Opowiadanie jest kontynuacją "Exaltation of the Lark".

Z lotu ptaka

- Pomóc ci z tym?

Spogląda na węzeł gordyjski, w który przeistoczył się jego krawat.

- Nie.

Severus milczy przez chwilę, a potem:

- Będziemy spóźnieni.

- A czy to mnie obchodzi? – warczy, szarpnięciem pozbywając się krawata w nadziei na to, że zacznie od nowa. – To tylko próba. Dlaczego ja w ogóle to noszę? – Rzuca bogu ducha winny pasek materiału w ogień, a równowartość pięćdziesięciu galeonów w zielonym, włoskim jedwabiu marszczy się i zamienia w popiół. Pod nieruchomym, bacznym spojrzeniem Severusa odpina dwa górne guziki swojej koszuli, a potem, z czystej przekory, dodaje trzeci. Wsuwa stopy do butów – też włoskich – i pochyla się by zawiązać sznurowadła, automatycznie obracając się by dać Severusowi jak najlepszy widok. To przyzwyczajenie; żaden z nich tak na prawdę nie interesuje się w tej chwili jego tyłkiem.

Severus wzdycha, rozwiązuje swój własny krawat, ale schludnie przewiesza go przez oparcie krzesła. Jest on oczywiście czarny i wart czternaście sykli, sześć knutów i nikogo nie obchodzi to, gdzie został wyprodukowany.

Ten pokaz solidarności uspokaja go, jak balsam na jego nastrój, nawet kiedy guziki Severusa pozostają niezmiennie w swoich dziurkach – podejrzewałby użycie eliksiru wielosokowego, gdyby Severus kiedykolwiek pojawił się publicznie z jakiegokolwiek rodzaju otwartym zapięciem przy ubraniu. Severus nie pyta o to czy on jest gotowy, ani nie zadaje żadnego podobnie idiotycznego pytania, tylko spogląda na niego tymi swoimi ciemnymi, bezdennymi oczyma, aż on czuje jak jego własna infantylność skręca jego ciało jak urok pomarszczonej skóry. Przywdziewa swoją szatę, sprawdza swoje przylizane do tyłu włosy i przytrzymuje otwarte drzwi dla Severusa, co – jak na Malfoya – krzyczy o cichych przeprosinach.

- Aportujemy się, czy bierzemy taksówkę? – pyta i przeklina się za brnięcie dalej.

- Myślę, że weźmiemy taksówkę – odpowiada Severus, jego kpiący uśmiech przypomnieniem o rozległej przepaści czasu między nimi. Severus myśli, że on się dąsa. Severus myśli, że on ma napad złości.

Severus zwykle ma rację.

Prycha i niezdarnie dźga palcem guzik, by wezwać to klaustrofobiczne pudło, które zabierze ich na poziom ulicy. Droga do katedry zapewni mu czas na ostudzenie gniewu wystarczająco by mógł przetrwać tę niby-ceremonię.

***

- Czy moje włosy dobrze wyglądają?

- Tak, tak, po raz tysięczny – tak! Jeśli spytasz się o to jeszcze raz, to wsadzę ci ten bukiet do ust.

Ona bierze głęboki wdech, liczy do trzech, zastanawia się, czy wżenienie się do tej rodziny jest rzeczywiście dobrym pomysłem. Percy nigdy nie mówi do niej w ten sposób i ona na pewno zastanawia się nad genetyką, jako że usta każdego innego Weasleya są połączone bezpośrednio do mózgu, bez jakiegokolwiek hamulca.

- Masz brud na nosie – mówi zamiast tego co ona myśli, a Ron przeciska się obok niej do lustra.

- Dlaczego w ogóle musiałaś się przebierać?

- Nie mogę mieć na sobie tej samej sukienki podczas próby i kolacji.

- Dlaczego nie?

Wygładza wyimaginowane zmarszczki na swojej czerwonej sukience – podczas próby miała na sobie intensywną żółć, obie kreacje wybrane na znak protestu przeciwko zakazie kolorów domów na prawdziwym ślubie.

- Ponieważ pierwsze odbywało się w katedrze, a drugie jest w pubie.

- Myślisz, że na przyjęciu będą te małe kiełbaski?

- Wątpię. Raczej kanapeczki. Być może kawior. Jestem gotowa do wyjścia.

- Zawsze chciałem spróbować kawioru.

Ona decyduje, że nie powie mu czym jest ta potrawa, chociaż kusi ją obietnica zemsty za komentarz o bukiecie.

- Jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej, to zadbam, żeby na moim weselu były kiełbaski.

Żałuje przypomnienia swoich zaręczyn, kiedy Ron marszczy nos, a ona zauważa, że przegapił część brudu.

- Połączenie Harry’ego z Malfoyem jest wystarczająco złe. Nie mogę uwierzyć, że zgodziłaś się wyjść za tego palanta.

- Bądź miły. On jest twoim bratem.

- Dokładnie. Miałem szansę go poznać.

Ona przygryza wargę by powstrzymać nieprzyjemną ripostę. Wie, że Harry postawił Rona w trudnej sytuacji, ustawiając go w parze z nią, jako że jedynymi alternatywami byli Severus i Draco. Napięcie pomiędzy nimi pozostaje niezauważone pośród większych konfliktów, ale i tak męczy ją i odwraca jej uwagę, więc ona musi dokonać jeszcze jednej próby rozluźnienia go.

- Ron, wiesz, że to by nie zadziałało. Za bardzo się różnimy.

- Przestań. Po prostu przestań – jego twarz jest całkiem czerwona, dojrzała Weasleyowskim gniewem. Smuga brudu pozostaje na miejscu. – Przetrzymajmy tą kolację, żeby jutro nasz zidiociały przyjaciel mógł poślubić Lucjusz pieprzonego Malfoya.

- W porządku – szepce ona i liże swój kciuk, i ściera bród.

***

On jest w piekle.

Muzyka pulsuje w rytm uderzeń jego bólu głowy, walcząc z oświetleniem o tytuł najbardziej irytującego bodźca. Dym papierosowy przylega do jego płuc, pokrywa oskrzela. Gdyby pracował nad eliksirem wytwarzającym takie wyziewy, podjąłby odpowiednie środki ostrożności, ale głupcy wokół niego wdychają wybraną przez siebie truciznę i dzielą się nią z obserwatorami, czy tego chcą, czy nie. Mamroce kolejne zaklęcie oczyszczające, ale nie jest ono wystarczająco silne i po krótkim czasie toksyny skradają się z powrotem do jego klatki piersiowej.

Nikotyna nie jest jedyną trucizną w tym pomieszczeniu. Draco zdążył już pobić się z Potterem, obrazić każdego Weasleya oprócz Molly – z którą nawet Draco nie waży się zadzierać; wszcząć awanturę z Finniganem w męskiej toalecie i obdarzyć Longbottoma zestawem oślich uszu. Ten ostatni jest zbyt pijany by je usunąć i zbyt pijany by go to obchodziło. Granger siedzi pomiędzy dwoma Weasleyami i nie odzywa się; Ron i Percy zabijają się spojrzeniami ponad jej głową. W powietrzu pojawia się zapach rozkładu za każdym razem, kiedy Lucjusz i Artur stają sobie na drodze. Lupin zwymyślał Knota jeszcze zanim zostały podane przystawki, a Pansy Parkinson wyszła zalana łzami w godzinę po próbie. On żałuje, że nie może zrobić tego samego. Minus łzy.

Za kwadrans pierwsza, tyłami restauracji wstrząsa eksplozja, przerywając wszystkie pogaduszki i redukując muzykę do pojedynczego, obskurnego dźwięku. Wtedy dołącza do niego piskliwy, aż nazbyt znajomy śmiech i rozmowy powracają. To tylko bliźniacy Weasley. Nic się nie stało. Rzućcie Oblivate na gapiących się mugoli. On widzi, że Lucjusz jest zdenerwowany. Dostrzega też, że spojrzenie Lucjusza pada na Pottera – to w końcu jego przyjaciele – i widzi jak Potter uśmiecha się i odwraca z powrotem w stronę Lupina. Lucjusz marszczy brwi sącząc płyn ze swojego kieliszka i powraca do konwersacji z Lelewellyn Sinclair, będącej jego najnowszym wysiłkiem zmierzającym do odbudowania swojej fortuny.

On widzi jak Draco dźga palcem w kierunku Rona Weasleya podczas jakiejś wygłaszanej zapitym głosem tyrady na temat regulacji dotyczących rękawic do quidditcha i tego, że wszyscy rudzielcy są kutasami. Palec i groźnie spojrzenie chybiają celu o jakieś osiem cali, a zaciśnięta w nieostrożnej dłoni szklanka z żytnią skazana jest na upadek. Widzi, jak Draco siedząc przy ich stoliku przechyla się na bok, przygotowując się do ześliźnięcia się pod stół i otacza jego barki ramieniem.

- Wychodzimy – mówi do nikogo, a spojrzenie Lucjusza zatrzymuje się na nich przez moment, jego usta są niczym wykute z granitu, oczy głodne i zazdrosne. Potem Lucjusz obejmuje Pottera, szepce mu coś do ucha, co sprawia, że bachor wybucha śmiechem.

Wychodzą, a Draco trzyma się go kurczowo, kiedy potykając się docierają do hotelu, skomle z zaniepokojenia w windzie, pociera oczy jak dziecko. Pół dawki eliksiru pieprzowego i profilaktyczna dawka przeciwkacowego na łebka po dotarciu do pokoju i spędzają resztę nocy kochając się w półmroku.

***

Obydwaj panowie młodzi są w bieli. Ich świadkowie ubrani na czarno. On nie jest pewien, w jakim stopniu wynika to z ich wyboru a w jakim stanowi konsekwencję tego, że Severus odmawia noszenia jakiegokolwiek innego koloru. Wie tylko, że nikt mu nie powiedział o kodzie kolorowym. Harry wygląda na rozbawionego jego purpurowymi i pomarańczowymi szatami; Lucjusz sprawia wrażenie jedynie zrezygnowanego.

Otwiera książkę, chociaż jej nie potrzebuje, i udaje, że czyta na głos zgromadzeniu, podczas gdy oni udają, że słuchają. Tylko Harry'ego i Lucjusza obchodzi to, o czym on mówi. Ron i Hermiona stoją sztywno i oddzielnie, Draco i Severus stoją sztywno i razem. Nikt nie chce tu być.

Improwizuje ceremonie na bieżąco, ale mimo to nie odciąga to jego uwagi od żalu, tak jak by się tego spodziewał. Przyglądał się Harry'emu bacznie... ale Voldemorta już nie ma, więc to chyba nie ma znaczenia. Być może Harry zapewni kontrolę nad Lucjuszem. Być może Lucjusz zapragnie wynieść Harry'ego do władzy jako nowego Czarnego Pana.

On nie wie i po raz pierwszy w życiu nie chce wiedzieć.

Jest zmęczony. Tak bardzo zmęczony tym wszystkim. Pragnie powrócić do zamku, poświęcić jeszcze kilka lat na kształtowanie przyszłości czarodziejskiego świata – tyle, by mógł już upewnić się, że skaza została już do końca wypleniona – a potem powrócić na tę wyspę na południu Pacyfiku, do piasków tak drobnych, że spacer po nich przypomina przechadzanie się po wydmach pyłu wyczarowywanego przez chochliki, do drzew, które pochylając się zdają się tańczyć w ciepłym wietrze, do mieszkających tam łagodnych, ciemnookich ludzi, kobiet, które gorącymi uśmiechami palą ich skóry tak jak słońce pali niebo.

Jego szaty wywołują swędzenie, kości są zmęczone,a serce sceptyczne jak na tak radosną ceremonię, która została w jakiś sposób wypaczona.

Nie wie co Harry i Lucjusz sobie myślą.

Nie chce wiedzieć.

***

Nie smuci się z powodu tego, że ominęła ją ceremonia, jako że obowiązek warty odpowiada jej bardziej od oglądania kulminacji złych wyborów. Zastanawia się, w którym miejscu popełniła przy tym chłopcu błąd. Jej skóra mrowi z irytacji, więc zacięcie próbuje wygładzić swoje futro językiem. Jej uszy obracają się jak mugolskie radary próbując wychwycić odgłosy nadchodzącego człowieka bądź bestii.

Dumbledore mówił ostatnio o przejściu na emeryturę, więc ona uprzyjemnia sobie czas obmyślaniem zmian, które by wprowadziła. Zaczyna odczuwać pierwsze oznaki zniecierpliwienia, gdyż pragnie sama podrygować orkiestrą, chociaż jej obecna pozycja nie pozostawiała jej wcześniej uczucia niedosytu.

Słońce ogrzewa schody katedry, a ona obserwuje krzątających się za kutą zieloną bramą i trawnikiem wokół własnych spraw mugoli, aż jej uszy wychwytują odgłos kroków. Wycofuje się do cienia, transformuje i powraca by stawić mu czoła.

-Panie Black. Nie sądzę aby pan Potter i pan Malfoy zaprosili pana na tą uroczystość.

- Proszę – odpowiada. Jest zbyt blady, znów zbyt chudy, ale jego ubranie jest schludne, jeśli nie dość eleganckie, a włosy starannie związane z tyłu. - Ja tylko chcę go zobaczyć.

Jest już za późno, nawet gdyby ona była skłonna go przepuścić, gdyż drzwi otwierają się i ludzie wylewają się wartkim strumieniem, i Harry jest tutaj, i Syriusz uśmiecha się swoim najłagodniejszym uśmiechem i daje krok w tył.

Harry wzdycha i podąża za nim, ściska go, wrzeszczy, gdy jego ojciec chrzestny przyciska go mocno do siebie.

- Przepraszam. Przepraszam, że mnie tam nie było. Przepraszam.

A ona widzi oczy Lucjusza spoglądające na nich raz po raz, chociaż on sam pozostaje tam gdzie stał, rozmawiając z Albusem. A ona zastanawia się, co naprawdę stało się w domu Sami Wiecie Kogo i zasiało w jego oczach ten głód.

***

Czuje się bardzo nie na miejscu za równo z powodu nieobecności na ceremonii jak i swoich niewyjściowych szat. Kładzie to na karb kolejnej zmiany jaka zaszła w Harrym, zakładając, że chłopak, którego znał nigdy nie zgodziłby się na tak wystawne przyjęcie.

Wini siebie samego i odmawia sobie dinka by nie stracić nad sobą kontroli. Wini Voldemorta i równie usilnie pragnie porozmawiać z Remusem jak Remus próbuje się od niego uwolnić. Wini Malfoya i zjada kawior zanim uprzytomnia sobie czym on tak na prawdę jest.

Przykro mu, że pozwolił sprawom zajść aż tak daleko, ale nie jest pewien gdzie dokładnie popełnił błąd. Harry nigdy nie oczekiwał, że on dobrze przyjmie wiadomość i przebaczył mu początkowe tygodnie szoku zmieszanego z przerażeniem, przebaczył podejrzenia co do użycia czarnej magii i szantażu. Nie jest pewien kiedy cierpliwość Harry'ego się wyczerpała, albo dlaczego uparł się się i nie wyraził czegoś choćby przypominającego akceptację.

Obserwuje jak Harry tańczy z Malfoyem a Snape z synem Malfoya. Ron i Hermiona tańczą sztywno i rozdzielają się tak szybko jak im na to pozwala uprzejmość. Hermiona dołącza do Percy'ego, a Ron siada przy barze.

Potem wszyscy przenoszą się na parkiet, a on obserwuje Ginny z Colinem, Remusa z Minerwą, Seamusa z jedną z bliźniaczek Patil... Nawet Neville nie pozostaje bez pary, a on krztusi się swoją kanapką, kiedy widzi, że jego partnerem jest Charlie Weasley.

Wszyscy tańczą, a on doskonale wie, że tak samo jak on nie popierają – więc jak mogą po prostu stać i nic nie robić? Jak on może?

Ktoś stuka go w ramię, a on odwraca się by spławić natręta warknięciem, tylko po to stanąć twarzą w twarz z jedyną osobą, której nie jest w stanie zastraszyć.

- Black – Snape wyciąga rękę, a on dopiero po chwili zdaje sobie sprawę, że jest proszony do tańca. Omal nie odmawia, ale w końcu stwierdza, że Snape właśnie tego pewnie od niego oczekuje, więc z drwiącym uśmieszkiem przyjmuje rękę.

Jest zima gdy dotyka jego wilgotnej, a Snape nalega na prowadzenie. Żaden z nich się nie odzywa, aż do momentu w którym utwór dobiega końca, a Snape pochyla się by powiedzieć jedno jedyne słowo:

- Przestań.

Snape zostawia go na pakiecie, a on wraca do swojego kąta, skąd obserwuje jak Harry rozmawiając rzuca Malfoyowi spojrzenia, co do których myśli, że tylko oni dwaj je zauważają. Zastanawia się nad tym co zrobił źle i co się stało w domu Sami-Wiecie-Kogo i dało Harry'emu taką pewność siebie i dlaczego on nie był tym, który mu to dał.

***

Leżą na piasku, kilka metrów od stojącego nad oceanem domku, obserwując gwiazdy i słuchając popełniających samobójstwo o brzeg plaży fal. Lekka bryza chłodzi ich nagie ciała, a oni rozkoszują się tym, że przez najbliższe tygodnie nie będą musieli nosić ubrań; wyspa należy do nich.

Lucjusz szepce Harry'emu po francusku do ucha sprośności, których chłopak nie rozumie, ale odpowiada na nie w mowie wężów. I dotykają się w powolny, nieśpieszny sposób, czując się swobodnie w przestrzeni pozbawionej czasu, świetle gwiazd, czystej nagości, odosobnieniu.

Lucjusz wskazuje na Kasjopeę, a Harry przeczesuje długie palce przez włosy swojego kochanka. Cieszą się z pustki, która ich otacza, czystego braku , który przypomina każdemu z nich, że wszystkim czego on potrzebuje jest ten drugi.

Harry spogląda w niebo, uśmiecha się i mówi:

- Allouette, gentile allouette.

Lucjusz pochyla się nad nim i całuje go.

- Je t'aime, Harry, ale jeśli się nie zamkniesz, to wystąpię o rozwód.

 

Spis tłumaczeń

web stats stat24