Rozdział 13. Pojedynki

Teraz, kiedy Malfoy rozpoznał w sigilu mocy rękodzieło swojego ojca, był pewniejszy niż kiedykolwiek, że dziennik zawierał użyteczne informacje. Razem z Hermioną próbowali wszystkiego, co im przyszło na myśl, od skomplikowanych chińskich inkantacji otwierających do prostych rymów, które małe dziewczynki używały do zabezpieczenia prywatności swoich pamiętników, ale nic nie działało.

- Jestem pewien, że nie podłożyliby ich bez wynalezienia prostego sposobu na zdjęcie wszystkich za jednym zamachem - powiedział Malfoy.

- Dlaczego nie? - zapytała Hermiona. - Jeśli celem było zamknięcie szkoły, a potem sianie terroru w całej Brytanii...

- Ach, ale to był tylko jeden z celów - odparł Malfoy. - To oczywiste, że wszyscy śmierciożercy pragnęli zniszczyć Dumbledore'a, a większość z nich chciała także zrównać z ziemią Hogwart. Ale mój ojciec zawsze uważał się za edukatora i jeśli śmierciożercy wygraliby wojnę, pragnąłby powrócić wśród tryumfów jako dyrektor.

To Hermiona była tą, która się roześmiała, choć Harry też miał na to ochotę.

- Tak, tak, to śmieszne - skomentował Malfoy. - Ale rozsądek nie może równać się z aspiracjami. - Stuknął różdżką w dziennik. - Sezamie otwórz się. - Nic się nie stało. - Warto było spróbować - powiedział do siebie.

- Czego nie rozumiem - zaczęła Hermiona. - To to, dlaczego twój ojciec w ogóle brał udział w okupacji Hogwartu? Nie rzucił mi się w oczy jako typ żołnierza.

- Był typem generała - stwierdził Malfoy. - Jako że większość śmierciożerców stanowiła siłę roboczą, został wysłany, by dopilnować, żeby miał nad nimi nadzór ktoś posiadający mózg. Myślę, że całe zaminowanie mogło być jego pomysłem, a Czarny Pan wynagrodził go przywilejem osobistego kierowania procesem.

- Ale dlaczego w ogóle wrócił do Anglii? Był w waszej willi na Bilbao, a Voldemort w ogóle nie sprzeciwiał się temu, by opuścił kraj. Mógł tam zostać do końca wojny.

- Ale jeśli jego strona by przegrała, ministerstwo mogłoby przeprowadzić proces zaocznie i skonfiskować jego posiadłości.

Harry czekał, ale Malfoy nie rozwinął swojego argumentu.

- To... wszystko? To było gorsze niż śmierć?

- Dla znajdujących się wśród nas niepoprawnych średnioklasowców powiem to jeszcze jaśniej: kiedy mój ojciec zginął, ministerstwo zostało prawnie zobligowane do przetransferowania jego majątku na jego najbliższego krewnego. Więc dziedziczne ziemie Malfoyów, które były w rodzinie od około tysiąc setnego roku, przeszły na mnie. Gdyby mój ojciec został uznany za winnego - a byłby - skonfiskowano by je.

Kiedy Harry nic nie odpowiedział, Malfoy kontynuował ze zniecierpliwieniem:

- Sprzedane, Potter. Rzucone na rynek, rozreklamowane w Proroku, obcy włóczący się po dworku, ścinający głogi i organizujący cholerne wyścigi psów...

Harry wzruszył ramionami.

- Nigdy nie odziedziczyłem po moich przodkach niczego, co ceniłbym nad życie.

***

Malfoy leżał za Harrym, z jedną ręką na jego biodrze, a drugą pod jego szyją. Pozycja ta sprawiała, że znak znajdował się zaledwie o kilka cali od twarzy Harry'ego. Nawet bez okularów widział go dokładnie.

Teraz, kiedy już zobaczył, jak znak dzieli się pod zaklęciem powiększającym, nawet bez pomocy magii potrafił rozpoznać w nim wyrażenia kalligromancyjne. Cały upiorny wizerunek był pojedynczym sigilem; Harry mógł wydzielić znajome węzły. Po jednym dla każdego oka, nozdrza, zęba. Wklęsłości na kościach policzkowych, mroczne wnętrze jamy ustnej. Oczy węża.

- Musimy go z ciebie usunąć.

- I tu myślałem, że ty też chcesz sobie taki zafundować, żebyśmy do siebie pasowali.

- Mówię poważnie, Malfoy.

Malfoy wyciągnął ramię spod głowy Harry'ego.

- Wiem, że przypominanie ci o latach, które spędziłem na akcentowaniu "mal" w Malfoy może uwłaczać twojej godności.

- Myślisz, że chcę się go pozbyć dlatego, że mnie obraża? - Harry usiadł. - Malfoy, on może mnie zabić. Mnie, Hermionę, dyrektorkę, Circe Stormlaw, tuziny niewinnych dzieci i... o tak, o mało nie zapomniałem: ciebie.

- Jest zabezpieczony. Nikt nie może go tknąć. I powinieneś zastanowić się nad tym, że próba zdjęcia najprawdopodobniej go odpali.

- Malfoy. On ma na sobie warunek "jeśli noszący przeklęty". Jesteś instruktorem pojedynków. Jak długo to potrwa zanim nie trafi cię jakaś zabłąkana klątwa? Zastanawiam się, czy to już się nie stało.

- A ja jestem pewien - powiedział z wielką dokładnością Malfoy. - Że masz metodę na zminimalizowanie ryzyka, która zakłada, iż: "działanie jest bezpieczniejsze od czekania, aż będziemy wiedzieć więcej"? - Zatrzymał się na chwilę. - Myślałem, że nie. Spróbuj wbić do swojego śnieżnobiałego, gryfońskiego rozumku, że czasem w obliczu zagrożenia zostawienie go, aż się je pozna, wymaga więcej odwagi.

- Ale ostrożność czasem zabija - syknął przez zaciśnięte zęby Harry. - Może to, że uczynili cię swoją bronią cię nie martwi, Malfoy. Ale mnie to martwi.

***

- Och... Harry - Michelle Verte wyszła z kominka Malfoya i zajrzała Harry'emu przez ramię w głąb pokoju, jakby chciała potwierdzić, że trafiła do właściwych kwater. - Jest Draco? Remus i ja znaleźliśmy jakieś miny, których nie możemy zidentyfikować, a Hermiona jest w ministerstwie.

- Jest - odpowiedział Harry. - Ale nie wiem, czy bez magii może używać Fiuu. Może jeśli wybierze się z nim ktoś inny? Jak przy aportacji z pasażerem?

Drzwi łazienki otworzyły się i zamknęły.

- Jeśli to nie podziała - powiedział zza pleców Harry'ego Malfoy. - To zostanę w środku rozpalonego kominka. Na swój sposób jest to zabawne, ale wolę pójść piechotą. - Tego dnia jego szata sięgała od szyi do palców stóp, jak te, które zwykł nosić Snape, tylko że Snape zadrwiłby z rzędu miniaturowych mosiężnych zapinek i Harry nie mógł sobie wyobrazić go wybierającego czarną szatę, która przy odpowiednim kącie padania światła mieniłaby się purpurą.

- Więc spotkamy się za kilka minut, Michelle - powiedział Harry. Zdawało mu się, że ona i Malfoy patrzą na niego dziwnie. - Ja też chcę je zobaczyć.

Kiedy byli w połowie drogi przez trawnik, usłyszeli dziwne, łamiące się wycie dochodzące z cieplarni.

W progu stała Michelle. Jej włosy były w nieładzie, miała wplątany w nie liść. Obok niej Sofia klęczała nad Remusem, którego pięty bębniły o kamienną podłogę. Wycie pochodziło od niego.

- To na pewno była jedna z tych min powodujących ataki drgawek - powiedziała Michelle, przyciskając knykcie do ust. - Myśleliśmy, że jesteśmy ostrożni.

- Niech ktoś przyprowadzi Madeleine - poleciła Sofia, a Malfoy zerwał się do biegu.

Remusem znów wstrząsnął napad konwulsji i zaczął się krztusić. Sofia wetknęła mu do ust dwa palce. Jego nogi wierzgnęły odpalając kolejną minę. Jedna z szyb w dalekim końcu cieplarni rozprysła się na kawałki. Michelle uklękła pospiesznie, by przytrzymać stopy Remusa.

- Petrificus Totalus - powiedziała Sofia, a on zesztywniał. Dokładnie w tym samym momencie pojawił się Malfoy prowadzący za sobą Madeleine Aerie.

Sofia wylewitowała unieruchomione ciało Remusa z cieplarni.

- Kończy nam się Animaserum, prawda? - spytała Sofia Madeleine.

Madeleine przytaknęła.

- Jeśli starczy wątrobowca, to w pół godziny zdążę przygotować więcej.

- Wątrobowiec jest tutaj - powiedziała Michelle. - Potrzebujesz liści czy korzeni?

- Liści, najlepiej młodych. - Madeleine sięgnęła po rośliny.

- Czekaj. - Malfoy chwycił ją za nadgarstek. - Bądź tak dobry i zabezpiecz je, Potter, aż roją się od min.

- Nadal je widzisz? - Harry był zaskoczony.

- Nic nie może powstrzymać obcej magii od oddziaływania na mnie.

Kiedy wszystkie miny zostały zabezpieczone, Madeleine szybko zebrała garść liści.

- Odprowadzę cię, Sofio, i zacznę warzyć, kiedy będziesz go stabilizować.

Michelle pogładziła dłonią czoło Remusa.

- Idź z nimi, Michie - powiedział Malfoy. - Potter może sam wykonać "znajdź i zamień", jeśli będę przy nim, by wydostać go z głębin jego ignorancji.

Harry już się pocił. Zdjął szatę i podwinął rękawy. Cieplarnia pachniała mokrą ziemią, pastą rybną i jakimś ciężkim, przejrzałym tropikalnym kwiatem.

- Przywołaj mi słownik hebrajskiej kalligromancji z biblioteki, Potter - oświadczył po chwili Malfoy. - Będę potrzebował jeszcze pióra i pergaminu, by przerysować je dla Miony. I możesz jeszcze sprowadzić tablicę, żebyśmy zobaczyli, ile wykończą nasze "znajdź i zamień".

- Czy zauważyłeś - powiedział w końcu Harry. - Że miny są skoncentrowane na konkretnych roślinach? Pokrywają całą kocimiętkę, a do aloesu nie można się nawet zbliżyć.

Malfoy przytaknął.

- Michie wiedziałaby na pewno, ale ja podejrzewam, że te rośliny służą do leczenia objawów powodowanych przez inne miny. Wiem, że aloes jest pierwszą rzeczą, po którą zielarz sięga po pożarze, a kocimiętka jest najważniejszym składnikiem eliksirów czyszczących płuca.

- To jest złe.

Malfoy bezwiednie skruszył w palcach liść, wypełniając powietrze miętowym zapachem.

- To coś, o czym pomyślałby mój ojciec. Zawsze mi powtarzał: "poznaj wroga".

- Myślisz, że to on zaminował tę cieplarnię?

- Jego hebrajski był dość kiepski. Prawdopodobnie powierzył to pomieszczenie komuś ze znajomością zielarstwa. Być może Cardogowi Dipsasowi; kiedy był trzeźwy, to miał talent do języków i należał do ulubionych "uczniów" ojca. - Malfoy oparł się o drewniane drzwi, które prowadziły do komórki na narzędzia. - W końcu, jeśli nie ma się synów, to trzeba mieć protegowanych.

Harry podszedł bliżej i ujął twarz Malfoya w dłonie. Blade włosy były bardzo miękkie, gdy dotknęły ich jego place. Harry uniósł twarz Malfoya i pocałował cienką skórę pod jego oczyma, wąskie kąciki ust. Pocałował jego usta, łagodnie, głęboko. Pocałował jego brodę i bok szyi, przejechał językiem po obojczyku Malfoya, smakując stary pot i kurz.

- Czekaj - zaprotestował cicho Malfoy. - Przestań. Jestem cały brudny.

Harry zebrał włosy Malfoya i delikatnie pociągnął za nie, aż ten odchylił głowę, a wtedy Harry ugryzł go w szyję. Jego skóra, pod językiem Harry'ego, była zabrudzona piaskiem.

- Nie obchodzi mnie to - powiedział Harry i ugryzł go trochę mocniej, aż Malfoy zaskomlił i chwycił obiema dłońmi twarz Harry'ego.

Pocałunek przekrzywił mu okulary. Harry rzucił je na stół do przesadzania, nawet na chwilę nie odrywając swoich ust od Malfoya, a ten objął go ramieniem i zaczął dziko lizać jego wargi.

Kiedy Harry otworzył kciukiem pierwszą z tych małych blaszanych zapinek, Malfoy chwycił swoją szatę za kołnierz i potrząsnął nią, wykonując dobrze wyćwiczony ruch, a wszystkie pozostałe naraz się odpięły.

Jak Harry się spodziewał, Malfoy nie miał nic pod spodem. Nie mógł przestać na niego patrzeć, na to blade, obnażone, silne ciało obramowane po obu stronach przez fałdy purpurowo-czarnego materiału. Malfoy był twardy, chętny i perfekcyjnie nieskazitelny.

- Boże - wydyszał Harry, kładąc zaborczą dłoń na biodrze Malfoya. - Co z ciebie za trofeum.

- Łup wojenny? - zapytał bez tchu Malfoy.

- Tak. - Harry zepchnął szatę z jego barków. Przez chwilę zatrzymała się na dłoniach Malfoya, a potem szemrząc spadła na ziemię.

Jego skóra była bardzo jasna, a znak odcinał się od niej swoją czernią. Harry przykrył go dłonią, podniósł ramię Malfoya i przyszpilił je do ściany. Malfoy zadrżał. Pot lśnił wzdłuż jego obojczyka i szyi.

Harry pochylił głowę i przygryzł jego wargę, wycofując się, kiedy tylko usta Malfoya zaczęły podążać za jego. Spojrzał w dół na bladą długość ciała Malfoya, obserwując, jak jego własna ręka chwyta członek Malfoya i mocno pociąga.

Malfoy zaskomlił.

- Nie mogą cię mieć - warknął Harry, zaciskając dłoń trzymającą ramię Malfoya, jak również tą wokół jego członka, poruszając nią szybko i bezlitośnie. - Nie byli ciebie warci. Nie zatrzymają cię.

Malfoy jęknął, raz po raz wbijając się w obręcz palców Harry'ego. Jego głowa przewracała się z boku na bok, a oczy były zaciśnięte.

- Spójrz na mnie - powiedział Harry i otworzyły się. - Draconie... Falconie... Leonisie...

Z krzykiem Malfoy wytrysnął w jego dłoni.

Ilustracja: - Przestań. Jestem cały brudny.

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści