Choroba Starego Pierdziela

Kiedy Harry po raz pierwszy zaczął zauważać, że coś jest nie tak, jednocześnie zaniepokoiło go to i zawstydziło. W końcu, znaki pojawiły się prawdopodobnie już wcześniej, ale on po prostu je zignorował, albo zamiast tego, zamiótł je pod jakiś mentalny dywan. Jeśli miał być ze sobą szczery, to powinien był zauważyć wcześniej.

Severus chudł. Dużo kaszlał - czasami ostro - i widać było, że sprawia mu to ból. Za każdym razem, gdy te ataki kaszlu dobiegały końca, patrzył na Harry'ego groźnie, z cieniem starego, zapamiętałego gniewu, jakby rzucając mu wyzwanie, by ten coś powiedział.

Harry nie podnosił rękawicy - czarny błysk w spojrzeniu nadal wystarczył, by go od tego odwieść, nawet jeśli niósł w sobie więcej ciepła, niż kiedyś.

Kiedy jednak Severusem wstrząsnął znacznie silniejszy od wszystkich poprzednich atak kaszlu i mężczyzna wymknął się do łazienki, by wrócić z nosem uniesionym w górę i spojrzeniem pod tytułem: "zajmij-się-swoimi-pieprzonymi-sprawami-Potter", Harry zauważył niebieskawy odcień skóry wokół jego ust.

Postanowił, że nie pozwoli zbyć się wymówkami i zaplanował zasadzkę. Gdy Severus po raz kolejny opuścił pokój z powodu ataku kaszlu, Harry podążył za nim tak cicho i niespostrzeżenie, jak przystało na eks-aurora, którym był. Udało mu się dostać do łazienki, zanim Severus miał szansę zamknąć drzwi.

Jedno spojrzenie w zmęczone, nagie i bezbronne oczy Severusa opowiedziało Harry'emu większość historii.

Severus próbował zahamować napad kaszlu - gorszy, niż te, na które kiedykolwiek pozwolił Harry'emu patrzeć - ale zupełnie mu się to nie udawało. Z zażenowaniem odkaszlnął do umywalki gęstą, złowieszczo wyglądającą mieszaniną krwi i śliny.

- Dlaczego mi nie powiedziałeś? - Harry zażądał odpowiedzi.

- O czym ci nie powiedziałem? Że mam lekki kaszel? - Severus nie był w stanie zamaskować bólu w swoim głosie. Oparł się tyłem o umywalkę, a Harry dostrzegł spływające po jego czole krople potu.

- To nie jest "lekki kaszel". Wypluwasz sobie płuca.

- Nic podobnego. To tylko objaw czegoś, co przychodzi do nas wszystkich - starości. Och, nazwij to Chorobą Starego Pierdziela, jeśli chcesz. Wszyscy na to zapadamy. Jestem starym pierdzielem, więc to musiało się prędzej czy później zdarzyć. - Obdarzył Harry'ego skąpym uśmiechem.

Harry'emu jednak wcale nie było do śmiechu.

- Nie traktuj mnie protekcjonalnie, stary grzybie. Przestań zwracać się do mnie tak, jakbym miał dwadzieścia jeden lat.

-Prawdopodobnie robię to dlatego, że jesteś o dwadzieścia jeden lat młodszy ode mnie.

- Mam osiemdziesiąt sześć cholernych lat!

- A ja mam sto siedem. Gdybym został w świecie mugoli, to dostawałbym coroczne życzenia od króla Karola IV.

- Jak długo to trwa?

Severus zawsze był mistrzem w odpowiadaniu na niechciane i zbyt dociekliwe pytania. Udawał, że źle je odczytał i udzielał informacji na zupełnie inny temat. To był jego chleb powszedni, coś na kształt konwersacyjnej oklumencji. Sarkazm, jak zawsze, stanowił opcjonalny dodatek, którego użycie zależało od nastroju Severusa.

- Przypuszczam, że zwyczaj wysyłania przez króla życzeń mugolskim stulatkom został zainaugurowany za panowania Jerzego V... - zaczął, by przerwać z zaskoczeniem, gdy Harry rzucił się na niego w furii.

- Zamknij się, zamknij się, zamknij się! Bądź poważny, tu chodzi o coś ważnego! Przestań robić sobie jaja! - wrzeszczał Harry. Nawet na Severusie musiało to zrobić wrażenie.

***

Po nieuniknionej, karczemnej awanturze, podczas której Harry z różnym powodzeniem uchylał się przed salwami najbardziej jadowitego sarkazmu Severusa i z której wyszedł ze wstrząsem psychicznym - ale nadal przestraszony i wściekły - udało mu się nakłonić Severusa do odwiedzenia pani Pomfrey.

Po zamordowaniu Albusa Dumbledore'a Severus już nigdy nie wrócił do pracy Hogwarcie. Kiedy cała prawda o tej tragedii została ujawniona, mógł odzyskać swoją posadę, ale jako że jego życie było pełne przeklętej czarnej magii, nie chciał mieć z nią już więcej nic wspólnego. Miał trochę oszczędności i pieniądze ze sprzedaży domu przy Spinner's End - pewni deweloperzy chcieli przywrócić dzielnicy dawną świetność, i mimo że Severus uważał ich za głupców, nie zamierzał zaglądać darowanemu koniowi za trzysta tysięcy mugolskich funtów w zęby. Razem pieniędzy było tyle, że doszedł do wniosku, iż jeśli nie będzie rozrzutny, to starczy mu ich do końca życia. Przemyślał sobie wszystko dokładnie i osiedlił się w małym domku na obrzeżach Hogsmeade (daleko od spojrzeń gapiów). Z pogardą odmówił przyjęcia kilku wielce lukratywnych propozycji opowiedzenia swojej historii, pochodzących z prasy czarodziejskiej i generalnie "zajął się sobą", jak określiłby to jego mugolski ojciec. Severus nie zamierzał odmawiać sobie używania tej doskonale zwięzłej frazy tylko dlatego, że ten stary niedojda, Tobiasz Snape zwykł robić to samo. Dokładnie opisywała ona styl jego życia.

Zamieszkiwał wtedy swego rodzaju niziny monotonnego spokoju, co po latach niebezpieczeństw i grozy było dokładnie tym, czego pragnął i potrzebował. Żadnych emocjonalnych wzlotów - tylko nadchodzące po sobie, zwyczajne dni; niekończące się, powolne godziny, podczas których mógł odwrócić się tyłem do wszystkiego, co się wydarzyło i wreszcie poszukać sensu swojego życia. Po kilku latach przestały go dręczyć koszmary o przeszłości. Już nie budził się, kurczowo ściskając swoje przedramię - to, które wcześniej nosiło Mroczny Znak - czując fantomowe pieczenie, przekonany, że wszystko zaczęło się od nowa i że jest właśnie wzywany. Przestał raz za razem przyglądać się, jak Albus Dumbledore spada i spada w nieskończoność z Wieży Astronomicznej Hogwartu - to konkretne wspomnienie było prawdziwym, choć nigdy niewypowiedzianym powodem, dla którego odmówił powrotu do szkoły - w złym śnie przychodzącym po poprzednim złym śnie. Powoli rany zaczęły się zabliźniać.

Zaczął uprawiać ogródek i nauczył się gotować, wykazując większy talent w tym drugim, co nie było znowu tak zaskakujące, biorąc po uwagę jego umiejętności w przyrządzaniu eliksirów.

Rzadko kiedy spotykał ludzi ze swojej przeszłości - większość jego znajomych śmierciożerców nie żyło, gniło w więzieniach lub wyjechało za granicę - w pośpiechu i na stałe - a nigdy jakoś nie czuł się swobodnie wśród zwolenników Zakonu Feniksa. Samotność odpowiadała mu całkowicie - aż do momentu, w którym dobiegła końca.

To wydarzyło się dziesięć lat po ostatecznym upadku Voldemorta. W Hogsmeade odpalano fajerwerki, ludzie świętowali, jak zwykle, a on, jak zwykle, nie miał najmniejszego zamiaru się do nich przyłączać. Był więc bardzo zaskoczony, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Gdy poszedł je otworzyć, mamrocząc pod nosem przekleństwa, ku swojemu zdumieniu odkrył za nimi Harry'ego Pottera, przestępującego z nogi na nogę. Potter dobiegał wtedy trzydziestki, ale nadal wyglądał tak chłopięco, jak zawsze, nie różniąc się zbytnio od Chłopca, Który Wykończył Voldemorta.

Severus przez chwilę rozważał możliwe opcje: zatrzasnąć mu drzwi przed nosem, czy rzucić w niego inwektywą i wtedy zatrzasnąć drzwi? Przyszedł mu jednak na myśl lepszy sposób obrażenia Pottera i Severus pochwycił go z ochotą.

- Czego ty u diabła chcesz? Skorzystać z toalety? W wiosce jest publiczna. Tam idź!

Bohaterski Harry Potter wyglądał na gotowego do ucieczki i jednocześnie walczącego ze sobą ze wszystkich sił, aby tego nie zrobić. Widok tak ewidentnego strachu był niezmiernie satysfakcjonujący dla Severusa, który pospiesznie stłumił uśmiech zadowolenia. Harry przemówił piskliwym z przerażenia głosem:

- Chcę wiedzieć... wszystko... poznać twoją historię.

- Dlaczego, do cholery? Jakie to ma znaczenie?

- To dla mnie ważne - odparł Harry z zaskakującą pasją w głosie.

- Naprawdę? Upłynęło już dziesięć lat, więc ta sprawa nie mogła być zbyt wysoko na liście twoich priorytetów.

Harry przekonał się, że drwiący uśmieszek Severusa nie zmienił się z czasem ani odrobinę.

- Zebranie się na cholerną odwagę zajęło mi całe dziesięć lat - powiedział, gotowy zakończyć to i zerwać się do biegu, gdyby Severus zrobił jeszcze jakąś zgryźliwą uwagę.

Severus pociągnął nosem z irytacją. Harry zdał sobie sprawę, że wybuchowy, tłustowłosy zgred (tak samo ohydny, jak zawsze) zdołał bez najmniejszego wysiłku odtworzyć ich starą relację między poirytowanym nauczycielem a krnąbrnym uczniem, i tym samym cofnąć ich o dziesięć lat życia. Sarkastyczny sukinsyn.

Niepewny, co właściwie się dzieje i z pewnością niemający zielonego pojęcia, dlaczego to zrobił, Severus powiedział grobowym tonem: "A więc wejdź, Potter" i otworzył szerzej drzwi. Harry wszedł.

***

Kiedy Severus przygotowywał herbatę, Harry ostrożnie rozglądał się dookoła. Z zewnątrz chatka zdawała się być bardzo mała, jednopoziomowa i raczej niestabilna, ale mimo tego przyjemna dla oka. Otaczający ją ogród wyglądał tak, jakby od niedawna ktoś zaczął o niego dbać.

Kiedy weszli do środka, Severus zaprosił go do ciasnego saloniku, w którym stała wyleniała kanapa, kilka rozklekotanych foteli, niewielki stolik i nie licząc książek, których całe rzędy wznosiły się w górę ścian, już nic więcej.

Potem Severus wrócił z herbatą - szatańsko mocną, z dodatkiem ohydnego, kleistego mleka z puszki, które nie poprawiało jej smaku w najmniejszym stopniu, a raczej sprawiło, że była jeszcze bardziej paskudna. Harry pił ją uprzejmie ze źle udawanym smakiem, nie przekonując Severusa ani trochę. Dużo później Harry dowiedział się, że gdy Severus był dzieckiem, jego rodzina piła herbatę w ten właśnie sposób. Od czasu do czasu Harry zastanawiał się, czy to czasem nie przez ten napój Severus był zawsze w złym humorze.

Severus usiadł naprzeciwko Harry'ego i zaczął mówić.

***

To była długa historia - opowiedzenie jej zajęło mu ponad dwie noce. Zdołał jakoś zmiękczyć ostry ton swojego głosu, który pojawiał się zawsze, kiedy wspominał z goryczą ojca Harry'ego i jego przyjaciół, choć kosztowało go to wiele, niemalże nadludzkiego, wysiłku. Widać trzeba było aż dziesięciu lat, by ostrze bólu i gniewu Severusa stępiało. Czymkolwiek było to spowodowane, chłopak słuchał i chłonął wszystko, wyraźnie zainteresowany i pełen szacunku - właśnie szacunku - i to przesądziło sprawę. Szacunek. Autentyczne wrażenie respektu ze strony Harry'ego przedostało się przez bariery Severusa.

Harry odszedł, nawet nie myśląc, by jeszcze kiedyś powrócić, a i Severus z całą pewnością nie zamierzał go zapraszać. Jednakże, mniej więcej rok później, znów zadzwonił dzwonek do drzwi. Harry właśnie objął starą posadę Severusa jako nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią.

- Nigdy nie myślałeś o powrocie? - spytał Severusa.

- Nigdy. - Tak naprawdę to myślał o tym często, zwykle z dreszczem obrzydzenia, ale nie zamierzał zwierzać się z tego Harry'emu.

Harry zaczął wpadać od czasu do czasu, nigdy nie zostając dłużej, niż godzinę. Szybko stał się dla Severusa jedynym połączeniem ze światem zewnętrznym. Pewnego dnia Severus zdał sobie sprawę, że coraz bardziej wyczekuje jego wizyt. Czasem zdarzało się, że Harry'emu wymknęło się przypadkiem kilka słów, czy to na temat jego przeszłości, czy teraźniejszości, i Severus wreszcie zrozumiał, że Harry nigdy nie był tym złotym dzieckiem szczęścia, za które Severus zawsze go uważał, zazdroszcząc mu i pogardzając nim w równym stopniu. Prawdę mówiąc ich historie miały ze sobą więcej wspólnego, niż Severus kiedykolwiek by pomyślał. Tak więc znajomość umożliwiła pojawienie się tolerancji, a później cichej, wzajemnej sympatii.

***

Trwało to przez mniej więcej dziesięć lat. Jeśli Severus uświadamiał sobie swoje uczucia - te wykraczające poza ramy przyjaźni - to zdążył je stłumić prawie zanim w pełni zdał sobie sprawę z ich istnienia. W końcu ta dziwna, improwizowana i okazjonalna interakcja była bliższa przyjaźni niż wszystko, co kiedykolwiek miał, i prawdopodobnie tak też miało pozostać. Równie dobrze mógł się tego trzymać.

Zanim zdążył się obejrzeć, Harry przekroczył czterdziestkę. Nadal był kawalerem, co zaskakiwało Severusa, ale ostatecznie nie było to jego sprawą. Pewnej nocy, gdy Severus przygotowywał swój wieczorny posiłek, Harry zjawił się całkiem nieoczekiwanie.

Otworzył drzwi. Jego wzrok został przykuty przez płonące, zielone oczy Harry'ego. I w jednym, niekończącym się, odurzającym momencie wiedział. Obaj wiedzieli. Od jak dawna? Być może przez lata. Być może od zawsze. Nie musieli nic mówić, bo wszystko zdawało się być już powiedziane, ze szczegółami, raz po raz.

Tak więc Severus nic nie powiedział.

- Chcesz coś do jedzenia? - zapytał, siląc się na lakoniczny ton, by ukryć burzące się w nim emocje.

- Wystarczy też dla ciebie?

- Tak, mam irlandzki gulasz, wystarczająco dużo dla dwóch osób. Zamierzałem zjeść dzisiaj połowę, a resztę odgrzać jutro, ale w takim razie po prostu przygotuję sobie coś nowego.

Zjedli gulasz - który był wyśmienity - przy uprzejmej, neutralnej rozmowie. Severus zebrał naczynia, pozmywał i wrócił. Harry'ego nie było. Z niewiadomego powodu poczuł się rozczarowany i zirytowany jego nieuprzejmym i pośpiesznym wyjściem - nawet bez cholernego uprzedzenia. A więc mimo wszystko okazało się, że on, stary głupiec, błędnie odczytał sygnały. Podziękował sobie w myślach za to, że nie zdradził się przy nim ani słowem. Dwie minuty później odkrył Harry'ego w swoim łóżku.

Mógł zapytać "Dlaczego?" albo "Jak?", ale to był kolejny darowany koń, któremu nie należało się zbyt krytycznie przyglądać, więc powstrzymał swój język.

Niezręcznie zgasił świece i dopiero wtedy się rozebrał; nie był jeszcze gotowy na to, żeby pozwolić na siebie patrzeć. W ciszy wślizgnął się między prześcieradła.

I to było wszystko.

***

Nigdy o tym ze sobą nie rozmawiali, a Severus z całą pewnością nie zamierzał się dzielić informacjami o swoim prywatnym życiu z nikim z zewnątrz. Nie miał też pojęcia, czy Harry zwierzył się z ich związku któremuś ze swoich przyjaciół. Następnego dnia po prostu wprowadził się do jego chatki, nie rezygnując przy tym z nauczania w Hogwarcie. Od czasu do czasu wybierał się gdzieś, czy to jako ambasador quidditcha, czy też po to, by rozmawiać o tym, co Severus ze złośliwą satysfakcją, głównie po to, by zdenerwować Harry'ego, nazywał "Zwycięstwem Światła". Severus zawsze wtedy zostawał w domu; nie pragnął niczego ponad to, co mieli. Dostał więcej, niż kiedykolwiek oczekiwał i czuł, że w pewnym sensie przeszłość została mu przebaczona.

Czy ich życie było doskonałe? Nie, nie było, jak można by się tego spodziewać po związku dwóch tak skrajnie niepodobnych indywidualności. Severus był drażliwy, wymagający, uparty - życie z nim graniczyło z niemożliwością, jak to wykrzykiwał Harry za każdym razem, gdy go zostawiał, co działo się przeciętnie raz na trzy miesiące. Severus, ze swojej strony, nigdy nie przepuszczał okazji do wytknięcia Harry'emu, że jest bałaganiarskim, nierozważnym durniem, który nigdy nie zhańbił się wzięciem do ręki książki, dokładnie takim samym, jak jego ojciec, tyle, że gorszym, bo Severus nigdy nie musiał dzielić łóżka z Jamesem Potterem i pozwalać mu na ściąganie z siebie kołdry. To znienawidzone porównanie nieuchronnie powodowało, że Harry w pośpiechu pakował walizkę i wymaszerowywał z chatki. Zwykle przy tym krzyczał: "I nawet sobie nie wyobrażaj, że tym razem wrócę na kolanach!" i podkreślał swoją wypowiedź głośnym trzaśnięciem wejściowych drzwi. Harry przenosił się zwykle do swoich komnat w Hogwarcie, które wciąż zajmował, wściekając się i przysięgając sobie, że to już naprawdę koniec. Jednak rano przy stole nauczycielskim w Hogwarcie nieuchronnie pojawiała się znajoma sowa, niosąc świstek pergaminu, na którym widniało zwięzłe, spiczaste pismo: "Przepraszam.". Wracał jeszcze tego samego dnia.

Ciągnęło się to przez czterdzieści dziwnych lat.

***

Poszli do Hogwartu, do skrzydła szpitalnego. Na szczęście chwilowo nie było ono okupowane przez żadnych uczniów.

- Zguba Warzyciela - brzmiała zwięzła diagnoza Poppy Pomfrey, wygłoszona po osłuchaniu klatki piersiowej Severusa. Nie był zaskoczony, gdyż z grubsza sam już podejrzewał u siebie tę dolegliwość. - Toksyczne opary, wyziewy, Harry.

-- Nie rozumiem tego - powiedział Harry. - Horacy Slughorn był Mistrzem Eliksirów o wiele dłużej, niż Severus, a dożył stu czterdziestu czterech...

- Horacy nie warzył niektórych eliksirów, które przygotowywał Severus - zripostowała cierpko, spoglądając na Severusa w sposób, którego Harry nie mógł odczytać.

- Poppy chce powiedzieć - zaczął Severus - że Horacy zawsze warzył legalne eliksiry, a w każdym razie nic naprawdę mrocznego, nic przypominającego to, czym ja zajmowałem się podczas służby u Voldemorta. Zguba Warzyciela jest wywoływana przez niektóre z bardziej toksycznych oparów, które wdycha się podczas warzenia pewnych mrocznych eliksirów. Bez wątpienia znajdą się tacy, którzy potraktują moje odejście z jej powodu za formę poetyckiej sprawiedliwości.

Poppy wzdrygnęła się, mimo że ogólnie rzecz biorąc niewielu ludzi wciąż wzbraniało się przed nazywaniem Voldemorta po imieniu.

- Czy nie mogłabyś...? - zapytał desperacko Harry, patrząc na Pomfrey.

- Harry, na to nie ma lekarstwa - powiedziała smutno, potrząsając głową, brzmiąc współczująco, jak nakazywała przyzwoitość.

Harry posmutniał. Wyglądał żałośnie i bardzo młodo, mimo siwych włosów i zmarszczek wokół oczu.

- Mogę dać Severusowi coś na złagodzenie objawów, ale musisz wiedzieć, że...

Severus zamknął oczy. Nadal miał długie włosy, chociaż teraz były one już w większości białe. Jego cera miała ten sam ziemisty odcień, co zawsze. Twarz była chudsza, a nos, w związku z tym, jeśli to tylko możliwe, wyglądał na jeszcze większy, niż przedtem.

Harry pomyślał: "Zawsze wyglądał niezbyt zdrowo, więc jak ktokolwiek może być pewien, że jest chory?". Potem zdał sobie sprawę, że jest głupi i desperacko chwyta się brzytwy.

- Sześć miesięcy, mam rację, Poppy? - zapytał Severus.

- Szacuję, że mniej więcej tyle. Tak mi przykro, Severusie. - Opuściła pokój, pozwalając Harry'emu zaciągnąć zasłony wokół łóżka, by zapewnić Severusowi trochę prywatności w czasie ubierania się.

Kiedy do nich wyszedł, wyglądał na spokojnego.

- Widzisz? - powiedział. - Choroba Starego Pierdziela, tak, jak ci mówiłem.

Harry nie był w stanie nic odpowiedzieć.

Wyszli z Hogwartu. Harry zauważył, że Severus uparcie unika patrzenia na to miejsce - widocznie nadal nie może znieść wspomnień. To nie był dzień szkolny, więc powoli wrócili na piechotę do Hogsmeade, idąc w ciążącej im ciszy - razem, a jednak osobno. Był pogodny, jesienny dzień, przyroda mieniła się wszystkimi kolorami. Żaden z nich tego nie zauważył; coś było między nimi, coś dużego, brzydkiego i nienazwanego, jak jakieś odrażająco zdeformowane dziecko. Severus nigdy nie był dobry w rozmawianiu o uczuciach i chociaż wiedział, że Harry potrzebuje pocieszenia, brakowało mu słów.

***

Dni mijały, a oni nadal o tym nie rozmawiali. Severus paradoksalnie czuł się o wiele lepiej, a to dzięki eliksirowi na kaszel od Poppy, który zresztą z łatwością uwarzyłby samemu, no ale cóż. Wiedział, że Harry bardzo cierpi, biedny chłopiec - zatrzymał się na chwilę na określeniu "chłopiec" użytym w stosunku do osiemdziesięciolatka, ale przecież zawsze patrzył na Harry'ego jak na chłopca, ostatnio swojego chłopca, a teraz było za późno na zmienianie sposobu swojego myślenia - jednak wciąż nie wiedział, jak poruszyć ten temat.

- A więc, Harry, co do mojej śmierci. - Nie. Po prostu nie.

- Biorąc pod uwagę fakt, że już niedługo mnie tu nie będzie. - Jeszcze gorzej.

- Kiedy mnie zabraknie. - To było najgorsze ze wszystkiego. Co, do jasnej cholery, mówi się w takich sytuacjach? Każdy, którego śmierci on był świadkiem, odszedł prawie bez ostrzeżenia. Albo dzięki niemu. Niech to szlag.

Pewnej nocy Harry wrócił do domu później niż zwykle.

***

Harry wpadł do chatki jak burza. Wyraźnie podekscytowany, zaczął trajkotać. Severus stwierdził, że można kogoś bardzo kochać, ale trajkotanie jest nadal trajkotaniem i nie przestaje być irytujące.

- Zwolnij.

Harry nie zwracał na niego uwagi, kontynuując swoją nadmiernie podekscytowaną paplaninę.

- A więc zamierzam zarezerwować wycieczkę, świstokliki i wszystko! Będziemy mogli zobaczyć wszystkie te miejsca, które zawsze pragnęliśmy odwiedzić.

Ach, a więc to tak. Severus pomyślał, że rozumie.

- Nie. Usiądź, Harry.

Harry usiadł, z uporem wymalowanym na twarzy, który Severus pamiętał z czasów, kiedy uważał go za zgubę swojej nauczycielskiej egzystencji, całe siedem dekad temu. Kontynuował łagodnym tonem:

- Czy kiedykolwiek myślałeś o tej wycieczce, zanim dowiedzieliśmy się, że jestem umierający?

Harry wzdrygnął się na wielki temat tabu. Wreszcie nazwany fakt śmierci stał pośrodku pokoju jak niechciany, wulgarny, nieproszony gość na eleganckim przyjęciu, nie dając się ignorować.

- N-no cóż, tak, pewnego dnia pomyślałem, że moglibyśmy.

- Nie. Nie zrobiłeś tego. Starasz się udawać, że to się nie dzieje. Twoja strategia polega na tym, że wybieramy się gdzieś daleko w nadziei, że śmierć nas tam nie odnajdzie. Jednak tak się nie stanie, gdziekolwiek byśmy nie byli. A poza tym, chciałbym umrzeć tutaj, w domu, w którym zaznałem szczęścia.

Harry zatrząsł się, jakby Severus właśnie wylał na niego kubeł zimnej wody. Jego zielone oczy płonęły.

- To niesprawiedliwe! Nie mieliśmy go wystarczająco dużo.!

- Ja miałem dość, Harry - odpowiedział Severus z zaskakującą delikatnością. Mimo to w oczach Harry'ego pojawiło się cierpienie, więc uniósł dłoń. - Nie, zaczekaj, źle mnie zrozumiałeś. Pozwól mi wyjaśnić. Myślę, że mam tylko jedną szansę na powiedzenie tego. - Wziął głęboki oddech i wreszcie znalazł słowa, które umykały mu przez tak długi czas, a teraz nadchodziły z przerwami, coraz płynniej, gdy zdał sobie sprawę z tego, co musi powiedzieć. Życie jest zbyt krótkie, by marnować je na żal; wiedział o tym lepiej, niż ktokolwiek inny. - Harry, nigdy nie wierzyłem, że uda mi się przeżyć Voldemorta. Kiedy Dumbledore wymyślił to wszystko... ten długi, szalony plan, który zaczynał się od tego, że musiałem go zabić... Chodziło o to, bym miał kompletne zaufanie Voldemorta, gdy w końcu nadejdzie ten dzień, w którym zostaniesz zaprowadzony przed jego oblicze. Plan zakładał, że jeśli ma być przy tym obecny chociaż jeden śmierciożerca, to będę nim ja. Abyś miał jakąkolwiek realną szansę na przetrwanie, ja musiałem tam być, koniecznie. Wiedzieliśmy, że człowiek, który zamorduje Albusa Dumbledore'a stanie się niewątpliwie największym faworytem Czarnego Pana, i nawet śmierciożercy pokroju Bellatriks Lestrange nie będą w stanie podważyć mojej pozycji. Do mnie należało zabicie węża niosącego w sobie horkruks, Nagini, zanim ona zabiłaby ciebie. Takie było moje zadanie i wierzyłem, że będzie ono ostatnim. Nigdy nie marzyłem o tym, że przetrwam. Wszystko, czego pragnąłem to zawarcie pokoju z samym sobą i spłacenie ogromniej ilości długów.

- Nawet po tym, jak udało mi się przeżyć, nie oczekiwałem, że doświadczę szczęścia. Jeden szczęśliwy dzień dla człowieka, którym wtedy byłem, byłby czymś niewyobrażalnym, niemal jak cud. Jednakże, dzięki tobie, dostałem takich tysiące. Cała ta Zguba Warzyciela, czy jak ją nazywać, nic nie znaczy. Jeśli nie ona, to dopadłoby mnie coś innego. Nikt nie żyje wiecznie, wszyscy w końcu się poddajemy. Jestem bardzo szczęśliwy - dostałem sześćdziesiąt lat życia więcej, niż kiedykolwiek oczekiwałem i czterdzieści lat szczęścia, którego nigdy bym sobie nie umiał wyobrazić, ale i tak zawsze zamierzałem kiedyś umrzeć. Choroba Starego Pierdziela, ot, co.

- A co z powstrzymywaniem śmierci? Mówiłeś, że możesz powstrzymać śmierć! Dlaczego akurat nie tę? - pieklił się Harry.

Severus westchnął.

- Potrafię uwarzyć antidota na śmiertelne trucizny, jestem w stanie wyleczyć rany będące powyżej kompetencji każdego mugolskiego lekarza. Jednak mimo że mam taką moc, śmierć nadal istnieje i czeka na nas wszystkich. Tylko jeden czarodziej w historii wyparł się uznania swojej nieuchronnej śmiertelności i obaj wiemy, kim był i co się z nim stało. Umarł.

- Więc kamień filozoficzny... ten eliksir życia, którego używał Flamel... co z nim? - zapytał desperacko Harry.

- Nicolas Flamel był w stanie przeżyć nadzwyczajnie długie życie po części dzięki działaniu eliksiru, a po części dlatego, że był zdumiewająco dobrego zdrowia. Nawet zakładając, że byłbym w stanie zdobyć kamień filozoficzny, potrzebny do jego przygotowania - a jest to obecnie tylko pobożne życzenie - mikstura jedynie podtrzymałaby mnie przy życiu, nie przywracając mi zdrowia. Miałbym Chorobę Starego Pierdziela przez całe lata. Nie chcę cierpieć na to dziadostwo w nieskończoność - mówił powoli Severus.

- Ty po prostu chcesz umrzeć!

- Nie, nie chcę umrzeć, ale to i tak się stanie i nie da się temu zapobiec.

Harry uspokoił się. Chyba w końcu zrozumiał, że nie ma innego wyjścia. Severus uśmiechnął się do niego i ku jego uldze, Harry odwzajemnił uśmiech. Czując, jak emocjonalna presja się zmniejsza, Severus podsumował:

- Póki co powinniśmy żyć tak, jak to zawsze robiliśmy... czyż nie było nam dobrze? Zajmij się pracą i przyspórz mi dumy będąc lepszym nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią, niż ja kiedykolwiek byłem.

- Nigdy wcześniej nie powiedziałeś mi żadnego komplementu. - zauważył z rozbawieniem Harry.

- No cóż, nie spodziewaj się kolejnego - odparł sucho Severus.

- . tylko że to oczywiście nie był prawdziwy komplement. Byłeś beznadziejny. Czy kiedykolwiek ci to mówiłem?

- Tysiąc razy, więc robi się to już nudne. Kolacja prawie gotowa. Idź umyć ręce.

Harry wstał. Oczy lśniły mu od emocji, ale zdołał pójść do łazienki bez żadnego rzewnego przedstawienia po drodze, bo wiedział, że to wytrąciłoby z równowagi ich obu.

***

Harry starał się więc ze wszystkich sił zachowywać tak normalnie, jak tylko mógł. Na początku zastanawiał się, czy Severus nie miałby ochoty odwiedzić przynajmniej tych miejsc, które odegrały ważną rolę w jego życiu, jak Hogwart, żeby w pewien sposób się pożegnać, ale nie spotkał się z żadnym zainteresowaniem dla swojego pomysłu. Severus kontynuował uprawianie ogródka, w czym nie był zresztą zbyt dobry, a Harry zastanawiał się czasem, czy to nie jest jego sposób na pozostawienie czegoś po sobie.

Niezręczne chwile też się zdarzały.

Pewnej nocy, gdy Harry leżał w łóżku, próbując być całkowicie nieruchomo, by nie przeszkadzać Severusowi, usłyszał, jak ten przeklina pod nosem.

- Kurwa!

- Coś nie tak? - zapytał Harry, podpierając się na łokciu i próbując zobaczyć, czy coś się stało.

- Nic nie jest, cholera, nie tak poza tym, że ty traktujesz mnie, jakbym był już martwy.

Harry wyglądał na zaskoczonego. Severus machnięciem różdżki zapalił stojącą przy łóżku świecę, popatrzył na niego i się roześmiał.

- Czego chcesz?

- Trochę cholernego seksu, gdybyś był tak uprzejmy. Nie przełamię się na pół. Może ostatnio nie jestem już w stanie robić tego co noc, ale od czasu do czasu...

- Och.

- Och - powtórzył Severus. - Czy mam to potraktować jako odmowę na moją ponętną ofertę pieprzenia się?

- Ach. Nie, Severusie.

- Więc na co czekasz, do diabła? Choroba Starego Pierdziela nie zrobiła ze mnie eunucha.

***

Przez pierwsze trzy miesiące wszystko szło dobrze. Harry zdawał sobie sprawę, że czas mija, razem ze swoimi ograniczeniami i wartością, i ze względu na to starał się ścierpieć niektóre ze standardowych nawyków Severusa, które tak często doprowadzały go do szewskiej pasji. Jeśli trzymałby się ich zwykłego rozkładu z groźbą separacji raz na trzy miesiące, zmniejszyłby liczbę dni, które pozostały mu z Severusem o dwa, a nie mógł sobie pozwolić na taką rozrzutność. Więc mimo że Severus zdawał się robić z tego, co z uporem nazywał Chorobą Starego Pierdziela tylko swój własny problemem i to na sposób, który tylko on potrafił, Harry robił, co mógł, by uznawać te dziwactwa za ujmujące. Przeważnie mu się to udawało. Powtarzał sobie, że to właśnie mogą być rzeczy, których będzie mu brakowało najbardziej, gdy.

To otwarte przyznanie się do tego, że ich czas nie jest już wieczny zdawało się uwolnić Severusa w dużym stopniu od jego trwającej całymi latami niechęci do dyskutowania na tematy osobiste. Pewnej nocy, po kolacji, wreszcie zapytał Harry'ego o coś, nad czym zastanawiał się już od dawna. Użył bardzo prostego pytania:

- Dlaczego?

- Co "dlaczego"?

- My. To. Byliśmy znajomymi, nawet przyjaciółmi, ale nie sądzę, żebym kiedykolwiek dał ci jakąś wskazówkę, że chciałem więcej. Czyżbym to zrobił?

- Nie, nie zrobiłeś... Widzisz, to było tak. Zanim pokonałem Voldemorta, myślałem, że lubię dziewczyny - i faktycznie, nadal tak jest... trochę... tylko że mężczyzn lubię bardziej. Oczywiście, wtedy o tym nie wiedziałem.

- To dlatego, że ciebie nie uwiódł w Łazience Prefektów Evan Rosier. W obliczu czegoś takiego prawdopodobnie nawróciłbyś się wcześniej. Mnie z całą pewnością pozbawiło to wszelkich wątpliwości.

Harry parsknął śmiechem.

- Tak, racja. Niestety, nie wszyscy możemy liczyć na takie szczęście. W każdym razie, po tym, jak pokonaliśmy Voldemorta, nic nie było takie samo i wiedziałem, że już nigdy nie będzie. Chodzi o to, że nigdy nie miałem zbyt wielkich szans na normalne życie, ale po pokonaniu go zmniejszyły się one prawie do zera. Nikt nawet nie traktował mnie jak istoty ludzkiej. Prawie żałuję, że cię tam nie było podczas pierwszych dni... Wychwalano mnie, dogadzano mi na każdym kroku, ale nikt nie traktował mnie jak normalnego człowieka... Potrzebowałem kogoś takiego jak ty, kto przejrzałby przez tę całą głupotę. No i oczywiście mnóstwo ludzi płci obojga chciało zaciągnąć do łóżka sławnego Harry'ego Pottera.

- To musiało być dla ciebie okropne - skomentował sucho Severus. Harry posłał mu ostrzegawcze spojrzenie, a on uśmiechnął się sardonicznie.

- Kiedy wszystko się trochę uspokoiło, dołączyłem do aurorów, żeby pomóc im dopaść tych wszystkich śmierciożerców i ich zwolenników, ale nadal miałem w głowie trochę bałaganu...

- Miałeś...? - Severus podkreślił pytanie, unosząc lewą brew. To zawsze drażniło Harry'ego, głównie dlatego, że sam tak nie potrafił i nie mógł się zrewanżować.

- Drań! Wiesz, o czym mówię. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie dałem sobie czasu na przemyślenie wielu spraw. Tyle było rzeczy, o których nadal nic nie wiedziałem... o przeszłości, o moich rodzicach. I wtedy uświadomiłem sobie, że jest wciąż na świecie ktoś, kto zna odpowiedzi na wiele z moich pytań. Poza tym nadal do końca nie ogarniałem twojej roli w tym wszystkim i nie wiedziałem, co zmusiło cię do zrobienia tego, co zrobiłeś. Przemyślałem to i zdecydowałem, że muszę się z tobą spotkać, ale coś mnie powstrzymywało. W końcu to Hermiona Weasley zmusiła mnie do przyjścia tutaj.

- Hm. To do niej podobne, jak sądzę. Apodyktyczna paniusia.

- Pomyślałem, że albo mnie przegonisz, albo wygłosisz tyradę na temat mojego ojca, jak to zawsze robiłeś i że odejdę stąd przeklinając cię, albo z poczuciem, że tylko zmarnowałem czas. Potem opowiedziałeś mi swoją historię, a ja wreszcie wszystko zrozumiałem. Ale przede wszystkim zacząłem podziwiać cię bardziej, niż mogłem to wyrazić słowami.

- A czemuż to?

- Ponieważ ty zniosłeś dużo cięższe próby, niż ja... Wystarczyło mi na ciebie spojrzeć i już nie martwiłem się, jak sobie poradzę. Kiedy było mi źle, dodawałem sobie otuchy wyobrażając sobie, jak ty byś sobie poradził w takiej sytuacji, i od razu czułem się lepiej.

- No proszę, pierwszy raz zdarza się, żeby ktoś twierdził, że myślenie o mnie poprawia mu samopoczucie. - powiedział Severus.

Harry spiorunował go wzrokiem, więc Severus zamknął się, zdając sobie sprawę, że to nie jest odpowiednia chwila na sarkazm - cóż, przynajmniej nie w dużych dawkach. Harry kontynuował:

- Zacząłem wyczekiwać spotkań z tobą i wyobrażać sobie, że opowiadam ci o różnych rzeczach. Powoli zdawałem sobie sprawę, że jesteś zwykle jedyną osobą, którą mam ochotę widzieć. Gdy coś się stało, zawsze najpierw myślałem o tobie - byłeś pierwszym, któremu chciałem o tym opowiedzieć. Zanim się zorientowałem, stałeś się najważniejszą osobą w moim życiu.

- Nic z tego, o czym mówisz nie świadczy o niczym więcej, niż o przyjaźni...

- Wiedziałem - upierał się Harry. - Chcę powiedzieć, że już wtedy wiedziałem, że jesteś gejem...

- Proszę, tylko nie to ohydne określenie. Zawsze, kiedy je słyszę, mam wrażenie, że oczekuje się ode mnie że zacznę dreptać w kółko ubrany w cholerną sukienkę w kwiaty, sypiąc na boki celnymi ripostami.

Harry zamarł na chwilę, gdy w jego umyśle pojawiła się wizja zainspirowana słowami Severusa. Potrząsnął głową, by się jej pozbyć. Może później, w samotności, będzie chciał się z tego pośmiać, ale gdyby teraz zaczął, prawdopodobnie nigdy by już nie skończył.

- No dobrze, więc...

- Mów po prostu "inny", tak będzie lepiej.

- No dobrze, a więc "inny"... Nikt tego tak dzisiaj nie nazywa.

- Ja nazywam.

- W każdym razie wiedziałem, że byłeś inny, ale oczywiście nie miałem skąd dowiedzieć się, czy się mną interesujesz. Wiedziałem, że cię pragnę. Potem pomyślałem: co będzie, jeśli mu powiem i okaże się, że on nie jest zainteresowany? Zniszczę wszystko, co między nami jest. Zdecydowałem więc, że poczekam i zobaczę, i może lepiej nie podejmować żadnych kroków. Jednak kiedy z takim właśnie postanowieniem poszedłem się z tobą zobaczyć, coś na mojej twarzy musiało mnie zdradzić...

- Tak było... Żaden z ciebie oklumenta, Harry.

- Zmierzając do sedna... Kiedy otworzyłeś drzwi, zobaczyłem to samo na twojej twarzy. Najlepsze było to, że nigdy nie musiałem niczego wyjaśniać, o niczym z tobą rozmawiać, o nic pytać. To po prostu było. My po prostu byliśmy. Od zawsze.

***

Po trzech miesiącach względnego zdrowia Severus zaczął słabnąć.

Pewnego ranka Harry wyszedł z domu, nie budząc go, ale kilka minut później musiał wrócić, bo zapomniał czegoś zabrać. Ku swojemu zaskoczeniu znalazł Severusa siedzącego na brzegu łóżka, nagiego i najwyraźniej nie będącego w stanie podnieść się z niego o własnych siłach. Kilka dni później Severus przestał rozbierać się przy świetle - Harry położył to na karb tego, że nigdy nie czuł się swobodnie, odsłaniając swoje ciało. Jego stan wyraźnie się pogarszał, ale Severus robił, co mógł, żeby ukryć postępujące zmiany z charakterystyczną dla siebie dumą i uporem.

Już kiedy Harry wprowadził się do niego, Severus nie był Adonisem - w rzeczywistości nigdy nim nie był. Jednak dawniej w jego chudym ciele była siła, a teraz nawet jej zabrakło. Kości jego ud i miednicy wystawały jak dziwna płaskorzeźba. Dzięki lepszym warunkom życia Severus miał już nawet zaczątki lekkiego brzuszka, ale teraz nie pozostało po nim ani śladu.

Harry zdecydował się zrezygnować z nauczania i dzięki uprzejmości Poppy skontaktował się ze Świętym Mungiem, by skorzystać z usług uzdrowiciela. Severus do samego końca pozostał kłótliwym mizoginem, który nie życzył sobie, żeby opiekowały się nim kobiety, o czym poinformował Harry'ego z dającym się przewidzieć uporem. Nie zgodził się też, żeby uzdrowiciel zamieszkał w chatce, więc spędzał on noce w Trzech Miotłach, przychodząc tylko w ciągu dnia. Harry i tak wykonywał większość jego pracy, gdyż w głębi serca chciał to robić. Każda chwila z Severusem była dla niego bezcenna.

Niestety, jego wyobrażenie o tym, jak wygląda śmiertelna choroba nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Naiwnie sądził, że to będzie łatwe, konstruując w swoim umyśle obraz zalanego słońcem pokoju chorego, który stanie się najważniejszym pomieszczeniem w domu. Oczekiwał, że w ostatniej fazie nie będzie nic, poza delikatnie uśmiechającym się i pełnym wdzięczności Severusem, który będzie może trochę bardziej wątły, ale wciąż ten sam. Był tylko jeden problem - Severus nie cierpiał, gdy się nim opiekowano i nigdy nie przepuszczał okazji, by dać wszystkim do zrozumienia, jak bardzo gardzi swoją chorobą.

Jego zachowanie nie było jednak dla Harry'ego całkowitym zaskoczeniem. Gdyby przemyślał wszystko dokładnie, zamiast ograniczać sobie perspektywę wariackim optymizmem, to mógłby przewidzieć z grubsza styl zachowania Severusa: dąsy urozmaicone wybuchami gniewu. Harry rozumiał, że dla tak bardzo skrytego człowieka, jakim był Severus, fizyczna zależność była upokarzająca i irytująca, jak nic innego. Jednak mimo wszystko nie był przygotowany na aż tak miażdżącą krytykę, i to w najdrobniejszym szczególe. Severus nieustannie drwił z jego kuchni, która rzeczywiście wypadała nieszczególnie w porównaniu z tym wszystkim, co potrafił przyrządzić Severus, ale na litość boską; przecież Harry starał się, jak mógł. Często odmawiał zjedzenia całkiem przyzwoitych posiłków, które Harry przyrządzał godzinami w nadziei na dogodzenie jego kapryśnemu podniebieniu. W domu nie jest wystarczająco czysto? Oczywiście, że to wina Harry'ego, mimo że wszystko jest we względnym porządku, a Harry słania się ze zmęczenia z sercem ściśniętym z żalu.

Tak naprawdę to Severus wiedział, że jedzenie, które Harry mu przygotowuje nie jest aż takie złe, i że dom jest utrzymany całkiem przyzwoicie. Problem tkwił w tym, że nie miał apetytu ani na jedzenie, ani, jak się wydawało, na życie. Byłby o wiele szczęśliwszy, gdyby pozwolono mu doczekać końca przy zachowaniu odrobiny samodzielności, ale tymczasem każdy dzień przysparzał mu coraz więcej bólu, a zabierał w zamian jakąś cząstkę jego samego. Stawał się coraz cięższym brzemieniem, coraz większym problemem. Nienawidził tego bardziej, niż mógł to wyrazić słowami, a jego frustracja miała tylko jedno możliwe ujście i była nieuchronnie wyładowywana na kimś, na kim zależało mu najbardziej - na Harrym. Wiedział, rzecz jasna, że Harry staje się coraz bardziej zmęczony, coraz bardziej przybity... i tego też nienawidził. Więc wybuchał, a potem czuł się gorzej, niż kiedykolwiek. Czasami żałował, że nie może się pospieszyć i już, do cholery, umrzeć i przestać być dla wszystkich wrzodem na tyłku, rujnując biednemu Harry'emu życie.

Harry natomiast czasem nienawidził tego rozkazującego, władczego nieznajomego, który tylko stawia żądania i wszystko krytykuje. Czy on kiedykolwiek kochał tego człowieka? Wydawało się to niemożliwe. Ciągle był zmęczony, ciągle się martwił, i nikogo zdawało się to nie obchodzić. Czasami chciał, żeby koniec już przyszedł, a potem nienawidził się za to, że myśli w ten sposób. Nie miał nikogo, komu mógłby się zwierzyć; wiedział, że gdyby przyznał się do czegokolwiek, wszyscy dowiedzieliby się, jaki z niego mały, samolubny gnojek - i to w takiej sytuacji. Czuł się głęboko zawstydzony samym sobą.

Dni i noce były bolesne i okropne, ale jakoś je przetrwali i udało im się przystosować. Ciągle zdarzały im się piekielne awantury - zwykle wybuchały zaraz po tym, jak uzdrowiciel zamykał za sobą drzwi. W jego obecności ograniczali się do syczenia sobie nawzajem dziecinnych wyzwisk i wpatrywania się w zegar w oczekiwaniu, aż będą mogli sobie pozwolić na otwartą wojnę. Kłótnie raniły ich, ale też oczyszczały atmosferę. Poza tym, na swój perwersyjny sposób, Severus lubił przekonywać się, że w jego życiu wciąż jeszcze zostało coś normalnego. Jego egzystencja stała się ostatnio całkiem bezbarwna, i co najgorsze ze wszystkiego, nudna.

Harry zdawał sobie sprawę, jak bardzo dłuży mu się czas, więc zaczął mu czytać. Było to nadzwyczaj męczące dla nich obu: dla Harry'ego, ponieważ zawsze uważał czytanie za nudne, a dla Severusa, ponieważ Harry czytał zbyt wolno, jak na jego wymagania. Wiedząc jednak, jak wiele wysiłku kosztuje to każdego z nich, żaden nie ważył się zasugerować zaprzestania rytuału. Kontynuowali go więc, choć obaj w duchu odczuwali ulgę za każdym razem, gdy dobiegał końca.

Kiedy w powietrzu można już było poczuć wiosnę, Severus z pomocą Harry'ego zaczął wychodzić do ogródka, by nadzorować go tam podczas pracy. To był znacznie lepszy pomysł na rozrywkę, niż czytanie i relacje między nimi znacznie się poprawiły. Nie trzeba oczywiście wspominać, że wszystko, co robił Harry było nie tak, ale na świeżym powietrzu krytyka wydawała się mniej bolesna i osobista. Harry w sekrecie cieszył się, że Severus zdaje się być szczęśliwszy. Jego ciało mogło się poddawać, ale umysł płonął jasnym blaskiem.

Pewnego ciepłego, wiosennego dnia, kiedy Severus siedział oparty o pień drzewa, Harry poczuł nagle ze smutkiem, że koniec nie może już być daleko. Severus był okropnie wychudzony i ku swojej niepomiernej irytacji, co chwilę zasypiał. To wszystko świadczyło o tym, że traci kontrolę nad samym sobą. Bardzo go to denerwowało, bo przez ponad wiek wyciskał ze swojego ciała tyle energii, ile tylko potrzebował, a teraz ono go zawodziło. Przeklinał zmiany, jakie wywołała w nim Choroba Starego Pierdziela i w końcu ogłosił, że wolałby, by była szybsza. Harry nic nie odpowiedział. Samolubnie pragnął, by trwało to jak najdłużej. Jednocześnie potrzebował więcej czasu jak i chciał, by ewidentne cierpienie Severusa dobiegło końca.

- Będzie mi brakowało tego widoku - powiedział nagle Severus.

- Czego? Ogrodu? Sądzę, że masz rację - odpowiedział Harry.

Severus uśmiechnął się. Wyglądał na bardzo słabego i wyniszczonego. Jego oczy były nadal czarne, jak zawsze, ale teraz było w nich ciepło, jakiego nie miały w młodości.

- Jesteś dobrym Gryfonem. Trzeba odwagi, żeby nie udawać... Jestem ci za to wdzięczny.

Nie wspominając już o umiejętnościach aktorskich cholernej mugolskiej gwiazdy filmowej, pomyślał Harry. Nie mógł znieść myśli o straceniu Severusa, ale nie skazałyby go na życie, którego jakość tak bardzo się pogorszyła.

Severus milczał przez chwilę, zanim nie zaczął znowu mówić:

- Byłbym zadowolony, gdybyś sobie kogoś znalazł. Zasługujesz na szczęście.

Harry powstrzymał się od kąśliwej uwagi, że w wieku ponad osiemdziesięciu lat jego szanse na nowy związek były raczej małe. Chciał też wrzasnąć: "Byłem cholernie szczęśliwy, czy ty tego nie widzisz?", ale to też stłumił. Wiedział, że nieważne, jak ciężkie to się okaże - w końcu będzie musiał odnaleźć sposób na to, by pozwolić Severusowi odejść. Komentarze tego typu były zawsze sposobem Severusa na zbudowanie między nimi muru i ustawienie się na stałe po jego przeciwnych stronach, przygotowując ich obu na nadchodzącą rozłąkę. Harry musiał podążać za jego wskazówkami i nie okazywać żalu, ani tym bardziej nie zrzucać na wychudzone ramiona Severusa żadnej winy. Zadowolił się więc jedynie cichym "zobaczymy".

Trzy dni później, wczesnym rankiem, przyszedł koniec. Kiedy Harry próbował sobie później coś z tego przypomnieć, pamiętał jedynie drobne szczegóły, takie jak snop porannego światła, oświetlający łóżko, na którym Severus siedział oparty na poduszkach, żeby łatwiej mu było oddychać. Harry słysząc, jak jego oddech staje się coraz bardziej wymuszony i urywany domyślił się, że koniec już prawie nastąpił, więc nie chciał odejść od jego boku ani na chwilę. Spędził przy łóżku całą noc - w ciągu ostatnich godzin Severus na przemian tracił i odzyskiwał przytomność, a Harry wiedział, że każdy jego oddech może być ostatnim, że Severus po prostu przestanie oddychać. Jak można się było domyślić, przez cały czas trwania swojej choroby Severus odmawiał przyjmowania jakichkolwiek eliksirów nasennych, stwierdzając oschle, że jedyne prawdziwe lekarstwo na Chorobę Starego Pierdziela jest już blisko, a potem dostanie tyle snu, ile zechce.

Nagle Severus odezwał się z trudem.

- Harry - powiedział i uśmiechnął się krzywo. Harry widział, że próby mówienia sprawiały mu ból. Chwycił dłoń Severusa, przypominając sobie wszystkie chwile, kiedy to patrzył na te długie palce sporządzające eliksiry, przygotowujące jedzenie, przesuwające się wzdłuż linii jego warg, gdy był zamyślony, pieszczące go, kochające go. Delikatnie potarł kciukiem węzłowate zgrubienie na wewnętrznej stronie dłoni, które powstało przez lata posługiwania się tłuczkiem od moździerza.

- Harry, kocham... - pospieszne wziął świszczący oddech, a potem nastąpiła cisza.

Było po wszystkim - tak po prostu, bez trąb, bez fanfar. Wydawało się, że to uwłaczająco prozaiczne zakończenie dla tak melodramatycznego życia. Tylko ostatni wdech, po którym nie nastąpił wydech. Czy to było naprawdę wszystko?

Harry pomyślał, że przynajmniej siły natury mogłyby im wyświadczyć przysługę i wywołać miłą, głośną burzę z piorunami, po której na dokładkę mógłby zerwać się huragan, albo coś w tym rodzaju. Czy one nie wiedziały, co się właśnie stało?

Ostrożnie położył dłoń Severusa na prześcieradle, pochylił się, delikatnie zamknął jego oczy i pocałował go lekko.

- Ty stary pierdzielu, nigdy wcześniej mi tego nie powiedziałeś, chociaż ja i tak doskonale o tym wiedziałem - powiedział. Potem wstał, krzywiąc się z bólu zdrętwiałych nóg, przeszedł w poprzek pokoju i otworzył okno. Kiedyś, lata temu usłyszał, że ludzkie dusze potrzebują otwartego okna, by przez nie wylecieć, i chociaż nie wierzył w takie sentymentalne bzdury, nie podobał mu się pomysł, że dusza Severusa mogłaby tu utknąć, gdyby to jednak okazało się prawdą. Lepiej nie ryzykować.

Harry słyszał, jak gdzieś w oddali śpiewa ptak. Iskrzące się drobinki kurzu tańczyły w promieniach słońca. Wiedział, że później prawdopodobnie będzie płakać; później będzie musiał przyjąć jego stratę do świadomości. Za chwilę zacznie nowe życie, w którym nie będzie już Severusa, ale w tym momencie nie miał bladego pojęcia, jak zdoła zapełnić tę lukę rozmiaru całego świata. Zanim będzie za późno, będzie musiał być praktyczny i przygotować wszystko do oficjalnego pożegnania - to będzie oznaczać dzielenie się faktem śmierci Severusa z innymi, a na to nie był jeszcze gotowy. Teraz najbardziej pragnął dać sobie kilka minut na powrócenie we wspomnieniach do czasu, który ze sobą dzielili. Powiedział więc "Do widzenia", wyszedł go ogrodu i zaczął sobie przypominać.

***KONIEC***

 

Spis tłumaczeń

web stats stat24