Rozdział 10. Odkrycie

Następnego dnia rano, kiedy Harry wszedł do pokoju nauczycielskiego, Hermiona powitała go radośnie, a Malfoy ledwie zerknął na chłopaka znad swoich książek. Harry wziął z kredensu kubek herbaty i usiadł obok dziewczyny.

- Nie chciałem wam przeszkodzić.

- Właśnie rozmawialiśmy o źródle mocy - powiedziała Hermiona. - Draco myśli, że powinniśmy byli już znaleźć... Lepiej ty mu to powiedz, Draco.

- Sigil mocy - zaczął Malfoy, omiatając Harry'ego chłodnym spojrzeniem. - Gdzieś na błoniach musi być symbol, który odbiera nam moc i karmi nią inne sigile.

- Dlaczego mieliby być wystarczająco głupi, by wstawić go tam, gdzie moglibyśmy go znaleźć. Jeśli ja bym to robił, to ukryłbym go tam, gdzie nikt nie pomyślałby, żeby poszukać. W Kornwalii. Do diaska, może w Istambule.

- To nie byłoby wydajne - odparł Malfoy. - Do kalligromancji stosują się te same reguły, co do innych rodzajów magii - nie może podróżować przez oceany, traci precyzję wraz z odległością i tak dalej... Jeśli jest na błoniach, to znajduje się blisko uroków, które zasila i ludzi, których żyłuje.

- Więc... wszystko, czego potrzebujemy, to zaklęcie szukające - wywnioskowała Hermiona.

- Tylko kto według ciebie ma tyle mocy, Miona? Zaklęcie szukające musi zbadać każdy atom na danym obszarze - odparł Malfoy. - Nie byłem w stanie zasilić przeszukania tego pokoju, nawet nie wspominając o całym Hogwarcie.

- Może nie mogłeś zrobić tego sam - zgodziła się Hermiona. - Ale założę się, że razem z Harrym potrafilibyście tego dokonać.

***

- Zacznijmy od czegoś małego - powiedział Malfoy. - Potter, lepiej usiądź. Nie żartuję, to sporo wyciąga z człowieka.

Hermiona rozpostarła przed nimi arkusz pergaminu.

- Szukamy czegoś takiego - oświadczyła. - Chyba że nie używają angielskiej składni albo coś w tym rodzaju, ale prawdopodobieństwo jest...

- Co mam zrobić? - przerwał jej Harry.

- Naucz się tego. Poznaj to. Wyśledź to - wyrecytował Malfoy, odgarniając dłonią włosy. - Ustawimy granicę, a potem rzucimy Exploratum, by wysłać magiczny impuls. Przeszuka każdy atom w pokoju i wróci do nas, jeśli nie znajdzie celu.

Większość następnej godziny zajęło Harry'emu zapamiętanie symbolu na tyle dobrze, by mógł skopiować go wystarczająco dokładnie, żeby otrzymał on aprobatę Hermiony i Malfoya. Potem musiał przećwiczyć zaklęcie szukające na małych, ograniczonych terenach - szklance wody, szufladzie biurka - aż umiał wykonać je poprawnie.

Pierwszy raz, kiedy poczuł, jak magia wraca do niego po zakończonym poszukiwaniu, wziął gwałtowny oddech. To było jak wybuch dużego, ciepłego... czegoś w jego klatce piersiowej.

- Uau - wydyszał. - Jak to jest, kiedy zaklęcie znajdzie to, czego szukamy?

- Spróbuj - zachęciła go Hermiona. - Poszukaj szklanki wody w szufladzie.

Kiedy to zrobił, znaleziony przedmiot zaczął błyszczeć, jakby pragnął zwrócić na siebie jego uwagę. Zamiast rozchodzącego się i powoli zanikającego ciepła, powracająca magia przypominała nić delikatnie ciągnącą go w kierunku szklanki.

- Uau - powtórzył. - Zastanawiam się, czy gdybyśmy użyli świec, to zobaczylibyśmy tę nić?

- Dla ciebie to jest jak nić? - zaciekawiła się Hermiona. - Mi przypomina to raczej dzwonienie.

- Ja czuję raczej... zmianę w grawitacji - dodał Malfoy. - Jakbym przyciągał coś do siebie.

- Zawsze wiedziałem, że jesteś przekonany o tym, że jesteś centrum wszechświata.

Hermiona zachichotała. Malfoy uniósł brwi, ale nie raczył odpowiedzieć.

- Sądzę, że jesteś już gotowy.

- W porządku. - Rzucił ostatnie długie spojrzenie na symbol. - Gotowy, kiedy ty będziesz.

Inkantacja była długa i wypowiedzenie jej synchronicznie, nawet kiedy Malfoy wymawiał wszystkie sylaby zamiast stosować swoich skrótów, wymagało sporo wysiłku. W połowie procesu oczy Hermiony rozszerzyły się.

- Czekajcie... - powiedziała. - Nie zapomnijcie... - Ale oni już kończyli ostatnie słowo. - Och nie! - Hermiona przycisnęła knykcie do ust, a Harry poczuł jak magia go opuszcza.

- Co? - spytał Hermionę. Czuł, że jego ruchy uległy znacznemu spowolnieniu.

Jej głos był silny, ale chichy, jakby dobiegał z daleka.

- Harry, Draco, posłuchajcie mnie. Zaklęcie odwołuje się przez "Nolo exlploro", dobra? Bo zapomnieliście zamknąć drugich...

***

Kiedy Harry otworzył oczy, natychmiast zorientował się, że jest w skrzydle szpitalnym. Bolało go ciało, jakby wybrał się na wysokogórską wspinaczkę i został strącony przez lawinę. Odwrócił głowę i zobaczył różowozłoty kształt na łóżku obok.

- Musimy przestać spotykać się w ten sposób - usłyszał łamiący się z wyczerpania głos Malfoya. - Ludzie zaczną gadać.

Harry zignorował insynuację.

- Co się stało?

- Nie mam pojęcia.

Podeszła do nich Hermiona.

- Och, dobrze, że już się obudziliście. Przepraszam... Tak mi przykro... To moja wina... Całkowicie zapomniałam...

- Co się stało?

- Och Harry. Kiedy ustalaliśmy limity dla zaklęcia, zapomnieliśmy o drugich drzwiach.

- Cholera jasna - skomentował Malfoy. - Czy chcesz mi powiedzieć, że...

Hermiona przytaknęła.

- Wasze zaklęcie nie miało adekwatnych granic działania. Mogliście przeszukać całą drogę do Manchesteru zanim nie straciliście przytomności.

Harry skupił się na wyczuciu magicznej nici, ale nie znalazł jej.

- Czy zidentyfikowaliśmy źródło mocy?

Hermiona pokręciła głową.

- Oczywiście - wywnioskował Malfoy. - Używanie architektury, jako skrótu limitującego, nie jest bezpieczne.

- Więc będziemy musieli znaleźć inny sposób.

***

Po zażyciu dawki Animaserum czuli się wystarczająco dobrze, by opuścić skrzydło szpitalne. Na korytarzu podbiegła do nich Penelopa.

- Słyszałam, że pracujecie nad zaklęciami szukającymi. Czy jest jakiś sposób na dopasowanie jednego z nich do przeszukiwania księgozbioru w bibliotece?

Hermiona o mało nie pisnęła.

- Co za wspaniały pomysł! Oczywiście będzie to wymagało trochę badań... ale jeśli będziemy przeszukiwać litery zamiast atomów, to nie będzie aż tak wyczerpujące...

***

N pewno spał, gdyż duchy nie przychodziły bez zaproszenia do prywatnych komnat, a teraz naprzeciw niego stał uśmiechający się dobrodusznie Dumbledore.

Harry obserwował go, a on stawał się coraz bardziej solidny, stały, aż wyglądał dokładnie tak jak za życia.

- Zanim odejdziesz, mój chłopcze, chciałbym ci coś dać. - Dumbledore wyjął z kieszeni na piersi małą, spłaszczoną paczuszkę, w której zawsze trzymał słodycze. Teraz był w niej tylko jeden cukierek. Mała kosteczka, która zdawała się świecić. - Weź go Harry - powiedział Dumbledore i Harry zrobił to.

Smak był słodki i gorzki, i złożony, jak w ciemnej czekoladzie albo mocnej herbacie.

- Co to jest? - zapytał Harry.

Dumbledore rozpromienił się.

- Moje życie - odpowiedział i znikł.

***

Harry usiadł. Dysząc, drżącymi dłońmi zaczął się ubierać. Piętnaście po szóstej. Słońce jeszcze prawdopodobnie nie wstało, ale on nie był w stanie znieść kolejnej takiej nocy.

Wiedział, że pokoje Malfoya znajdowały się na czwartym piętrze, ale nic poza tym.

- Przepraszam - wyszeptał do portretu czarnowłosej kobiety z naszyjnikiem z pereł wielkości kurzych jaj. - Szukam Dracona Malfoya.

- To przecież oczywiste - zadrwiła. - Że żeby znaleźć smoka, trzeba najpierw odszukać jego leże. - Ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami.

Harry potarł za okularami oczy i poszedł dalej wzdłuż korytarza. Skręcił na rogu, czując jak portrety pokazują go sobie palcami i słysząc ich szepty.

Za drugim zakrętem zauważył Malfoya opierającego jedno ramię o framugę drzwi. Miał na sobie zielonkawy szlafrok uszyty z ciężkiego, połyskliwego materiału. Harry próbował sobie nie wyobrażać, jaka ta tkanina była w dotyku.

Na otwartych drzwiach do komnat Malfoya wisiał obrazek z walijskim zielonym prezentującym swój kolczasty grzbiet i plującym ogniem.

- Po co to całe zamieszanie, Potter? Tiffany powiedziała mi, że każdy portret w tym korytarzu mówi o tobie.

Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- Twój smok ma na imię Tiffany?

- Ciszej! Zranisz jej uczucia. - Machnięciem ręki Malfoy wskazał Harry'emu, że może wejść.

Salon Malfoya był ciemniejszy od komnat Harry'ego, pełen masywnych mebli i lakierowanego drewna. Półki uginały się pod ciężarem książek, z których wiele leżało w stosach na podłodze.

- Katarynka właśnie przysłała moją osobistą bibliotekę i nie mam gdzie tego położyć. Siadaj gdziekolwiek. - Malfoy zaczął przywoływać herbatę, ale po zmierzeniu Harry'ego wzrokiem zdecydował się w końcu na kawę.

- No więc - powiedział, siadając elegancko na obitym niebieskim aksamitem fotelu. - Co cię sprowadza do mojego skromnego zakątka o tak wczesnych godzinach poranka?

Harry rozlał trochę kawy na dłoń, po czym drugą ręką ustabilizował filiżankę, patrząc na nią zamiast na Malfoya.

- Czy mógłbyś... Czy mógłbyś rzucić na mnie jeszcze raz te zaklęcia odczarowujące? Myślę, że ktoś mógł wdepnąć w minę z koszmarami przypisaną do mnie. I bolą mnie kości.

- Zdejmij okulary - Malfoy spojrzał na Harry'ego. Był wystarczająco blisko, by Harry mógł zobaczyć jego twarz, ale nie wystarczająco, by rozszyfrować jej wyraz. - W porządku. Noloconturbo.

Nie zaszła żadna zmiana.

- Finit'incantatem.

Nic.

- Venefici'abdo.

Nadal nic.

Malfoy wyjął mu z dłoni okulary i założył je z powrotem. Jego twarz, gdy znów stała się wyraźna, wyrażała zniecierpliwienie.

- Nie wiem, co zmusza cię do myślenia, że wszystko, co ci się przytrafia jest takie wyjątkowe.

- Co?

- Spójrz - powiedział Malfoy, pocierając oczy. - Ludzie, którzy zmieniają gorący klimat na zimny i wilgotny zwykle odczuwają bóle w stawach. I kiedy tak się dzieje, to idą do Sofii to odrobinę Lodowo Gorącego Naparu Mamy Mayfly i robią sobie ciepłą kąpiel.

Słysząc protekcjonalny ton głosu Malfoya Harry zacisnął szczęki.

- A koszmary - nalegał.

Malfoy potarł lewe przedramię.

- Potter - powiedział ze znużeniem. - Wszyscy mamy koszmary.

***

Kilka chwil po tym jak Harry zamknął drzwi do swoich pokoi, otworzyło się wejście dla sów. Wleciał jeden ze szkolnych ptaków, upuścił paczuszkę na dłonie Harry'ego i wyfrunął zanim ten zdążył zaoferować mu przysmak.

W zawiniątku z szarozielonej chusteczki znalazł buteleczkę z niebieskiego szkła. Na etykiecie było napisane: "Bonomorphio" . Pismo należało do Snape'a.

Zaś ręka, która sporządziła notatkę, była Malfoya: "Zatrzymaj to jak długo zechcesz. Mam zapas. Jeśli ci to nie przeszkadza, to kiedy skończysz, chciałbym dostać butelkę z powrotem."

***

Znalezienie alternatywnej metody ustalania granic zajęło Malfoyowi i Hermionie dwa dni. Gdy skończyli, Hermiona z niechęcią poszła uczyć swoją zaawansowaną klasę zaklęć, zostawiając Harry'ego i Malfoya w pustej sali, by zajęli się próbowaniem.

- Oś x - powiedział Malfoy, wskazując różdżką na ścianę i wodząc wzdłuż całego pomieszczenia. Z różdżki wystrzelił promień światła pozostawiając na ścianie błyszczący pas.

- Oś y - powiedział, rysując pionowy prostokąt: w poprzek sufitu, w dół połączenia między ścianami, w poprzek podłogi i znów w górę. Trzeci prostokąt szybko dołączył do pozostałych dwóch.

- Tesser'a'solvo - powiedział, a powierzchnie wewnątrz figur wypełniły się takim samym blaskiem. - Zauważ jak pokrywają drzwi okna. Teraz znów możemy spróbować zaklęcia szukającego.

Pomieszczenie nie było duże, więc Harry spodziewał się, że magia powróci szybko. Ale minuta ciągnęła się za minutą, a oni wciąż nie otrzymali odpowiedzi.

- Następnym razem przyniosę sobie coś do zabicia czasu.

Malfoy mrugnął do niego i Harry'emu przyszedł do głowy całkowicie nieodpowiedni sposób na zabicie czasu. Rozbawione spojrzenie Malfoya sugerowało, że wiedział dokładnie, o czym pomyślał Harry, ale mimo tego jedynie wyciągnął z kieszeni na piersi talię kart.

- Msz ochotę na partię Podstępu?

Cała trudność gry w Podstęp polegała na tym, że jeśli wzięło się jedną z kart przeciwnika, to zaczynała ona przekonywać twoje karty do przejścia na drugą stronę barykady. Po przegraniu trzech partii z kartami stadnie wylatującymi mu z dłoni, Harry zaczął myśleć po ślizgońsku, misternie czyszcząc i polerując każdą kartę, komplementując figury aż Dziewica z Kamieni zarumieniła się, a Uczony z Misek uśmiechnął się znacząco zza swojego pióra.

Malfoy z większą łatwością pozyskiwał względy Dziewic i Rycerzy. Oczywiście był ekspertem w podlizywaniu się dostojniejszym członkom rodziny królewskiej. Harry za to miał talent do pospólstwa - od służby i zwolenników obozu do pomniejszych członków rodziny królewskiej i Młodszych Braci. Odegrali więc cztery wyrównane partie, wygrywając po dwie każdy, i wtedy Harry'emu udało się odnieść spektakularne zwycięstwo przez wypuszczenie do obozu wroga Pazia Kii z precyzyjnymi instrukcjami, by uwieźć Regenta Monet z ręki Malfoya i przenieść go do jego własnej.

- Och, dobrze zagrane - powiedział Malfoy. - Zawsze sądziłem, że Regenci byli homo.

- Nie wiem - odparł Harry. Na karcie Paź siedział na kolanie Regenta, karmiąc go winogronami. - Nie są odporni na pochlebstwa... ach. - Ciepły strumień magii rozlał się w jego brzuchu.

Twarz Malfoya wyglądała, jakby nagle dostał przypływu energii. Harry zdecydował, że naprawdę nie chciał wiedzieć, jak Malfoy czuł się, kiedy powracała do niego magia. Spojrzał na zegarek i wytrzeszczył oczy.

- Ta mała sala zajęła pięć godzin?

Malfoy przytaknął.

- Poczekaj aż zobaczysz ile zjesz na obiad. I jak długo będziesz jutro spał.

- Hermiona ma rację - stwierdził ponuro Harry. - To rzeczywiście nie jest praktyczny sposób na przeszukanie całej szkoły.

***

McGonagall określiła zaklęcia szukające jako "obiecujący kierunek badań". Ale w międzyczasie miny nadal pozostawały na swoich miejscach, a grono pedagogiczne i starsi uczniowie kontynuowali rozbrajanie i zabezpieczanie ich z całych sił.

Nawet kiedy McGonagall przejęła większość jego zajęć, Harry czuł się jakby pół dnia spędzał śpiąc na stojąco. Napar Mamy Mayfly i gorące kąpiele nieźle poradziły sobie z bólem w jego stawach. Eliksir Bonomorphio Snape'a okazał się mniej pomocny przeciwko koszmarom: kiedy go brał, nie śnił, ale jego sen przynosił mniej odpoczynku, wiec Harry sięgał po niego tylko w ostateczności. Jednakże sama świadomość, że miał miksturę i mógł jej użyć, kiedy tylko zaszła potrzeba, była kojąca.

Nie zwrócił Malfoyowi jego chusteczki.

***

- Więc to już wszystko - powiedział Malfoy. - Dwie usunięte, czterdzieści osiem zabezpieczonych, Syzyf wie ile jeszcze zostało. Przynajmniej staliśmy się wystarczająco szybcy, by wyciągnąć z jednej świeczki więcej niż jeden pokój.

Harry obserwował, jak Malfoy przy pomocy kciuka i palca wskazującego odgarnia włosy z czoła, zastanawiając się, kiedy wszystkie jego gesty stały się takie znajome.

Tego dnia jego szata była wykonana z jakiegoś cienkiego, białego materiału z obszernymi, bufiastymi rękawami i otwartym dekoltem, co przynosiło na myśl piracką koszulę.

Jeden z rękawów świecił się.

Harry zmarszczył brwi.

- Co do licha... - Sięgnął, by złapać Malfoya za ramię, po czym zmarł zawstydzony niezręczną sytuacją, ale nie do końca przygotowany, by go dotknąć.

Jednakże Malfoy podążył za jego wzrokiem i też to zobaczył. Odpiął guziki u rękawa i podciągnął materiał.

Mroczny znak na jego ramieniu był prawie niewidoczny pod labiryntem żółtych neonów.

- Jestem zaminowany - powiedział beznamiętnie Malfoy.

Harry pochylił się nad jego przedramieniem.

- Mogę zobaczyć zwój?

- Nie ma potrzeby. Potrafię je odczytać. - Malfoy zaczął wskazywać placem. - Zatrzymanie akcji płuc. Paraliż dłoni. Pożar u Ollivandera. - Spojrzał na Harry'ego spod rzęs. - Zawał serca, obiekt bezpośredni: Harry Potter.

Harry zmarszczył brwi.

- Spójrz - powiedział, dotykając pasma światła tam gdzie zapętliło się wokół siebie samego, zaskoczony tym, że pod palcami poczuł ciepło skóry. - Wszystkie mają na sobie warunek "jeśli". Jeśli... Nie mogę odczytać.

Sięgnął po zwój Hermiony, ale Malfoy znów przemówił.

- Jeśli noszący śmiertelnie ranny. Jeśli noszący przeklęty. Jeśli noszący zabity... Jeśli noszący rzuci zaklęcie na znak. - Podniósł szybko wzrok, spoglądając na Harry'ego. - Więc to dlatego Higgs umarł, kiedy usunął znak.

Harry przełknął z trudem.

- I Snape.

- On był ranny - odparł Malfoy. - W sali eliksirów. Po ostatniej rundzie pojedynku, w którym zabił mojego ojca. - Jego głos był pozbawiony wyrazu. - W sali eliksirów. Wszędzie było pełno żeńszenia, olejku pomarańczowego i świec, sól i mąka kukurydziana stały w puszkach na szafce. Mógł wpaść na coś, co umożliwiło mu zobaczenie klątw. - Harry poczuł nagłe pragnienie kopnięcia czegoś. - Zginął próbując je rozbroić. - Wpatrzył się w znak na ramieniu Malfoya, z którego wychodziły sigile, wijąc się niczym jadowite węże.

- Napatrzyłeś się, Potter? - Malfoy pospiesznie zgasił świecę zaklęciem. W nagłej ciemności jego głos brzmiał jeszcze donośniej. - Zapłaciłem za wybranie dobra i jak widzisz nadal za to płacę.

Harry'emu przypomniało się echo krzyków jego matki. Podniósł rękę, ale w połowie drogi do swojego czoła udało mu się ją opuścić.

- Ja zapłaciłem za mój po fakcie - odparł i szybkim krokiem opuścił pomieszczenie słysząc szczęk szkła, kiedy drzwi trzasnęły o futrynę.

***

Najbardziej w tym wszystkim wyprowadzał go z równowagi fakt, że w słowach Malfoya było źródło prawdy.

Harry potrafił przyznać, że przejście na właściwą stronę musiało być dla Malfoya drogą pod górę, ale bycie tam przez cały czas nie oznaczało dla Harry'ego braku trudności. Zapłacił za to na sposoby, o których Malfoy nie miał pojęcia.

Faktem było, że zapłacił za to też na sposoby, o których sam dobrze nie pamiętał. Nie spostrzegł, że podjął decyzję aż wstąpił do kominka.

***

Publiczne wejście sieci Fiuu w Ministerstwie było paleniskiem wielkim jak sala balowa i krążyły o nim plotki, że pochodziło sprzed czasów panowania Rzymian. Recepcja znajdowała się już w płomieniach. Przy biurku siedziała poważnie wyglądająca czarownica ubrana w nieskazitelnie czarne szaty.

Kiedy spytał o Neville'a, spojrzała na niego z powątpiewaniem.

- Nie jest pan umówiony? No cóż... Mogę zapytać, czy będzie miał chwilę... - Jej wyraz twarzy sugerował, że ktoś taki jak Harry był ledwie wart, by pan Longbottom przez chwilę pooddychał w jego obecności.

Poszperała w wizytówkach na stojaczku, wybrała jedną i do niej przemówiła.

- Chloe? Jest tu jakiś pan Potter, który chce zobaczyć się z panem Longbottomem. - Harry usłyszał, jak żeński głos odpowiada coś niespecyficznego i po kilku chwilach w płomieniach pojawił się Neville i z miejsca uścisnął Harry'ego.

- Harry! - Wyglądał tak samo jak zawsze: okrągła, poważna twarz, plamy od atramentu na rękawach, jeden but niezawiązany. - Chodź, otworzyłem moje prywatne Fiuu, dziękuję panno Singh, proszę nie łączyć nikogo, póki nie skończę tego spotkania. Jeśli delegacja z Chin przybędzie za wcześnie, to niech zajmie się nimi Chloe.

Wyszli z płomieni do ogromnego biura, Neville ominął biurko oraz stół konferencyjny i zaprowadził Harry'ego do niewielkiej kanapy. Prawie natychmiast w kominku pojawiła się głowa rozwścieczonego czarodzieja z krzaczastymi, czarnymi brwiami.

- Longbottom! - ryknął tak, że Harry aż podskoczył. - Muszę pomówić z ludźmi od standaryzacji walut, a żaden nie ma otwartego Fiuu.

- Ponieważ do środy rano są w Amsterdamie, Iwanie - powiedział Neville. - Zdobądź wytyczne od Lotus - ona śledzi ten projekt.

Na ramieniu kanapy stała w stanie chwiejnej równowagi filiżanka parującej herbaty. Harry sięgnął po nią, ale Neville chwycił ją pierwszy i postawił na stoliku. Stuknął dzbanek różdżką i rozszedł się przyjemny zapach, gdy ten wypełnił się świeżą herbatą.

Starsza czarownica wystawiła głowę z kominka.

- Neville? Jak się nazywa ambasador Senegalu?

- Nozipo, ale on jest w tym tygodniu w Nigerii na konferencji panafrykańskiej. Porozmawiaj z Liyrem - on zna każdego na całym zachodnim wybrzeżu. Echem, przepraszam Harry. Lepiej zamknę Fiuu. - Wygasił magiczne palenisko.

- Uau - powiedział Harry. - Wydajesz się taki...

- Kompetentny - dokończył za niego Neville, wyglądając na rozbawionego. - Tak, no cóż, śmiertelne przerażenie pochłania ogromne ilości energii. Kiedy się tylko go pozbędziesz, dowiadujesz się, że masz więcej zasobów do radzenia sobie z innymi sprawami. - Jego głos brzmiał jakoś inaczej - był nie tylko głębszy - Neville mówił szybciej i z większym zdecydowaniem. To przypomniało Harry'emu o...

- To Severus mnie tego nauczył, gdy pracowaliśmy nad projektem fiołka trójbarwnego. - Uśmiechnął się, a potem zmienił ton na mroczny i zniecierpliwiony, który jeszcze dokładniej imitował sposób mówienia Snape'a. - Na Salazara, Longbottom, nigdzie nie zajdziemy, jeśli mi nie zaufasz. Gdybym miał w zwyczaju trucie irytujących mnie osób, to czy rzeczywiście myślisz, że dożyłbyś dzisiejszego dnia?

Harry uśmiechnął się.

- Nie wiem, jak zniosłeś pracowanie z nim. Postawili jego statuę na zewnątrz pokoju nauczycielskiego. Zawszy patrzy na mnie, jakbym ubrudził sobie czoło.

- Nie był taki zły, kiedy się do niego przyzwyczaiło. Herbaty? Infrevesco - to ostatnie powiedział do dzbanka, nalał Harry'emu i uzupełnił swój kubek. - Rozumiał, jak to jest mieć dzieciństwo, które składało się z szeregu okazji do upokorzenia się. Mówił, że ludzie tacy jak my mogą przetrwać, jeśli nauczą się nie potrzebować niczyjego szacunku poza swoim własnym.

Harry wpatrzył się w niego, zastanawiając się, czy nie mówili być może o dwóch różnych osobach nazywających się Severus Snape.

Neville w zamyśleniu posłodził swoją herbatę.

- Ale nie przyszedłeś tu po to by wspominać, nie.

- W pewnym sensie to tak. Chcę. - Przełknął. - Chcę wiedzieć, co się stało.

- Ach. - Neville zajął się dzbanuszkiem z mlekiem, aż Harry był gotów znów na niego spojrzeć. - Jak dużo pamiętasz z ostatniej bitwy?

- Voldemort klęczał na jednym kolanie. Hermiona mówiła mi do ucha przez zaklęcie Transauditum. Ron stał za mną. Syriusz i Dumbledore po obu moich stronach - na tym etapie już mnie podtrzymywali, a ręka dyrektora stabilizowała dłoń, w której trzymałem różdżkę. I potem wszędzie zrobiło się zimno...

- Dementorzy przebili się przez centaurów. Wysłałeś Patronusa nawet nie oglądając się za siebie, a potem...

- Fratrium.

- Widzieliśmy, że twoja różdżka i Voldemorta były połączone, ale ty nie puściłeś swojej. Wreszcie Syriusz podniósł twoje lewe ramię i włożył ci do ręki jakąś inną różdżkę...

Harry nie pamiętał tego.

- Ale Syriusz nie miał różdżki. Ministerstwo jeszcze mu jej nie oddało.

Usta Neville'a zacisnęły się, ale nie przemówił. Po chwili Harry kontynuował.

- Pamiętam, że rzucenie Eadigo na Voldemorta było jakby nie do końca świadome. Upadłem, a moja blizna przez sekundę zabolała jakbym umierał, a potem stała się drętwa - potarł ją. - A wtedy Albus poprosił mnie o moją różdżkę i użył jej do spalenia ciała...

- Harry, Dumbledore nie żył.

- Ale...

- Umarł w tym samym momencie co Voldemort. Potem powiedzieli, że to od wyczerpania magicznego - że moc, której użył by odseparować was od wszystkiego innego, kiedy ty skupiałeś się na pojedynczym zagrożeniu... - urwał, patrząc na zesztywniałą twarz Harry'ego. - Pamiętam, że gdy Dennis odwrócił jego ciało, to on się uśmiechał.

Harry zamknął oczy, po czym otworzył je ponownie.

- Próbowałem nakłonić go, by pozostał w jakimś bezpiecznym miejscu. I tak poświęcił już wiele...

- A Fawkes - powiedział po chwili Neville. - Pamiętasz Fawkesa?

Harry nieprzytomnie potrząsnął głową.

- Fawkes przybył i zabrał z twojej prawej dłoni różdżkę. Prawie upadłeś razem z Dumbledore'em. Ron i Syriusz podtrzymywali cię, a ty mówiłeś do kogoś...

- Do Albusa. Bo powiedział, że mogłem już bezpiecznie odejść, bo Voldemort był już martwy, a ja ciągle pytałem, skąd on to wiedział.

Neville wyłowił lawendową chusteczkę z kieszeni kamizelki i osuszył nią oczy.

- Fawkes położył twoją różdżkę na różdżce Voldemorta tak, że się krzyżowały, a potem usiadł na nich obu i zajął się płomieniami. Pożar rozprzestrzenił się na ciało Voldemorta, a potem Dumbledore'a. Syriusz i Ron cię odciągnęli. Wydawałeś się nie być świadom, że wokół ciebie buchały płomienie. I wtedy przybyli dementorzy, a ty tylko stałeś tam, nadal rozmawiając z nikim. Nie walczyłeś i nikt nie mógł zmusić cię do ruchu. W końcu musiałem cię zostawić, żeby zorganizować obronę. Walczyliśmy całą noc. O świcie Syriusz unicestwił ostatniego dementora i wtedy przyszliśmy po ciebie i znaleźliśmy cię na kupie popiołu - żadnego Voldemorta, żadnego Dumbledore'a, żadnego Fawkesa, żadnych różdżek. - Neville zatrzymał się, by wydmuchać nos w chusteczkę. - Poszedłem zabrać cię do Świętego Munga. A ty nadal rozmawiałeś z powietrzem. Powiedziałeś: "Żegnaj, wkrótce się zobaczymy", a potem przechyliłeś głowę na bok, jakbyś słuchał odpowiedzi, a potem mruknąłeś: "Dobra, może nie tak wkrótce, ale kiedyś". Później rzekłeś: "Ja też cię kocham" i poszedłeś z nami. Wykończenie dementorów zajęło nam cztery kolejne miesiące i przez ten czas nikt nie wiedział, gdzie byłeś, aż Hermiona dostała tę gęś z Florydy.

- Gdzie się podział Fawkes? Mam na myśli, kiedy to się skończyło. Gdzie teraz jest?

- Och, Harry. - Neville wyglądał, jakby chciał go poklepać po plecach. - Nie wiedziałeś? Pożar feniksa zabija na tej samej zasadzie, co łzy leczą. A finalne spalenie feniksa niesie za sobą śmierć bez możliwości odrodzenia. Używa się go do eksterminacji wampirów. - Spojrzał na swoje dłonie. - Fawkes wiedział, że już nigdy nie będzie mógł powrócić.

Dłonie Harry'ego były lodowate i drętwe - wyciągnięcie różdżki z rękawa zajęło mu trochę czasu.

- Ta jest prawie czarna.

Neville przytaknął.

- Moja stara była jasnobrązowa. I ta jest sztywna. Moja była bardziej giętka.

- Harry. Czy ty nigdy nie zauważyłeś, że masz inną różdżkę?

Harry potrząsnął głową.

- Nawet nie wiem, do kogo ta należała ani skąd się wzięła.

- Powinieneś zabrać ją do Ollivandera.

Harry przytaknął tępo, nadal próbując zgiąć różdżkę.

- Dużo ludzi sądziło, że będziesz musiał umrzeć, by pokonać Voldemorta - powiedział po chwili Neville.

- Zawsze się zastanawiałem, dlaczego tego nie zrobiłem. - Harry wyobraził sobie siebie podczas ostatniej bitwy: Albus trzymający jego prawe ramię, Syriusz podtrzymujący lewe, Ron pomagający mu stać prosto, głos Hermiony w jego uchu. Neville, Colin, Dennis, Remus i reszta, walczący wokół niego z dementorami. Hagrid zabijający Nagini z łzami litości toczącymi się wzdłuż włochatych policzków. Bill ginący na czele armii goblinów, Syriusz umierający z laską w dłoni, Lark Brown uśmiercona, kiedy wychodziła z łódki, Dumbledore odchodzący z uśmiechem na twarzy... - Może gdybym zrobił to, co do mnie należało, to bym umarł.

***

Był tak wyczerpany, że zdawało mu się, że od oskarżenia Malfoya minęły całe dnie. Ale skrzydło szpitalne musiało i tak zostać rozminowane, niezależnie od tego, czy miał energię na żywienie urazów czy nie.

Kiedy przybył z buteleczką olejku, Malfoy już tam był, trzymając za plecami świecę. W bladym Lumos, jakie rzucił, jego włosy zdawały się być prawie białe.

- Czy już powiedziałeś Hermionie? O tym, że znak jest zaminowany?

Malfoy przytaknął bez odwracania się twarzą w stronę Harry'ego.

- Byliśmy w stanie rozszyfrować wszystkie symbole i zrobić dobrą kopie do archiwum. Jej nazwisko też na nim jest. Guz mózgu. Jestem pewien, że śmierciożercy uważali to za bardzo dobry żart.

Obrócił się i strząsnął włosy z twarzy.

- Potter, chciałbym... przeprosić. Za mój wybuch.

Usta Harry'ego zadrgały.

- Twój wybuch. - Malfoy wyglądał na niezadowolonego, ale czuł wzbierającą w nim powoli histerię. - Malfoy, nasza cała historia składa się z jednego wybuchu po drugim, jeszcze od czasu, gdy mieliśmy jedenaście lat. Chcesz za wszystkie przepraszać?

- Z pewnością nie - zaprzeczył cierpko Malfoy. - Moje wybuchy były w większości umotywowane. Nadal przy nich obstaję. - Harry nie był pewien, ale przyszło mu na myśl, że Malfoy powstrzymywał się od śmiechu.

- Dobra. Jedne przeprosiny za jeden ostrożnie wybrany wybuch. Załatwione - wyciągnął rękę. - Zapomniałem.

Dłoń Malfoya była chłodna, gdy zetknęła się z Harry'ego. Trzymał ją przez moment, jakby zapomniał jak puścić, aż Malfoy obdarzył go dziwnym spojrzeniem.

- Byłem dzisiaj zobaczyć się z Neville'em - powiedział Harry jakby to miało cokolwiek wyjaśnić. I faktycznie tak było, ponieważ Malfoy odpowiedział: "Rozumiem." I wziął z jego dłoni butelkę z olejkiem.

W tym pomieszczeniu prawdopodobnie było z początku bardzo dużo min, jednakże większość została zdetonowana. Chociaż kilka pozostało i zdjęli, co mogli, zabezpieczając resztę, pracując między łóżkami z dziećmi unieruchomionymi przez śpiączkę Consopium, wokół półek z zapasami, dookoła prawie pustej gabloty, w której przechowywane były eliksiry, kiedy było co przechowywać.

Potem, kiedy Malfoy zwijał swoje notatki, a na końcu wyrzucał resztkę świecy, Harry szukał rozrywki lewitując wypchanego królika z zapasu zabawek, które sofia trzymała ku pociesze młodszych dzieci.

- Wiesz, w połowie masz rację - powiedział.

- Spore ustępstwo - Malfoy wylewitował misia noszącego tiarę. Harry posłał do niego królika i zabawki zaczęły walcować.

- Nie wybrałem strony światła; to ona wybrała mnie. I sporo mnie to kosztowało. Na przykład moje dzieciństwo.

Twarz Malfoya, gdy obserwował tańczące zabawki, była pozbawiona wyrazu.

- To dobrze, że możesz to teraz nadrobić.

 

Poprzedni rozdział

Następny rozdział

Spis treści