa.

- Harry - powiedzieli jednocześnie McGonagall i Malfoy.

***

- Nie podoba mi się to. - Harry przemierzał salon Malfoya wzdłuż i wszerz.

Malfoy uniósł brwi.

- Raczysz doprecyzować czy wolisz trzymać się tego jakże pojemnego "to"?

- Nic nie robię. - Harry podszedł z powrotem do biurka. - Ty i Hermiona jesteście ekspertami, Penelopa, Oliver, McGonagall i Aerie należą do drużyn rozminowujących, Ron jest monterem, a każdy mówi: "Och, Harry jest przywódcą", bo nie mogą znaleźć mi zajęcia, a wiedzą, że nie mogę podać im na talerzu...

Malfoy zmarszczył brwi.

- Czego nie możesz podać im na talerzu?

Harry przeszedł do drugiego końca pokoju.

- Jest dokładnie tak jak przedtem. Każdy ma jakiś wyjątkowy talent, a ja jestem po prostu na miejscu. Wiesz, że angażują mnie tylko dlatego, że nie umieram.

- Użyteczna umiejętność, to nie umieranie - powiedział Malfoy. - Ilu z tych wybitnie utalentowanych robiłoby to, co robią, co robili, gdyby nie było cię tam jako ogniska?

- Jako maskotki - stwierdził gorzko Harry.

- Jako różdżki - odparł Malfoy.

- A ty - powiedział Harry. - Tam, w podziemiach, bez żadnej magii. Nie uda nam się bez ciebie, wiem o tym, ale nie podoba mi się to.

- I powaga sytuacji. Z tego powodu też nie jesteś szczęśliwy. - Malfoy złapał go za szatę, kiedy Harry szedł z powrotem w kierunku kanapy i pociągnął go w stronę sypialni. - Cóż to za agonia dla Gryfona - nic nie robienie. Sądzę, że zajmowanie twojej uwagi będzie moim wkładem w wysiłek wojenny.

***

- Żałuję, że nie mamy pojęcia, czego się spodziewać - powiedziała Hermiona.

- Zapytaj Malfoya - zaproponował Harry. - Jego ojciec jest architektem tego wszystkiego.

Malfoy przytaknął.

- To on zaprojektował mój znak i jest bardzo prawdopodobne, że stworzył też ten profesora Snape'a.

- Czy istnieje możliwość, że są takie same?

- To byłoby zbyt łatwe - odparł Harry.

- Nie - odpowiedział natomiast Malfoy. - Ojciec zaprojektował mój, jako pewnego rodzaju nagrodę, więc jego celami są moi wrogowie. - Uniósł brwi, zwracając się w stronę Harry'ego.

- Jestem zaszczycony.

- Z drugiej strony, profesor Snape był podejrzewany niemalże od pierwszych dni wśród śmierciożerców, jako że nawet nie starał się poskromić swojego języka. - Malfoy uśmiechnął się do wspomnienia. - Spodziewam się, że jego znak mógłby funkcjonować jako pewnego rodzaju szantaż, celując w ludzi i rzeczy mu drogie.

- Jego eliksiry - powiedziała Hermiona.

- I Hogwart - dodał Harry. - Szczególnie Dumbledore.

- Sigil mierzyłby raczej w tytuł dyrektora niż w samo nazwisko, ale prawdopodobnie masz rację.

- Kolejną ważną rzeczą, o której warto by pamiętać, jest to - powiedział Malfoy. - Że mój ojciec częściej stosował miny wpływające na psychikę. Więc prawdopodobnie natrafimy na halucynacje, zaklęcia, które spróbują zwrócić nas przeciwko sobie.

- Brakuje schodów, ale wszystkie trzy pokoje mają kominki - zauważyła Hermiona.

- Ale Malfoy nie może używać Fiuu, a potrzebujemy go tam - odparł Harry.

- Nie wspominając już o tym, że kominki są najprawdopodobniej gęsto zaminowane - dodał Malfoy.

- Sądzę, że kilku z nas zejdzie tam na piechotę. Ron może skombinować drabinę, albo coś w tym stylu, i oczyści dostęp do paleniska - wywnioskował Harry. - Wtedy mogłaby do nich dołączyć reszta.

- Miona, możesz zrobić transauditum, żebyśmy pozostali w kontakcie.

- Więc kto jest w pierwszej drużynie? - zapytał Harry. - Ty i ja...

- Kicia i Madzia - dodał Malfoy.

- Ja też pójdę - powiedział Charlie. - Madeleine powinna mieć kogoś, kto by jej zabezpieczał tyły, kiedy będzie się zajmowała minami.

***

Lochy stały się przyczyną tak wielu wypadków, że kadra nauczycielska postępowała z pewną nadgorliwością podczas zabezpieczania do nich wstępu. Ronowi i Charliemu zdjęcie sklejkowej bariery blokującej wejście zajęło pół godziny. Wszyscy rozmawiali przyciszonymi głosami, kiedy drewno było usuwane, ale kiedy przeszli nad leżącymi na posadzce odłamkami, ucichli.

Korytarz poniżej był całkowicie zwyczajny, jeśli nie liczyć blasku bijącego od min, oślizgłego uczucia powodowanego obecnością czarnej magii i chrzęszczącego pod stopami gruzu, który pozostał po eksplozjach. Idąc, zabezpieczali kolejne uroki.

Na końcu korytarza, w miejscu, gdzie dawniej stały schody, podłoga urywała się nagle, tworząc postrzępioną wyrwę. Wszyscy wpatrywali się w nią przez chwilę, myśląc, jakiej to wielkiej siły trzeba było użyć, by wykorzenić cały segment schodów. Ron otworzył plecak ze smoczej skóry i wyjął z niego sznurkową drabinkę. Przerzucił jeden koniec przez brzeg przepaści, a liny rozwinęły się z szelestem, który po chwili zatonął w ciemnościach.

- Zaczekam tutaj - powiedział Ron. Jego głos brzmiał bardzo donośnie. - Przypilnuję jej, jako alternatywnej drogi wyjścia na wypadek, gdybyście nie mogli dostać się do kominka. Jak tylko znajdziecie róg narwala, wyślijcie go do mnie, a ja zaniosę go Sofii i Michelle. - Skinął głową w kierunku McGonagall i Madeleine, uścisnął dłoń Charliego i, po chwili, Harry'ego. - Powodzenia.

Malfoy zniknął za zrębem, a przytrzymywane zaklęciami liny naprężyły się. Harry zeskoczył, natychmiast rzucając zaklęcie lewitujące, które opuszczało go wystarczająco wolno, by mógł asekurować Malfoya. Madeleine minęła do z zaskakującą prędkością, a za nią podążył Charlie, który nawet nie zawracał sobie głowy użyciem czaru. McGonagall spłynęła w dół niczym Mary Poppins, tyle że bez parasolki.

Harry i Malfoy byli w połowie drogi, kiedy usłyszeli pyknięcie, syk i wrzask. Harry podwoił swoją prędkość, zostawiając Malfoya w powietrzu.

- Mina pożarowa - powiedziała Madeleine, kiedy jego stopy uderzyły o posadzkę. - Charlie ugasił ogień swoją peleryną.

- Zastanawiałam się, po co niósł ze sobą ten ciężar - wtrąciła McGonagall.

Harry zapalił ciągnący się wzdłuż korytarza rząd pochodni, ale nie pomogło to zbytnio w rozproszeniu ciemności. Pamiętał, że zawsze uważał lochy za ponure, nawet kiedy były pełne rozbieganych, krzyczących uczniów. Teraz przypominały grobowiec.

Korytarz kończył się nagle trzema parami drzwi.

- Pracownia. - Malfoy wskazał na wprost. - Po lewej klasa, a po prawej prywatne kwatery. Są też połączone od środka.

- Chcemy dostać się do pracowni, nie? - Harry wycelował różdżką w znajdujące się naprzeciw niego drzwi.

- Nie, czekaj - sprzeciwił się Charlie. - Najwyższym priorytetem jest teraz zabezpieczenie kominka, żeby mogły do nas dołączyć posiłki i żebyśmy w razie potrzeby mogli się ewakuować. Więc powinniśmy zacząć od pomieszczenia, w którym najłatwiej będzie dostać się do paleniska.

- Pracownia to koszmar - powiedziała Madeleine. - Myślę, że najłatwiej będzie nam się dostać do kominka w klasie.

- Świetnie - powiedział nerwowo Harry i otworzył drzwi zaklęciem.

***

Ciężko było sobie wyobrazić tę salę znajdującą się w gorszym stanie niż ten, w którym ją zastali. Ściany poczerniałe i pokryte pajęczynami pęknięć, gdzieniegdzie tylko zapobiegawczo połatane zaklęciami stabilizującymi rzuconymi prawdopodobnie przez załogę sprzątającą, zanim jeszcze niebezpieczeństwo stało się widoczne. Długa, marmurowa katedra, z której Snape wygłosił tak wiele wykładów, została przełamana, pokryta brudem i popiołem, i... to była prawdopodobnie krew albo może i coś jeszcze gorszego.

Stoły stały rząd za rzędem, pełne na wpół poszatkowanych składników, opuszczone podczas ostatniego ataku śmierciożerców, a powietrze było ciężkie od słodkiego, przyprawiającego o mdłości zapachu rozkładu wymieszanego z drapiącą w gardle nutą spalenizny.

Każdy cal od drzwi do paleniska zdawał się być pokryty minami, oprócz kilku luk, gdzie zaklęcia "znajdź i zamień" już usunęły bardziej pospolite sigile.

- Tyle roboty po to, by odciąć dostęp do składników eliksirów? - zapytał Charlie.

- Tyle roboty po to, by mój ojciec mógł ukarać przyjaciela, który okazał się zdrajcą - odparł Malfoy.

Wszyscy rzucili Lumos i zaczęli ostrożnie przechodzić przez drzwi.

- Kiciu, wy dwie możecie zająć się tą - zarządził Malfoy. - Wylew u każdego aurora ze stopniem powyżej kapitańskiego. A wy dwaj. - Zwrócił się do Harry'ego i Charliego, kiedy McGonagall oraz Madeleine zaczęły rozbrajać, rzucając raz po raz zaklęcia. - Możecie dostać ten cudowny symbol, który ma za cel umieszczenie nowych min w całym Ravenclawie w dzień przesilenia letniego.

Harry i Charlie potrzebowali aż siedmiu prób, by rozbroić minę.

- To będzie trwać wiecznie - powiedział Harry, wycierając czoło wierzchem dłoni - ale Malfoy był już po drugiej stronie stołu, objaśniając sigil Madeleine.

- ...Urok Zamrażający na cieplarnie podczas najbliższej burzy, więc użyjesz...

Wrócił, jak tylko tamta dwójka zaczęła odczarowywać.

- Och, znowu dostała wam się sprytna, nie? To jedna z tych, które zmieniają się, gdy rzuci się na nie extinguo. Myślę, że Miona miała na nie jakąś metodę, jak to było, Miona?

Głos Hermiony dotarł do nich przez połączenie transauditum:

- Zwiążcie ją przez adigo, zanim zaczniecie zdejmować.

To było tak wyczerpujące, jak pierwsze dni odczarowywania, i jeszcze bardziej frustrujące - pomieszczenie zostało zaminowane tak gęsto, że zdawało im się, iż w ogóle nie robili postępów. I z każdą miną, którą rozbrajali, pozostałe stawały się odrobinę silniejsze.

Wskaż i wypowiedz zaklęcie, wskaż i wypowiedz zaklęcie. Harry przygotowywał się na niebezpieczeństwo, a nie na bezmyślną, nużącą monotonię. Wpadł w pewnego rodzaju trans, kiedy powoli zbliżali się do paleniska.

Trochę później - chociaż nie mógł stwierdzić, czy były to godziny czy dni - kątem oka zauważył mignięcie w pobliżu miejsca, w którym stał Malfoy. Harry obrócił się - i zobaczył, jak spada jedna z podtrzymujących sufit belek. Rzucił się, by pchnąć Malfoya na najbliższy stół.

Ale zamiast huku spadającego drewna usłyszał tylko ciche pyknięcie dwóch min, które odpalił.

Klasę nagle pochłonęła ciemność - wszystkie cztery różdżki zgasły, pozostawiając jedynie bladą poświatę kilku nieusuniętych min.

- Lumos - powiedział Harry. Albo raczej spróbował powiedzieć. Z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Nie widział twarzy pozostałych, ale, jako że nikt z nich się nie odzywał, założył, że oni także potracili głosy.

- Harry? Draco? - Przez transauditum dochodził głos Hermiony. - Harry? Harry?

Usłyszeli kliknięcie, bardzo głośne w kontraście z wszechogarniającą ciszą i nagle pojawiło się światło: Malfoy z wyrazem tryumfu na twarzy trzymał latarkę Rona.

To było dobre - światło było dobre - ale bez głosów nie mogli czarować, a bez czarów nie potrafili rozpalić ognia. Bez ognia zaś pomoc nie miała szans przedostać się przez Fiuu. Czy Hermiona przyprowadzi swoją drużynę przez brakujące schody, kiedy zda sobie sprawę, że są w tarapatach? Jak długo jej to zajmie? Czy powinni wracać?

McGonagall poruszała ustami, dłońmi, stopami, widocznie próbując przypomnieć sobie o jakiejś niewerbalnej formie magii. Po chwili Madeleine zaczęła machać w powietrzu różdżką, rysując symbole kalligromancyjne, ale nawet one nie mogły zostać aktywowane bez słownego rozkazu.

Tak blisko sukcesu! Śmierciożercy nie zabrali nawet resztki drewna i podpałki, którą skrzaty zawsze zostawiały na wypadek gdyby ktoś nagle potrzebował Fiuu, ale im to nie mogło pomóc, bo nie mogli go zapalić.

Ale może ktoś miał zapałki?

Harry dwukrotnie klasnął w ręce - dźwięk był tak szokująco głośny w cichej klasie - i udał, że zapala zapałkę. Pozostała czwórka spojrzała na niego tępo - racja, wychowani wśród czarodziei, nawet Malfoy prawdopodobnie nie widział w życiu zapałki. Ale na wszelki wypadek ściągnął plecak z ramienia Malfoya.

Butelka wody, tabliczka czekolady, rolka bandażu - Harry zdziwił się jak dobrze Malfoy był przygotowany. Ołówek automatyczny. Zapasowa różdżka - kto trzymał zapasową różdżkę? Mały, ostry nóż w pochwie ze smoczej skóry... Zwój lekkiej liny...

Zapalniczka!

Opadł na podłogę tak szybko, że aż boleśnie stłukł kolano o kamienny kominek. Spróbował poprawnie uchwycić zapalniczkę, upuścił ją, podniósł i wreszcie za trzecią próbą udało mu się uzyskać płomień. Zajęła się podpałka, maleńkie płomyczki zaczęły lizać polano...

...i nagle musiał przeturlać się na bok, by nie zostać kopniętym w twarz przez Hermionę, która, wychodząc z paleniska, już krzyczała:

- Harry?! Draco?! Wszyscy cali? Co się stało?

W zamieszaniu trudno było zwrócić na siebie uwagę Hermiony, aż wreszcie Harry chwycił ją za ramiona. Wskazał na swoje usta i potrząsnął głową.

- Co? - zapytała. - Jesteś ranny? - Sfrustrowany Harry poszukał ołówka automatycznego Malfoya.

"MINY" - napisał na ścianie. - "STRACILIŚMY GŁOSY."

- Och, nie! - wykrzyknęła. - I oczywiście bez głosów nie możecie czarować. Jeśli to działa na struny głosowe, to może będę mogła użyć inflecto, ale jeśli blokowane są fale dźwiękowe, to będę potrzebowała noloconfluto...

Harry szturchnął ją i napisał na ścianie "MAGIA TRYTONÓW?"

- Rany! Dlaczego o tym nie pomyślałam?

Do czasu, kiedy Hermiona skończyła rzucanie na nich zaklęcia, Charlie i Madeleine zbadali już drzwi do pracowni.

- Myślę, że uda nam się je otworzyć - powiedział Charlie. - A ty, Hermiono, możesz zajrzeć do środka, nim wrócisz do pozostałych.

***

Drzwi otworzyły się nie mącąc ciszy, co zdawało się być bardziej tajemnicze, niż najgłośniejsze skrzypienie z filmu o nawiedzonym domu. Pierwszą rzeczą, jaka ich uderzyła, były zapachy, nawet silniejsze niż te w klasie - pleśń, zioła, rozkład, spalenizna, setka paskudnych składników przypadkowo zmieszanych w sto nieznanych kombinacji.

W bladym, zwodniczym świetle min widzieli czarne wnętrza komód z powyrywanymi drzwiczkami. Na stole stał kociołek, a sufit nad nim był sczerniały. Hermiona wycofała się i poszła po Olivera oraz Penelopę. Harry ostrożnie przestąpił próg, obawiając się, choć nigdy by się do tego nie przyznał, że z każdym krokiem może wdepnąć na szkielet.

Malfoy kichnął.

- W porządku. Ten jest po grecku, ale już natknęliśmy się na te partie...

Harry potarł oczy i podszedł do Charliego, który masował sobie kark potężną dłonią.

Jako uczeń Harry jedynie przelotnie widział pracownię Snape'a, ale teraz pomyślał, że profesor byłby zbulwersowany panującym tam bałaganem; nie wspominając już o marnotrawstwie. Podłoga była naprzemian lepka i chropowata od wylanych na nią mikstur, a jeden ze sławnych, ostrych jak brzytwa noży Snape'a wbito na wiele cali w powierzchnię stołu.

- Na pewno nie wyglądało to tak źle, gdy musiałem odbywać tu szlabany - powiedział Charlie.

Min było mniej, lecz stały się jeszcze bardziej odrażające, prawie każda mierzyła w tego, kto jej dotykał, więc była pewnie przygotowana dla Snape'a - wycieńczające nudności, zakażenie krwi, myśli samobójcze i jedna szczególnie nieprzyjemna, która łączyła skrajne zmiany nastrojów z utratą zahamowań.

- Ojciec myślał, że doprowadzenie zdrajcy do utraty pracy w najbardziej dramatyczny z możliwych sposobów byłoby zabawne - oświadczył Malfoy.

Miny nagle pojaśniały, a Harry przestraszył się, że stały się silniejsze, ale wtedy zauważył kopczyki prochu strzelniczego i mąki kukurydzianej, kałuże olejku pomarańczowego i zdał sobie sprawę, że mieli rację: słabsza wersja eliksiru ujawniającego wymieszała się przez przypadek, co wystarczyło, by Snape zobaczył minę na swoim znaku. Prawdopodobnie sam spowodował dużą część chaosu, próbując odczarować ją samodzielnie.

Poruszali się w kierunku dwóch celów: Harry i Charlie mieli za zadanie oczyszczenie kominka, a Madeleine i McGonagall torowały sobie drogę do zaplecza, gdzie jak sądził Malfoy, powinny znaleźć róg narwala.

Ale kiedy Harry zbliżył się do paleniska, pod palcami jego dłoni rozwinęła się mina i usunął swoją rękę zbyt późno, by uniknąć jej odpalenia. Gdy Charlie spytał: "Co się stało?", Harry poczuł chłód, jakiego nie zaznał od lat, a drzwi szafki otworzyły się, ujawniając ukrytą pod czarną peleryną sylwetkę dementora.

Sparaliżowany strachem, Harry zamarł jeszcze zanim usłyszał krzyki.

A teraz było ich tak wielu. Prawie że przyzwyczaił się do słuchania ostatnich chwil swoich rodziców, zaskoczonego mruknięcia Cedricka. Ale teraz usłyszał profesor Sprout wymiotującą na ziemię w cieplarni, wszystkimi siłami próbującą walczyć z Imperiusem... Ostatnie słowa Colina Creeveya: "Ratuj film"... Westchnienie umierającego Albusa Dumbledore'a... Krzyk Charlotte Rolfe, kiedy upadła na podłogę razem z krzesłem...

Szok wywołany uderzeniem przywołał go do rzeczywistości i otworzył oczy, by ujrzeć twarz Malfoya znajdującą się o cale od jego własnej.

- To bogin, idioto!

Malfoy przyciągnął uwagę upiora, a ten przemienił się w ułamku sekundy, a Harry zobaczył błysk jasnych włosów i wyćwiczony wyraz drwiny na twarzy - Lucjusz? A może sam Malfoy? Harry znów wszedł w drogę boginowi, a stwór powrócił do kształtu dementora, ale tym razem Harry był na to gotowy i w ciągu sekundy wcisnął upiora w kwieciste bikini Kat, po czym wykończył go Riddikulusem.

Za nimi ktoś pospiesznie nabrał powietrza i Harry obrócił się, by zobaczyć, jak ramiona Madeleine wierzgają dookoła jej głowy, tłukąc powietrze.

- Kolejny bogin? - zapytał.

- Raczej nie użyliby dwukrotnie tej samej sztuczki - powiedział Malfoy. - Spróbuj finite albo noloconturbo.

Kiedy Harry zbliżył się do niej, Madeleine skoczyła na niego z obnażonymi zębami. Wykonał unik, ale i tak zdołała pchnąć go na stół do cięcia, odpalając jednocześnie kilka min. U podstaw dwóch szafek buchnęły płomienie. McGonagall i Malfoy złapali Madeleine za młócące powietrze ramiona na wystarczająco długo, by Harry mógł rzucić zaklęcie przeciwko paranoi, a potem zostawili ją - mrugającą, jakby właśnie powróciła z transu - by zająć się gaszeniem pożarów.

- Co za... - pomstował Charlie. - Nie mogę skierować różdżką nigdzie w pobliżu. - Wetknął bezużyteczne narzędzie w rękaw i zaatakował najbliższe ognisko pożaru swoją peleryną. Harry rozejrzał się za czymś, co pomogłoby mu w skupieniu magii, ale nie mógł znaleźć nic stosowniejszego od krzesła. Obok niego McGonagall celowała w płomienie jednym z noży Snape'a; uśmiechnęła się do niego krzywo.

Ale dwa bezróżdżkowe zaklęcia i peleryna ze smoczej skóry nie wystarczały - pożar rozprzestrzeniał się.

- Tracimy tą! - krzyknął Charlie, kiedy z szafki buchnął przypominający kadzidło zapach, a Madeleine wrzasnęła: "Liście morsztynu!". Rozległ się syk i u podstaw szafki zaczęła zbierać się biała piana. Harry odwrócił się i zobaczył Hermionę kierującą gaśnicę na kolejne ognisko pożaru.

- Ron spakował mi torbę - powiedziała i zabrała się za kolejny snop płomieni, kiedy za nią z kominka wyszli Penelopa i Oliver.

Gdy wszystko zostało ugaszone, stanęli dysząc i nawzajem się w siebie wpatrując.

- Musi być już po kolacji - powiedziała Madeleine. - Być może powinniśmy przerwać na czas nocy.

- Nie ważmy się - odparł Malfoy. - Kilka z tych min służyło do ukrywania kolejnych o określonym czasie, pamiętasz? Jeśli teraz nie przebrniemy przez prywatne kwatery, to będziemy musieli powtarzać mnóstwo z tego, co już zrobiliśmy. - Otworzył plecak. - Mam czekoladę. Powinna nam wystarczyć.

Madeleine spojrzała z powątpiewaniem na nadpalone szafki.

- Może zabierzmy tak dużo, jak się da i wylewitujmy to do Rona? - zaproponowała Penelopa. - Na zapleczu jest sporo pustych skrzynek.

Podczas gdy Madeleine pakowała morsztyn i inne składniki do pudeł, po czym lewitowała je na korytarz, Harry skierował się do drzwi wiodących do komnat profesora Snape'a. Tam musiał być róg narwala, razem z prywatnymi zapiskami profesora. I być może ciałami Snape'a oraz Lucjusza Malfoya.

Ciężkie, drewniane drzwi były wygięte na zewnątrz, jakby uderzył w nie pociąg.

- Więc to tu stoczyli pojedynek - wyszeptał Malfoy.

Myśli Olivera podążyły widocznie tym samym torem, co Harry'ego, bo chcąc się upewnić, powiedział:

- Gdyby oni nadal tam byli, to byśmy ich wyczuli.

- Nie wiem - odparł Malfoy. - Tu jest okropnie zimno.

Oliver potrząsnął głową.

- Nie na tyle.

- Cóż - powiedziała prostując się Penelopa. - Nie staniemy się ani trochę mniej zmęczeni, a niebezpieczeństwo ani trochę nie zmaleje, więc lepiej mieć to za sobą. - Podeszła do drzwi i spróbowała je otworzyć.

Po dwóch czy trzech zaklęciach otwierających, Hermiona podeszła do niej ze swoją torbą.

- Pozwól mi spróbować. - Zaatakowała zawiasy łomem, a Harry zanotował w myślach, żeby zapytać Rona o radę zanim gdziekolwiek się wybierze.

Kiedy zawiasy rozpadły się, drzwi zaczęły przechylać się w ich kierunku, a Charlie złapał je i opuścił powoli na podłogę, zaś reszta weszła do salonu Snape'a.

Tutaj szafki też były przeszukane, a jedna nawet leżała przewrócona. Z kanapy pozostał tylko zwęglony szkielet, a drzwi do sypialni spaliły się na popiół.

Harry ostrożnie wciągnął nosem powietrze, ale nie wyczuł zapachu rozkładu - tylko olejek pomarańczowy i zioła, kwas i kurz, spaleniznę i krew oraz coś niesłychanie znajomego...

- O bogowie - wyszeptał Malfoy. - Herbata. - Wskazał latarką na kredens, a krąg światła wyłonił z ciemności domowy, ceramiczny dzbanek, a spod przykrywki buchała para. Infervesco utrzymywało wrzącą temperaturę przez pięć ostatnich lat.

W tym pomieszczeniu było mniej min, więc zdołali po cichu przejść do sypialni Snape'a.

Panował tam jeszcze większy chaos. W powietrzu unosił się łaskoczący Harry'ego w gardło pył. Szare, pomazane zakrzepłą krwią zasłony wisiały przy łóżku. Połowa zerwana z karnisza leżała na podłodze wśród stosów pergaminu, też pomazanych i zbryzganych. Książki i papiery zaśmiecały posadzkę.

Harry zrobił krok do przodu. Gruz zachrzęścił pod jego butem. Jego palec u nogi zderzył się z czymś i Harry odskoczył w tył, kiedy to coś z trzaskiem przewróciło się na podłogę.

Malfoy schylił się i podniósł laskę zakończoną głową węża.

- Więc taki był koniec - powiedział, trącając końcem laski kupkę popiołu. Wśród szarości połyskiwały metalowe elementy, ale Malfoy zostawił je nietknięte. - Severus zafundował mu odpowiedni czarodziejski stos. To więcej niż zasługiwał. - Podmuch powietrza podniósł popiół, a ten przeleciał w poprzek pokoju, by wymieszać się z inną kupką, która leżała obok zniszczonych zasłon, zaprószając rozrzucone papiery.

Więc to tu zmarł profesor Snape. Położył się na zimnej podłodze, w połowie pod łóżkiem i uruchamiał zawarte w swoim ciele pułapki - jedną po drugiej, tak wiele, jak tylko mógł znaleźć. Mrużąc oczy, by dokładniej przyjrzeć się ukrywającemu się za żółtymi neonami sigili prawdziwemu światu, Harry ujrzał zadrapania po paznokciach na drewnianej ramie łóżka, rozdarcia w pościeli. Sam, ochrypłym głosem wymawiając inkantacje, jego włosy zbierały kurz z podłogi...

- Dzielny, stary wariat, nie? - powiedział Malfoy, szturchając laską papiery. - Vale. - Po chwili Harry zdał sobie sprawę, że nie było to zaklęcie, tylko pożegnanie.

- Ludzie - powiedział Penelopa. - Myślę, że wszyscy będziemy musieli... - Urwała, gwałtownie nabierając powietrza, a Harry odwrócił się i zobaczył największą minę, jaką kiedykolwiek ujrzał, podrygującą i na jego oczach zmieniającą kształt, wysyłającą wici, by wypełnić sobą jeszcze więcej miejsca.

- Użyj adigo! - krzyknął Malfoy. - Musisz ją unieruchomić... - Jedna z macek rozwinęła się i dotknęła Olivera, który zawył z bólu, kolejna zbliżała się do otwartej szafki stojącej za McGonagall.

Harry powtórzył zaklęcie unieruchamiające, ale udało mu się jedynie spowolnić minę, a Oliver naskoczył na McGonagall krzycząc: "Demony!".

- Razem - zakomendował Malfoy, biegnąc, by stanąć między Oliverem a McGonagall. Harry, Hermiona i Penelopa zdołali wypowiedzieć zaklęcie jednocześnie, ale mina nadal się poruszała. Malfoy złapał Wooda z prawe ramię, ale ten nadal wywijał drugim wściekle.

- Użyj Ligi! - poleciła McGonagall, a Penelopa natychmiast zaczęła rysować symbol Ligi.

Harry rzucił Finite na Olivera, kiedy ten wyrwał się Malfoyowi, pchnął Hermionę na łóżko i zamierzył się, by uderzyć Malfoya. Oczy Olivera przestały być mętne, ale nie zdołał już powstrzymać pięści, która trafiła Malfoya w oko, co spowodowało, że upadł na jedną z mniejszych min.

- Cholera - wydyszał Oliver, kiedy McGonagall odepchnęła ich w samą porę, tak że szwadron noży, który wyleciał z szafki, wbił się jedynie w przeciwną ścianę.

Hermiona podniosła się z łóżka.

- Draco! Spójrz! Klucz do dziennika! Profesor Snape odkrył klucz! - W dłoni trzymała garść pergaminów.

Malfoy odwrócił się od szafki i wcisnął jej w dłonie słoik.

- Róg narwala. Fiuu. Idź! Idź! - Hermiona rozpaliła ogień i pochyliła się, żeby wejść do kominka z pergaminami i słoikiem, i po chwili znikła.

I nagle Harry zdał sobie sprawę, że to była szansa, na którą czekał. Mieli róg narwala i klucz do dziennika - wszystko, czego potrzebowali do wyleczenia ofiar klątw i zlikwidowania min u źródła. Jedyne, co im pozostało to rozmontowanie miny, która zagrażała im w obecnej chwili - gdyby to zrobili, to to, że miny zmieniłyby źródło zasilania, nie miałoby już znaczenia. Nadszedł czas by zobaczyć, czy moc Ligi wystarczy do odczarowania znaku Malfoya.

- Chartula... - Przez chaos przedarł się głos Penelopy. Kiedy skończyła zaklęcie, zza Harry'ego rozległy się odgłosy przepychanki i krzyki, ale on się nie odwrócił. Poczekał, aż mina mrugnęła i zgasła, i wtedy skierował różdżkę na Malfoya.

- Immobilus.

Oczy Malfoya rozszerzyły się, w momencie gdy jego ciało zastygło w miejscu. Hałas za nimi nie cichł, kiedy Harry podwijał rękaw Malfoya.

- Przykro mi - powiedział. - Draco, przykro mi, że robię to w ten sposób - Emagio.

Draco zamrugał wściekle, po czym utkwił rozszerzone źrenice w widoku roztaczającym się za ramieniem Harry'ego, a po jego nieruchomej twarzy pociekła łza.

Znak, jakby świadom uwagi, zaczął się poruszać i rozszerzać, wysyłając wici wzdłuż żył na wewnętrznej stronie ramienia Malfoya.

- Adigo - powiedział szybko Harry, a potem powtórzył i znowu, ale nie miał wystarczająco mocy, by zrobić coś więcej niż tylko spowolnić jego ruch. Nie potrafił zapisać zaklęcia unieruchamiającego za pomocą kalligromancji, więc nie mógł użyć Ligi.

Sploty zaczęły jaśnieć i obracać się, jakby chciały zadrwić z Harry'ego, pokazać mu, ile zła są w stanie uczynić. Dyrektor Hogwartu - halucynacje. Hermiona Granger - guz mózgu. Rzucający klątwę - natychmiastowa śmierć.

Harry narysował w powietrzu symbol Ligi i czasownik "usuń" i połączył je z wolnym końcem znaku.

Na jego ramię spadła kolejna łza.

- Chartulaviva.

Znak zasyczał i znikł.

- Finite emagio, finite immobilus - powiedział Harry, jednocześnie przygotowując się na wybuch gniewu, ale Malfoy jedynie odepchnął go krzycząc: "Kicia!" i rzucił się na podłogę. Harry odwrócił się i zobaczył, jak Malfoy klęczy nad leżącą na zerwanych zasłonach McGonagall. Jej oczy były nieruchome i szeroko otwarte.

Wydawało się, że pokój ucichł kompletnie, kiedy dłonie Malfoya wędrowały do jej gardła, nadgarstka. Potem padł na podłogę, przywierając twarzą do jej szyi i szlochając.

Harry był zbyt sparaliżowany, by zrobić cokolwiek innego poza wpatrywaniem się.

Kilka minut później Oliver pociągnął go za rękaw.

- Penelopa zemdlała.

- Prawdopodobnie znajdziesz Madeleine nieprzytomną na korytarzu, jeśli wróciła po tym, jak zabrała skrzynki do Rona - powiedział ołowianym głosem Harry ani na chwilę nie odwracając wzroku od Malfoya i McGonagall. - Myślę, że Ravenclaw był alternatywnym źródłem mocy.

Oliver przytaknął. Podniósł Penelopę i skierował się do kominka.

- Więc dyrektorka...

Harry potrząsnął głową.

- Nie - powiedział. - Myślę, że ona nie żyje.

- Mina z zawałem serca pod szafką - powiedział Malfoy, podnosząc splamioną łzami twarz. - Jak mogłeś?

- Przykro mi - odparł Harry, przypominając sobie po pięciu latach usilnych prób zapomnienia, jak obrzydliwie nieadekwatne były te słowa, kiedy wypowiadało się je nad trupem przyjaciela.

- Jak mogłeś? - Malfoy wstał, nadal ściskając kurczowo kraciastą tiarę McGonagall. - O czym ty myślałeś? Mogłeś zginąć! - Harry zamrugał nieprzytomnie. - Tam były klątwy skierowane na odczarowującego i bezpośrednio na ciebie. O czym myślałeś? Czy ty kiedykolwiek zatrzymujesz się, żeby zastanowić się nad tym, czego ja mogę chcieć?

- Cóż, do cholery, powinienem myśleć, że jedną z rzeczy, których ty mógłbyś nie chcieć byłaby spluwa przystawiona mi do głowy przez resztę naszych żyć.

Coś upadło z trzaskiem na podłogę i oboje podskoczyli. To była laska Lucjusza. Malfoy podniósł ją i bez słowa wszedł do kominka.

Harry jeszcze przez chwilę wpatrywał się w ciało McGonagall, po czym podążył za nim.

Myślał, że za cel podał komnaty Malfoya, ale kiedy wyszedł z kominka, znalazł się w pokoju nauczycielskim. Malfoy był w połowie krętych schodów.

Zanim dotarł do kwater Malfoya, on i Hermiona już siedzieli na podłodze w salonie nieopodal wygaszonego kominka - ach to dlatego nie mógł przybyć tu bezpośrednio. Malfoy trzymał w dłoni otwarty dziennik. Wbił stalówkę w opuszek palca, wzdrygnął się i wycisnął duża kroplę krwi. Skapnęła na stronicę i natychmiast została zaabsorbowana przez pergamin. Nic innego się nie stało.

- Niech to cholera weźmie! - Malfoy wycisnął jeszcze jedną kroplę krwi. Nic. - Powinno zadziałać! Dlaczego nie działasz, do diabła? Spójrz, co tu jest napisane w notatkach Severusa. - Chwycił trzymany przez Hermionę pergamin i wcisnął go Harry'emu. Mrużąc oczy Harry przyjrzał się poszarpanemu pismu.

- "Korzeń tojadu traci potencjał - trzymać pod zaklęciem Vacuum... Powiedzieć Neville'owi, że miał rację z kwiatami trędownika..." Co?

- Nie, tutaj - usiadł, a Hermiona wskazała dół strony: "Dla Lucjusza krew jest wszystkim: niezbędnym wyróżnieniem, niezbędnym narzędziem."

Harry zmarszczył brwi.

- To może mieć wiele znaczeń...

- Nie rozumiesz go tak jak ja - odparł Malfoy. Nie było wiadomo, czy miał na myśli Snape'a czy swojego ojca, ale w obu przypadkach Harry miał obiekcję:

- Krew Malfoyów nie mogłaby nigdy stać się narzędziem. Wiesz, że on nigdy nie pomyślałby w taki sposób.

Oczy Malfoya stały się jakby odległe.

- Masz rację - powiedział. - Moja krew jest wyróżnieniem. Jeśli chcesz krwi, która posłużyłaby za narzędzie, weźmiesz...

- Inny rodzaj krwi - dokończyła przebiegle Hermiona, wyciągając rękę.

- Widzisz, Miona. Jestem pewien, że Prudencja zawsze ci mówiła: "Kiedy dorośniesz, skarbie, będziesz mogła zostać kim zechcesz." - Przybrał lekko piskliwy głos doktor Granger. - "Lekarką, posłanką, bezbronnym narzędziem potężnego czarodzieja...". - Dźgnął opuszek jej palca piórem.

- Racja - odparła, wyciskając kropelkę krwi. - Uważaj, żebym znowu nie zmieniła ci pościeli w papier ścierny.

Krew skapnęła na środek strony i zniknęła - i wtedy, skrząc się, kartkę pokryło znajome, eleganckie pismo wykonane rdzawym atramentem.

Malfoy zaczął w ekscytacji przewracać kartki.

- Mapy, wykresy, sigile... tu jest wszystko, wszyściuteńko. Jestem pewien, że znajdziemy odpowiedź na...

Rozległo się łomotanie do drzwi, a Tiffany zapowiedziała "Oliver Wood" w tym samym momencie, gdy ten wpadł do pokoju.

- Co wy wyprawiacie? Każdy Krukon w zamku jest nieprzytomny, Sofia bez niczyjej pomocy warzy Nervalitum, a wy po prostu sobie poszliście, zostawiając ciało Minerwy w lochach...

Malfoy zamknął książeczkę.

- Teraz mamy środki na pomszczenie jej - powiedział ze determinacją. - Chodźmy dopilnować reszty.

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści